NBA. Inny mecz rano widziałem (1): New Orleans Pelicans gotowi na mistrzostwo

- 62 punkty, 43 zbiórki i 14 bloków miała trójgłowa hydra orleańska czy też trzy wielkie pelikany latające w okolicach obręczy. New Orleans Pelicans pokonali Orlando Magic 101:84 na otwarcie sezonu NBA w najmniej ciekawym meczu dnia - pisze Łukasz Cegliński ze Sport.pl.

Najmniej ciekawym, przynajmniej teoretycznie. Po Pelicans i Magic grali przecież San Antonio Spurs i Dallas Mavericks, a potem Los Angeles Lakers i Houston Rockets. Ja jednak uznałem, że w tym sezonie NBA będę poznawał od dołu - od drużyn zapomnianych, słabych, niezbyt atrakcyjnych. "Inny mecz rano widziałem" - zapraszam na nieregularny cykl, w którym Wy będziecie decydować o tym, co obejrzę.

Anderson lepszy od Ignerskiego

W Nowym Orleanie zagrały we wtorek zespoły, których w play-off nie widzi chyba nikt - ci lepsi, Pelicans, to piąty najmłodszy zespół ligi, który może i powalczyłby o ósemkę na wschodzie, ale na zachodzie NBA nie ma szans. Magic, czwarta najmłodsza ekipa NBA, większość z nas widzi w ogonie swojej grupy.

Pelicans wygrali, bo zniszczyli Magic pod koszem - przywołane na początku 62 punkty, 43 zbiórki i 14 bloków to dzieło Anthony'ego Davisa, Omera Asika i Ryana Andersona.

Pierwszy, który - jak wynika z przedsezonowej ankiety menedżerów wszystkich klubów - jest drugim po LeBronie Jamesie koszykarzem, od którego decydenci najchętniej rozpoczynaliby budowę drużyn, zaczął od dwóch pudeł z półdystansu, ale potem wykonał wsad po przechwycie i się zaczęło. Wsady, kontry, dobitki, zbiórki, no i bloki. W sumie miał ich dziewięć, do potrójnej dwucyfrówki zabrakło jednego. Z punktami (26) i zbiórkami (17) problemu nie było. To był świetny mecz Davisa.

Drugi, Asik, miał dobrą pierwszą kwartę, w której zdobył osiem punktów i miał sześć zbiórek. Pod obręczami nie latał, ale punktował. Gdyby trafiał z linii, byłoby jeszcze lepiej, ale akurat rzuty wolne marnowało we wtorek wielu graczy gospodarzy. Zaczęli od 1/6, skończyli na 15/31. Ale i tak nie przeszkodziło im to wygrać z Magic.

A jeśli goście o wygranej myśleli, to w końcówce trzeciej kwarty wybił im to z głowy ten trzeci, Anderson. Podkoszowy, który lubi uciekać na obwód, o 16 sekund pobił wyczyn Michała Ignerskiego z meczu z Litwą z EuroBasketu w 2009 roku - we wtorek Anderson trafił trzy trójki w 45 sekund. Z 69:64 zrobiło się 78:64.

Gdzie jest piłka?

Magic grali bez kontuzjowanych Victora Oladipo i Channinga Frye'a, dzięki czemu mogli pokazać się debiutanci - Elfrid Payton i Aaron Gordon.

20-letni Payton, z fryzurą przypominającą trochę Edwarda Nożycorękiego, miał fajny debiut w NBA, bo grał w mieście, z którego pochodzi. Na trybunach siedziała podobno setka jego znajomych, podczas transmisji reporterka opowiedziała krótko o jego historii, m.in. o tym, że mały Elfrid szybko, już w wieku czterech lat, skończył przedszkole. Co Payton pokazał na boisku? Zapamiętam go z nieprzemyślanych wejść w pole trzech sekund, które kończyły się blokami nie tylko Davisa, ale także m.in. potężną czapą od rozgrywającego Jrue Holidaya. W sumie Payton nadziewał się na blok aż pięć razy, a w ataku do czterech punktów dodał siedem asyst. Ozdobą jego gry była ośmiosekundowa walka w parterze o piłkę z Holidayem, w której Payton trzykrotnie rzucał się na parkiet. Przegrał, ale walczył. Ładnie.

19-letni Gordon zdobył 11 punktów, miał trzy zbiórki i trzy straty. Pokazał, że nie boi się nieszablonowych rozwiązań, choć były to zwykle rozwiązania zaskakujące dla kolegów i... jego samego. W końcówce stojący w narożniku Gordon dynamicznie ruszył w kierunku obręczy po podaniu od kolegi, chciał wykonać kozioł, ale, cholera, wcześniej zapomniał dobrze złapać piłkę.

Najlepsi w Magic? Mało efektowni, ale zwykle efektywni Tobias Harris (25 punktów) i Nikola Vucević (15 punktów, w tym pierwsze w sezonie w całej lidze o tablicę z półdystansu, oraz 23 zbiórki).

Tom Benson czeka na tytuł

Pelicans mieli w tym meczu aż 17 bloków - jedynym graczem Magic, który grał ponad 10 minut i nie został zablokowany, był Luke Ridnour. Ale nie zmuszajcie mnie, bym napisał, jak grał...

Ale o Benie Gordonie kilka słów jest konieczne. Niegdyś świetny strzelec Chicago Bulls we wtorek zdobył ledwie pięć punktów w 23 minuty. Zaczął od rzutu z sześciu metrów, który trafił w tablicę - choć niedaleko obręczy... Potem pudłował dalej, a raz został potężnie zablokowany przy rzucie z dystansu przez Erica Gordona. Rzadko ogląda się takie bloki przy rzucie z wyskoku daleko od kosza. Gordon zakończył spotkanie ze skutecznością 1/8 z gry.

W końcówce mecz - oglądałem do końca, bez przewijania, takie jest założenie cyklu! - miałem okazję zobaczyć biegających po boisku Dewayne'a Dedmona i Devyna Marble'a w Magic czy też Jeffa Witheya i Luke'a Babbita w Pelicans. Pierwszy - poza fajnymi personaliami - zaprezentował fajną dobitkę wsadem, gdy nikt nie zastawił go po rzucie wolnym kolegi. Czy zobaczę tych graczy jeszcze kiedyś? Trudno powiedzieć, to zależy także od Was.

Pelicans wygrali wysoko, pewnie i ładnie, a ich właściciel, 87-letni Tom Benson, powiedział reporterce w drugiej kwarcie, że zespół mu się podoba, że Davis rośnie nie tylko jako koszykarz, ale też człowiek. Benson i stojąca obok niego druga żona Gayle Marie kilka dni temu obchodzili 10. rocznicę ślubu i, odbierając gratulacje z tego tytułu, zapewnili, że są gotowi świętować mistrzostwo Pelicans przed 20. rocznicą.

Wszystkiego najlepszego!

PS Zapraszam do poniższej sondy - ja proponuję mecze, Wy wybieracie ten, który mam obejrzeć i opisać. Biorę pod uwagę głosy oddane do 20. Postaram się nie zawieść!

Jaki mecz mam obejrzeć w środę?
Więcej o: