NBA. Stephen Curry. Całkiem zwyczajny kosmita

Zjawiskowy Stephen Curry, mistrz z Golden State Warriors, przyćmiewa w tym sezonie całą NBA. Czy przysłoni największe legendy?

Najlepszy strzelec najlepszego zespołu, najlepszy zawodnik ligi - to za mało, by opisać grę Stephena Curry'ego. Nie tylko liczby - 29,8 punktu na mecz i znakomity bilans 46-4 Golden State Warriors - ale też styl. "New York Times" pisał o artyzmie; ruchy Curry'ego oceniał dla dziennika baletmistrz ("drybluje i rzuca piłkę tak, jak my traktujemy na scenie tańczącą z nami kobietę"); "Sports Illustrated" zachwyca się jego "God mode", czyli grą w trybie boskim. Przymiotnik "magiczny" z nazwiskiem superstrzelca praktycznie się zrósł.

NBA takiego gwiazdora nie miała. Być może trudno w to uwierzyć, przecież legend nie brakowało. Bill Russell, Wilt Chamberlain, Jerry West, Kareem Abdul-Jabbar, Earvin Johnson, Larry Bird, Michael Jordan, Shaquille O'Neal, kończący karierę Kobe Bryant czy dominujący przed Currym LeBron James - każdy był lub jest wyjątkowy, każdym można się zachwycać, o każdym opowiadać bez końca.

Curry, choć pod względem tytułów i osiągnięć nie może się jeszcze równać z żadnym z wymienionych, ma w sobie coś zupełnie odrębnego. Jest jednym z nas w tym sensie, że nie jest wieżowcem, muskularnym gladiatorem, wybrykiem natury. Z 191 cm wzrostu i 86 kg wagi nie wzbudzałby uwagi w tłumie, w NBA wygląda wręcz wątło. Przeciętny gracz ligi mierzy 200 cm i waży 100 kg, ale Curry przewag rywali nie zauważa. Równych mu ogrywa z łatwością sprytem i technicznymi sztuczkami, a wysokich i silnych podkoszowych wyprowadza w pole geniuszem. Słowem, pomimo nikczemnych w NBA gabarytów na boisku dominuje.

I praktycznie nie da się go zatrzymać. Doskonały strzelec, za trzy punkty trafia z 46-proc. skutecznością. Z zachwianych pozycji, z biegu, sprzed nosa rywala, seriami... Z odległości 9,5 m lub większej - nikt normalny stamtąd nie rzuca - trafia częściej niż ligowa średnia dla rzutów spod kosza. W środę w Waszyngtonie zdobył 51 pkt. I w pierwszej kwarcie, gdy trafił sześć z siedmiu trójek (!), wywoływał ekscytację trybun każdym kolejnym złożeniem się do rzutu. Artysta hipnotyzer.

Ale Curry nie jest graczem jednowymiarowym, któremu wystarczy ograniczyć miejsce do rzutu. Staniesz blisko niego, to minie cię jednym zwodem, kozłem. Albo wręcz upokorzy, wykonując ruch do przodu, plącząc nogi obrońcy, a potem cofając się za linię trójek i trafiając ponownie, gdy zakłopotany rywal podnosi się z boiska.

Nie jest cyrkowcem, tak jak nie byli nimi rozgrywający, do których jest porównywany - "Magic", Isiah Thomas czy Steve Nash. Każdy z nich inteligencję, spryt i technikę wykorzystywał do świetnych podań lub dziurawienia kosza rywali, wznosił grę zespołu na wyższy poziom. Curry poszedł dalej. Z uśmiechem do boiskowej dominacji.

Owszem, Jordan, Bryant i James też dominowali - każdy inaczej. Nieprawdopodobne ewolucje i wsady, trafienia po kilkusekundowym zawiśnięciu w powietrzu, zwycięskie rzuty - po większości z nich prezentowali oblicze zwycięzcy z wymalowanymi pewnością siebie, sportową złością, przekonaniem o własnej klasie. W tym też byli nadludźmi, nawet ksywki to potwierdzały - jordanowskie "His Airness" to przecież "Jego Powietrzność", Bryant upodobał sobie śmiertelnie jadowitą "Czarną Mambę", a James od nastolatka był "Wybrańcem". Curry ksywki nie ma wcale. Razem z innym strzelcem Warriors Klayem Thompsonem są nazywani "Splash Brothers", gdzie pierwszy człon oddaje dźwięk, jaki wydaje siatka po czystym trafieniu do kosza, ale gdzie tej ksywce do jadu czy wyjątkowości Jordana, Bryanta, Jamesa? Każda z gwiazd NBA wznosiła się na poziom kosmiczny, ale Curry jest kosmitą bliższym zwykłym śmiertelnikom.

Porównywanie go z wielokrotnymi mistrzami NBA wciąż, podobnie jak w przypadku Jamesa, kończy się na rzeczach wymiernych (trofea) i wypada na korzyść starszyzny. Stawianie kogokolwiek obok Jordana nie tylko wśród koszykarskich purystów może być odczytane jako bluźnierstwo, bo lepszego od niego gracza ma już nie być. Czy na pewno? Curry, znów murowany kandydat do nagrody MVP, jest też kandydatem do wyróżnienia dla gracza, który wykonał w sezonie największy postęp... Gdzie są jego granice? W marcu skończy dopiero 28 lat. Owszem, on zachwyca w innej NBA niż Jordan. Po zmianach przepisów najważniejszy stał się dynamiczny zawodnik z piłką, a gdy po tytuły szli Chicago Bulls, rywale mogli powstrzymywać ich chwytami niemal zapaśniczymi. No i wielkość Curry'ego potęgują social media, w których oglądamy i klipy z rozgrzewki na Instagramie, i odtwarzane w nieskończoność pętle Vine z imponującymi akcjami.

Ale trzeba mieć też świadomość, że być może trwa sezon wyjątkowy. Warriors są w stanie wygrać 73 z 82 meczów i pobić rekordowe 72-10 Bulls sprzed 20 lat. A Curry zdominować rozgrywki tak jak nikt przed nim.

Więcej o: