NBA. Cavaliers nie wytrzymali tempa Warriors. Mistrzowie przegrywają już 0-2

Golden State Warriors wygrali 14 mecz z rzędu w play-off, co się jeszcze w historii NBA nie zdarzyło. W niedzielę pokonali Cleveland Cavaliers aż 132:113. 33 punkty rzucił Kevin Durant, 32 miał Stephen Curry.

Warriors są w połowie drogi do drugiego mistrzowskiego tytułu w ostatnich trzech latach. Wygrali oba mecze przed własną publicznością bardzo wysoko, w tegorocznym play-off jeszcze nie przegrali, w sumie było to ich 14 zwycięstwo z rzędu - takiej serii w historii ligi jeszcze nikt nie miał.

-To wspaniała seria, ale to wszystko nie będzie miało żadnego znaczenia, jeśli nie zdobędziemy mistrzostwa. Doskonale pamiętamy, jak to było przed rokiem - stwierdził Steve Kerr, trener Warriors, który wrócił na ławkę rezerwowych po przerwie spowodowanej urazem pleców.

Do przerwy Warriors prowadzili tylko trzema punktami. Cavaliers w grze utrzymywał niesamowity LeBron James, który w zasadzie co nie zrobił, to przynosiło to jego drużynie punkty, ale znów od trzeciej kwarty Warriors wrzucili wyższy bieg. Stephen Curry zaczął trafiać z naprawdę nieprawdopodobnych pozycji, Kevin Durant świetnie grał w obronie, a potem po drugiej stronie parkietu robił z defensywą rywali, co chciał, przebudził się Klay Thompson.

Cavs wymiany ciosów nie wytrzymali. W trzeciej kwarcie zbliżyli się na cztery punkty, ale potem przez blisko cztery minuty nie trafili do kosza ani razu. Warriors momentalnie powiększyli przewagę do 14 punktów. W połowie czwartej kwarty dobili Cavaliers, gdy Curry i Durant trafili akcja po akcji rzuty z ponad ośmiu metrów.

Curry zaliczył pierwsze triple-double w sezonie. Mecz zakończył z 32 punktami (7/17 z gry, 14/14 z rzutów wolnych), miał 11 asyst i 10 zbiórek, ale też aż osiem strat. Kevin Durant z 33 punktami ponownie był najlepszym strzelcem Warriors (13/22 z gry), dołożył do tego 13 zbiórek, sześć asyst, pięć zbiórek i trzy przechwyty. Świetnie grał w obronie, przez część meczu z konieczności pełnił rolę środkowego. - Gdy Draymond Green miał kłopoty z faulami, Durant był kluczowy w naszej grze w defensywie. Bez tego byśmy nie wygrali - mówił trener Kerr.

Warriors grało się łatwiej, bo trafiać zaczął Klay Thompson. W pierwszym meczu finałów rzucający zdobył tylko sześć punktów, teraz miał ich 22 przy świetnej skuteczności (8/12 z gry).

LeBron James dogonił wielkiego Magica Johnsona pod względem liczby triple-double w finałach NBA - obaj mają po osiem, ale to było zdecydowanie za mało, by Cavaliers byli ten mecz w stanie wygrać. James rzucił 29 punktów (12/18 z gry), miał aż 14 asyst i 11 zbiórek.

27 punktów dla Cavaliers dorzucił Kevin Love, a 19 punktów miał Kyrie Irving. Znów zabrakło większego wsparcia od graczy drugoplanowych. J.R. Smith sprawia wrażenie nieobecnego. W niedzielę oddał tylko dwa rzuty, do kosza nie trafił ani razu, na parkiecie spędził tylko 14 minut. Brakuje też celnych rzutów z dystansu - w meczu numer dwa Cavs trafili tylko osiem „trójek”, Warriors o 10 więcej.

Cavaliers przegrywają w serii do czterech zwycięstw. Dwa kolejne spotkania rozegrają przed własną publicznością. Mecz numer trzy o godz. 3 w nocy z środy na czwartek polskiego czasu.