Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS , na Androida i Windows Phone
Roczna pensja pięcioletniego kontraktu wynosi 12 mln dol. Tyle zarabiają bardzo dobrzy gracze, prezesi dostają kilka razy mniej. Ale bliscy dna Knicks z jednej strony potrzebują ikony, a z drugiej rozrzutność mają we krwi.
"Forbes" szacuje ich wartość na 1,4 mld dol., zespół oglądają w sercu Manhattanu celebryci, marka należy do najlepiej rozpoznawalnych nie tylko w NBA. Knicks mają wszystko, poza wynikami. Poza dwoma tytułami w latach 1970 i 1973, tylko dwukrotnie grali w finale, ostatnio od święta występują w play-off.
W bardzo słabej Konferencji Wschodniej nowojorczycy mają dziś bilans 27-40, miesiąc przed końcem sezonu są poza playoffową ósemką. Dają pokaz nieudolności na boisku i w zarządzaniu - na byle jaką drużynę wydają aż 87 mln dol. Większy budżet na koszykarzy mają tylko sąsiedzi z Brooklyn Nets - 102 mln.
Jackson, podejmując się pracy w Nowym Jorku, ryzykuje utratę reputacji zwycięzcy. Koszykarzem wybitnym nie był, ale jako waleczny rezerwowy miał udział w dwóch tytułach Knicks z początku lat 70. Dwie dekady później - czerpiąc ze wschodnich filozofii - wniósł mistrzowski know-how do Bulls z Jordanem, na początku XXI wieku pogodził w jednej drużynie O'Neala i Bryanta, co dało tytuły Lakers. Jego drużyny wygrały 70 proc. meczów, w historii NBA Jackson stawiany jest tuż obok Arnolda "Reda" Auerbacha.
Jako prezes doświadczenie ma minimalne. Rok temu był konsultantem w Detroit. Jeśli to on doradził Pistons zatrudnienie w roli trenera Maurice'a Cheeksa, popełnił falstart. Trenera zwolniono w trakcie sezonu, koszykarze grali źle.
Jackson wykluczył powrót do NBA w roli trenera ze względów zdrowotnych, nieustanne podróże byłyby ponad jego siły - od lat ma problemy z kolanami, przeszedł operacje bioder, a także raka prostaty. Jako prezes nie będzie się już koncentrował na najbliższym meczu, musi mieć szeroką perspektywę i plan budowy drużyny na kilka najbliższych sezonów. Tym bardziej że w Nowym Jorku margines błędu będzie mały i nie chodzi o niecierpliwość właściciela Jamesa Dolana i kibiców. W NBA nie da się skupić największych gwiazd, bo im większa wartość zespołu, tym większy podatek od luksusu odprowadzany do kasy ligi. Klasowy zespół buduje się sprytnymi wymianami, wynajdywaniem talentów i konsekwencją, a nie dolarami.
Obecni Knicks to jednak zaprzeczenie tego modelu. Drugi strzelec ligi Carmelo Anthony jest primadonną z roczną pensją w wysokości 21,4 mln dol. Amar'e Stoudemire gra tak słabo, jakby zarabiał 2,1 mln a nie 21,6. Tyson Chandler (14,1 mln) nie jest już tak świetnym obrońcą, jakim był w momencie podpisywania umowy, Andrea Bargnani (11 mln) uznawany jest za najbardziej przepłacanego gracza w lidze.
Jackson będzie musiał rozważyć zmianę trenera (Mike'a Woodsona zastąpi jego były rezerwowy z Bulls Steve Kerr) oraz szybko zdecydować, czy złożyć nową ofertę Anthony'emu. Knicks mogą mu zapłacić najwięcej z całej ligi, ale czy na pazernym na pieniądze i zdobywanie punktów zawodniku można zbudować klasowy zespół? Jeśli Jackson uzna, że nie, zespół czeka rewolucja.
Możliwe też, że nowy prezes Knicks będzie musiał przepychać się z właścicielem klubu Dolanem, który wszystkich pracowników klubu lubi trzymać krótko. I zwalniać ich, gdy mu nie pasują. Od 1999 roku, gdy przejął Knicks, wymienił już pięciu prezesów i siedmiu trenerów.
Teraz Dolan potrzebuje jednak kogoś, kto wydobędzie klub z marazmu. Liczy, że najlepszych graczy NBA zwabi aura mistrzowskich pierścieni Jacksona, któremu zaufali Jordan, O'Neal i Bryant. Ten ostatni jeszcze w środę apelował do władz Lakers, by to oni sięgnęli po doświadczenie Jacksona.
Ale ten po niemal czterech dekadach wraca do Nowego Jorku. Czy nie jest za stary na takie wyzwanie? "NY Times" zauważył, że gdy Hilary Clinton będzie ubiegać się o prezydenturę w 2016 roku, też będzie miała 68 lat. Dziennik nie dał odpowiedzi na pytanie, co jest trudniejsze - rządzenie USA czy Knicks.