NBA. Warriors o kroczek od historii

Jeśli Golden State Warriors pokonają w środę Memphis Grizzlies, ustanowią rekord wszech czasów NBA. Po niedzielnym zwycięstwie w San Antonio wyrównali ten Chicago Bulls, którzy wygrali 72 mecze w sezonie.

- To niedorzeczne. To po prostu nie ma sensu. To są żarty z całej ligi - sylabizował z niedowierzaniem Sean Elliott, były koszykarz San Antonio Spurs, a obecnie ekspert telewizyjny, gdy Stephen Curry trafił do kosza z własnej połowy, właściwie z własnej linii rzutów za trzy punkty. Piłka przeleciała nad większością boiska, odbiła się od tablicy i wpadła do kosza.

 

Punktów sędziowie nie zaliczyli, rzut został oddany po syrenie kończącej trzecią kwartę. Ale jakie to miało znaczenie? Tę trzecią kwartę Spurs zaczęli od zrywu 8:0, prowadzili 43:35, ale wtedy do roboty wziął się najlepszy koszykarz NBA. Curry zdobył 16 punktów w 10 minut, Warriors wyszli na prowadzenie 62:61, a w ostatniej kwarcie je powiększyli i wygrali 92:86.

Pokonali nie byle kogo, nie byle gdzie i nie byle kiedy. Spurs też grają znakomicie, mają bilans 65-15. Do niedzieli byli u siebie niepokonani, serię zwycięstw na własnym boisku przerwali dopiero obrońcy tytułu. Mecz, mimo że to ostatki rundy zasadniczej, miał wielką wagę właśnie ze względu na niezdobytą twierdzę San Antonio i na to, że Warriors gonią za rekordem Bulls.

Curry, bohater tego sezonu, koszykarz, który nie tylko puka do Galerii Sław, lecz także przymierza się do miejsca w pierwszym rzędzie, zachował piłkę z meczu, zabrał ją ze sobą do szatni. - Po zdobyciu mistrzostwa nauczyłem się, żeby nie wyrzucać piłki w górę, gdy dzieje się coś dobrego. Andre Iguodala przejął mistrzowską piłkę, ja zachowam tę - mówił 28-letni rozgrywający.

Niedzielny mecz ani na krok nie przybliżył Warriors do mistrzostwa, rozstrzygnięcia zapadną dopiero w play--off, który najlepsze zespoły zaczną od zera, ale dał drużynie z Oakland miejsce w historii. Tuż obok Chicago Bulls Michaela Jordana, jej najlepszej wersji z sezonu 1995/96. Drużyny, której bilans 72-10 wydawał się nieosiągalny, najlepszy na wieki. A może zostać pobity. Brakuje jednej wygranej, ale to, że w historycznych tabelach ktoś będzie wyżej niż Bulls, wciąż wydaje się fantazją.

- Podczas weekendu gwiazd spotkałem Michaela. Powiedział: "Zdobądźcie ten rekord, idźcie po niego. Jeśli tego nie zrobicie, wkurzę się, będę miał do was pretensję". No to prawie jesteśmy. Mamy do wygrania jeden mecz albo będzie nad obwiniał - powiedział po wygranej w San Antonio skrzydłowy Warriors Draymond Green.

Ostatni mecz, w środę, obrońcy tytułu zagrają u siebie z Memphis, którzy z bilansem 42-38 też wywalczyli awans do play-off. W sobotę Warriors wygrali z nimi na wyjeździe 100:99. Gdyby potknęli się na finiszu drogi po rekord, byłoby to coś więcej niż sensacja. Pozostałby ogromny niedosyt.

Szalone końcówki, zwroty akcji i bohaterowie noszeni na rękach! Rzuty równo z syreną to nie wszystko [FOTOSTORY]

Czy Golden State Warriors pobiją rekord wszech czasów?
Więcej o: