NBA. Cavaliers biją rekordy i udowadniają, że z Warriors da się wygrać

Golden State Warriors nie zdobędą mistrzostwa NBA jako pierwsza niepokonana drużyna przez całą fazę play-off. W piątek ulegli Cleveland Cavaliers 116:137, ale w serii wciąż prowadzą ze sporą zaliczką.

Cavaliers żeby wygrać z Warriors musieli zagrać jeden z najlepszych meczów pod względem ofensywy w historii play-off NBA. I taki właśnie zagrali. Pobili rekord finałów pod względem punktów zdobytych w pierwszej kwarcie (49) oraz pierwszej połowie (86). A do tego dorzucili jeszcze finałowy rekord celnych „trójek” - trafili ich aż 24 (na 45 prób).

Dla Cavaliers nie miało znaczenia, kto rzucał, bo w piątek wszyscy byli w formie. Kyrie Irving zdobył 40 punktów, z czego aż 21 po rzutach z dystansu (7/12). LeBron James zaliczył swoje drugie triple-double w tych finałach i dziewiąte w historii, co czyni go rekordzistą. Miał 31 punktów, 11 asyst i 10 zbiórek. Swoje do wygranej dorzucili też Kevin Love (23 punkty) i J.R. Smith (15), a dobre wejście z ławki miał Richard Jefferson (8 punktów).

Dla Cavaliers ważne było też to, że pod koszem swoją obecność zaznaczył Tristan THompson. Nie musiał zdobywać punktów (5), ale świetnie zbierał (10) i swoją dobrą obroną skutecznie utrudniał rywalom zdobywanie punktów spod obręczy.

Kevin Durant nadal gra jak faworyt do MVP finałów, jeśli tytuł zdobędą Warriors. W piątek po raz czwarty przekroczył granicę 30 zdobytych punktów. Tym razem rzucił ich 35, choć nie był tak skuteczny jak w poprzednich spotkaniach (9/22 z gry, w tym 2/9 za trzy i 15/16 z rzutów wolnych). Nie dostał jednak zbyt wiele pomocy od partnerów.

Draymond Green, Stephen Curry i Klay Thompson mieli problem z wejściem w rytm meczu, bo na początku spotkania szybko „połapali” faule. Green rzucił 16 punktów i miał 14 zbiórek, ale spudłował 10 z 16 rzutów z gry. Curry rzucił 14 punktów (4/13 z gry), Thompson 13 (4/11 z gry).

Warriors zagrali ofensywnie jeden z najsłabszych meczów. Trafili tylko 11 z 39 rzutów za trzy punkty, nie byli w stanie przełamać się przeciwko grającym bardzo fizycznie i agresywnie Cavaliers. -Jeśli przegrywasz 0–3, to walczysz ze wszystkich sił i starasz się zrobić, co w twojej mocy, by wygrać. Nasz zespół był pełen energii. Wygraliśmy to razem. To z naszej inicjatywy gra była bardzo fizyczna - stwierdził Tyronn Lue, trener Cavs.

Jak na mecz, który zakończył się różnicą ponad 20 punktów, kontrowersji nie brakowało. Były pyskówki gwiazd (m.in. James z Durantem posprzeczali się w trzeciej kwarcie), były kontrowersyjne decyzje sędziowskie (Greena najpierw z boiska wyrzucono, a potem przywrócono do gry), czy ciosy poniżej pasa (Zaza Pachulia uderzył Imana Shumperta w krocze), co pokazuje, że temperatura finałowych starć jest bardzo wysoka.

-Nie próbujcie wciągnąć mnie w dyskusje o sędziowaniu. To był bardzo fizyczny mecz. Było to widać od początku. Wiele fauli, przytrzymywania, popychania czy uderzeń rywala łokciem. W trzeciej kwarcie to było nieco poza kontrolą, mecz był przerywany co chwilę, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że wyjdą dziś gotowi do walki - stwierdził Steve Kerr.

Warriors nie zdobędą już mistrzostwa jako pierwszy zespół, który przez play-off przeszedł bez porażki, ale wciąż mają bezpieczną przewagę w finałach. W rywalizacji do czterech zwycięstw prowadzą 3–1. Z drugiej strony Cavaliers znaleźli sposób na wygraną z Warriors, a i w pamięci mają, że rok temu zdobyli tytuł, choć w finale przegrywali 1–3. W tym roku muszą jednak wygrać cztery a nie trzy razy z rzędu. Na razie wykonali pierwszy krok.

Mecz numer pięć w nocy z poniedziałku na wtorek polskiego czasu. Początek spotkania około godz. 3.

Jacek Magiera w "Wilkowicz Sam na Sam": Pierwszego dnia powiedziałem: "Nie patrzcie w tabele"

Więcej o: