NBA. Kevin Durant wyrwał zwycięstwo dla Warriors

Mistrzostwo NBA bez porażki w play-off przestaje brzmieć jak mrzonka. W środę Golden State Warriors pokonali 118:113 Cleveland Cavaliers, w finale prowadzą już 3-0. Znów najlepszy na parkiecie był Kevin Durant.

Cavaliers wiedzieli, że to dla nich mecz absolutnie kluczowy. W historii NBA jeszcze nikt nie wygrał serii do czterech wygranych, jeśli przegrał trzy pierwsze spotkania. A było takich sytuacji aż 126.

Mecz pod pewnymi względami przypominał poprzednie spotkania finałowe. Cavaliers walczyli, ale to Warriors mieli delikatną przewagę. Mistrzowie NBA zaczynali drugą połowę, tracąc sześć punktów do rywali, ale tym razem to oni przejęli kontrolę nad meczem, pod koniec trzeciej kwarty wyszli na siedmiopunktowe prowadzenie (94:87).

Gdy na trzy minuty przed końcem „trójkę” trafił J.R. Smith, wydawało się, że Cavaliers mają szansę ten mecz wygrać. Prowadzili 113:107. I wtedy Warriors zaczęli bronić jeszcze mocniej. Cavaliers do końca spotkania do kosza już nie trafili. Klay Thompson świetnie ograniczył Kyrie Irvinga, który wcześnie zdobywał punkty w nawet najbardziej nieprawdopodobnych sytuacjach.

A potem do roboty wziął się Kevin Durant. W czwartej kwarcie rzucił 14 ze swoich 31 punktów, w tym siedem w najważniejszych momentach. Najpierw wykorzystał zmianę krycia i zdobył punkty nad Tristanem Thompsonem. Potem dał Warriors prowadzenie trafiając za trzy punkty sprzed nosa LeBrona Jamesa. - Pracowałem na ten rzut przez całe życie. Gdy widziałem jak piłka wpada do kosza, to było wyzwalające. Musimy wygrać jeszcze jeden mecz - powiedział Durant po spotkaniu.

A potem dorzucił jeszcze dwa punkty z linii rzutów wolnych, które dały trzypunktową zaliczkę na 12 sekund przed końcem.

Cavaliers mogli jeszcze doprowadzić do dogrywki, ale Andre Iguodala świetnie przyblokował próbę rzutu Jamesa, a ten, mając jeszcze piłkę w rękach, nadepnął na linię boczną i piłka wróciła do Warriors. Stephen Curry nie pomylił się z linii rzutów wolnych i Warriors są blisko drugiego tytułu mistrzowskiego w ostatnich trzech latach.

Kevin Durant zmierza po nagrodę dla najbardziej wartościowego zawodnika finałów. W każdym ze spotkań rzucał więcej niż 30 punktów. W środę miał ich dokładnie 31 (10/18 z gry), ale co najważniejsze, to jego celne rzuty zapewniły drużynie zwycięstwo. Miał też osiem zbiórek i cztery asysty.

30 punktów dla Warriors dorzucił Klay Thompson (11/18 z gry, 6/11 za trzy), który przez większość meczu harował też w obronie, biegając za Irvingiem. 26 punktów miał Curry, który był też bardzo aktywny w walce o zbiórki (miał ich aż 13). Do tego dołożył sześć asyst i dwa przechwyty. Draymond Green mimo problemów z faulami (miał ich pięć), znów miał duży wkład w wygraną - osiem punktów, osiem zbiórek, siedem asyst, a gdy był na parkiecie Warriors wygrali ten fragment różnicą 14 punktów.

LeBron James grał niemal bez wytchnienia. Na parkiecie spędził 46 minut, z nim w grze Cavs byli lepsi o siedem punktów. Te dwie minuty, gdy go zabrakło, przegrali sromotnie.

James rzucił 39 punktów, trafił 15 z 37 rzutów z gry, miał 11 zbiórek, dziewięć asyst, przechwyt, blok, ale i pięć strat.

38 punktów zdobył Kyrie Irving, który odpoczywał tylko cztery minuty. Trafił 16 z 29 rzutów z gry, spudłował wszystkie siedem rzutów trzypunktowych. Miał sześć zbiórek i trzy asysty. 13 zbiórek, sześć przechwytów i dziewięć punktów dołożył Kevin Love. Cavaliers byli długo w grze także dlatego, że swoje rzuty trafiał Kyle Korver i nieco przebudził się J.R. Smith (16 punktów).

Golden State Warriors wygrali wszystkie 15 meczów w play-off. To najdłuższa taka seria w historii NBA. Z Cavaliers prowadzą już 3–0 i są o kroczek od tytułu.

Mecz numer cztery o godz. 3 w nocy z piątku na sobotę polskiego czasu.