NBA. Golden State Warriors w finale też nie przegrywają

W pierwszym meczu finałów NBA Golden State Warriors pokazali, czemu są uważani za faworytów. Zwyciężyli aż 113:91, a 38 punktów rzucił Kevin Durant. Było to ich 13 zwycięstwo z rzędu w play-off. Tego nikt wcześniej nie dokonał.

Po całym roku przypominania o zeszłorocznej porażce - Warriors przegrali finały w 2016 roku mimo prowadzenia 3–1 w serii - drużyna z Oakland wydaje się być gotowa do rewanżu. W pierwszym meczu finałów mistrzowie z 2015 roku z żelazną konsekwencją realizowali plan, który pozwolił im na 22-punktowe zwycięstwo. Warriors od początku play-off nie przegrali jeszcze żadnego meczu. Finały też zaczęły się po ich myśli.

W pierwszym spotkaniu nie zawiódł ten, na którego patrzyli wszyscy - Kevin Durant. Latem zeszłego roku podjął sensacyjną decyzję o przejściu z Oklahoma City Thunder właśnie do Warriors, którzy kilka tygodni wcześniej wyeliminowali jego ówczesną drużynę. Zarzucano mu, że poszedł na łatwiznę, byle tylko zdobyć tytuł. W czwartek zagrał w pierwszym meczu finałowym od 2012 roku i potrzebował tylko kilku minut, by pokazać, jak ważnym graczem będzie dla Warriors.

Przez całe spotkanie sprawiał ogromne problemy obronie Cavaliers. Wymuszał zmiany krycia, atakował kosz. Mistrzowie NBA poza LeBronem Jamesem nie mają obrońcy, który byłby przeciwstawić się Durantowi. A James kryć go przez całe spotkanie nie może, bo po prostu nie starczy mu sił. Gdy Durant miał przed sobą wyższego rywala, to go mijał. Gdy mniejszego, wykorzystywał swoją przewagę fizyczną. Mecz zakończył z 38 punktami, do których dołożył osiem asyst i osiem zbiórek.

Atak bliski perfekcji

28 punktów dorzucił Stephen Curry, który torturował Cavaliers z dystansu. Trafił sześć z 11 rzutów z dystansu, a poza tym rozdał 10 asyst i miał sześć zbiórek. Klay Thompson pudłował na potęgę (3/16 z gry), ale wielkiego znaczenia to nie miało, bo się naharował w obronie. Draymond Green do 9 punktów dodał 11 asyst i po cichu z tylnego fotela dyrygował grą drużyny.

Warriors wygrali dość lekko, łatwo i przyjemnie, bo w ataku nie popełniali zbyt wielu błędów. W pierwszej kwarcie jeszcze w ich grze było nieco nerwowości, później tylko żelazna konsekwencja. Efekt? Zaledwie cztery straty przez cały mecz (wyrównany rekord finałów) i aż 45 celnych rzutów ze 106 oddanych. W samej pierwszej połowie spod samej obręczy trafili aż 19 rzutów, z czego sześć to były wsady Kevina Duranta.
Warriors z chirurgiczną precyzją wykorzystywali zbiórki w ataku (14) i straty Cavaliers (aż 20), po których zdobyli 27 punktów.

Mistrzowie NBA przez całe spotkanie nie mogli znaleźć rytmu w ataku. W pierwszej połowie jeszcze utrzymywali się w grze, bo rywale pudłowali jeszcze z dystansu. Warriors pierwszą trójkę trafili dopiero w 10 minucie spotkania. Po pierwszej połowie obie drużyny dzieliło osiem punktów, w trzeciej kwarcie Warriors „odjechali” dzięki serii 13 punktów zdobytych z rzędu. I już nie musieli oglądać się za siebie.

Pomoc potrzebna od zaraz

LeBron James, dla którego są to siódme finały z rzędu i ósme w karierze, rzucił 28 punktów (9/20 z gry), miał 15 zbiórek i osiem asyst, ale sam stracił piłkę ośmiokrotnie. 24 punkty dorzucił Kyrie Irving, ale musiał się nieźle napocić rywalizując z Klayem Thompsonem. Kevin Love skończył mecz z 15 punktami i 21 zbiórkami.

Mimo 22-punktowej porażki jest jeszcze za wcześnie, by pisać o tym, że Cavaliers w tegorocznym finale są bez szans. Rok temu finały zaczęli od przegrania pierwszego meczu różnicą 15 punktów, w drugim ulegli aż 33 punktami. Trener Tyronn Lue ma jednak pełne ręce roboty. LeBron James potrzebuje wsparcia z ławki (rezerwowi rzucili w sumie 20 punktów, z czego większość, gdy mecz był już rozstrzygnięty) i znacznie lepszej gry Tristana Thompsona. Podkoszowy, który przed rokiem robił różnicę w finałowej rywalizacji, przez cały mecz nie trafił ani razu do kosza, miał tylko cztery zbiórki i ani jednego bloku.

Finałowa rywalizacja toczy się do czterech zwycięstw. Kolejny mecz tej serii odbędzie się o godz. 2 w nocy z niedzieli na poniedziałek polskiego czasu.