Finał NBA. Czy to był najlepszy mecz, jaki oglądałem?

- Szukam, chcę znaleźć w pamięci lepsze spotkanie finału NBA, ale go nie znajduję. W szóstym meczu Miami Heat z San Antonio Spurs (103:100 po dogrywce) było wszystko, czego tylko można chcieć - pisze Łukasz Cegliński ze Sport.pl.

Co świadczy o tym, że mecz jest wybitny? Każdy ma inną skalę wartości, ale też każdy umieściłby na niej emocje (najlepszy jest mecz z dogrywką, która je przedłuża), rangę spotkania, akcje w ostatnich sekundach decydujące o wyniku, popisy gwiazd, a także nietypowe, niepowtarzalne sytuacje.

W finałowym meczu nr 6 było wszystko.

Najpierw Tim Duncan trafił osiem pierwszych rzutów, a w sumie rzucił 30 punktów i dodał do tego 17 zbiórek. Grał, jakby miał 24, a nie 37 lat. I nie szkodzi, że zniknął w czwartej kwarcie i dogrywce, bo...

... wtedy piąty bieg wrzucił na moment LeBron James, który zdobył triple-double (32 punkty, 10 zbiórek, 11 asyst). Ciekawostka - lider Heat naprawdę dobrze zaczął grać dopiero wtedy, kiedy zdjął opaskę. A to jeszcze rzadsze niż triple-double w finale.

Cały mecz był wyrównany, choć pod koniec trzeciej kwarty Spurs mieli nawet 13 punktów przewagi. Heat wykonali jednak wtedy właściwy sobie zryw, redukując przewagę rywala w kilka minut. Bum!

Ale zryw nic by nie dał, gdyby nie trójka Raya Allena z prawego narożnika na pięć sekund przed końcem. Trójka nie tylko na wagę remisu, dogrywki, zwycięstwa. Ten rzut przedłużył szanse Heat na drugi tytuł z rzędu i, być może - okaże się po siódmym spotkaniu - trwale zmienił perspektywę, z jakiej będziemy oceniać po latach karierę Jamesa. Gracza wybitnego, o którym nie da się rozmawiać, bez żadnego "ale".

Mecz nr 6 miał też bohaterów drugiego planu - Chris Bosh wykonał kluczowe zbiórkę i asystę przed trójką Allena oraz dwa ważne bloki w dogrywce. Tony Parker zwycięskiego rzutu dla Spurs nie trafił, ale kilka razy zdobywał punkty w niemal magiczny sposób.

Niepowtarzalne sytuacje? Jeśli powyższe nie wystarczają, to Mike Miller trafił trójkę bez jednego buta. Skrzydłowy Heat w pewnym momencie zrzucił tego z lewej nogi w kierunku ławki, a potem trafił za trzy. Niebywałe!

To mój 22. finał NBA, który oglądam na żywo. Kiedy po zakończeniu meczu nr 6 przeczytałem na Twitterze opinie amerykańskich dziennikarzy, że to było najlepsze spotkanie finałów w historii (za ich życia), najpierw się żachnąłem. Ale potem zacząłem się zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest prawda.

Oczywiście, porównywać ciężko, bo - szczególnie na początku lat 90. - NBA, jej finały, odbieraliśmy inaczej. Oglądaliśmy je z rozdziawionymi ustami i raczej emocjonowaliśmy się niż rozumieliśmy grę, a z oczywistych względów nie mieliśmy takiego wglądu w codzienne życie ligi jak teraz. Te pionierskie czasy wryły się jednak w pamięć podwójnie, bo przecież przypadły na okres dominacji Michaela Jordana, najlepszego koszykarza wszech czasów.

Teraz, gdy szukam - już bez tych emocji - wielkich finałowych meczów Chicago Bulls, w których byłyby wszystkie opisane powyżej elementy, nie znajduję ich wiele. Mecz nr 6 finału z 1993 roku, kiedy John Paxson zdobył w Phoenix trzy punkty na wagę trzeciego tytułu Bulls. Wcześniej trzy dogrywki i wygrana Suns w spotkaniu nr 3 w Chicago. Kilka lat później "Flu game" i trafienia Michaela Jordana nad Bryonem Russellem. Wielkie widowiska, po których obrazki zostały w głowie na zawsze, ale ani jednego spotkania "na krawędzi".

Bulls, faworyt każdego z finałów, zawsze byli na pierwszym planie. Wygrywali - i przegrywali - pasjonujące, zacięte spotkania, Jordan trafiał zwycięskie rzuty, ale nigdy w trakcie finałów z ich udziałem tytuł nie wymykał się tej drużynie z rąk. 4-2, 4-2, 4-2, 4-2, 4-2 - tak paczka z Chicago wygrywała finały, które oglądałem na żywo. Nie było zaskoczeń, nie było momentów, w których wielki zespół zsuwałby się w przepaść, jak teraz Heat.

Prześlizgnąłem się po kolejnych finałach. Rockets - Knicks 4-3? Zacięte, ale błotne bitwy, w których rekord punktów jednej drużyny to 93. Co zapamiętałem? Fatalną skuteczność Johna Starksa w meczu nr 7.

Rockets - Magic 4-0 to skwaszona mina Nicka Andersona po czterech z rzędu pudłach z rzutów wolnych w pierwszym spotkaniu. I na tym emocje się skończyły.

Spurs - Knicks 4-1 - to wtedy Latrell Sprewell trafił rzut ,siedząc w polu trzech sekund? Fakt, był rzut Avery'ego Johnsona na kończące serię 78:77 w meczu nr 5, ale oddano go 47 sekund przed końcem.

Trylogia Lakers z Pacers (4-2), 76ers (4-1) i Nets (4-0) miała swoje momenty, choć w zasadzie były to momenciki. Późniejsza rywalizacja Spurs i Nets (4-2). Szukam dalej.

Lakers - Pistons 1-4 z 2004 roku pamiętam, bo jako początkujący dziennikarz spisywałem telefonicznie obserwacje Mirosława Noculaka, który obserwował tamten finał jako ekspert Canal+. Trener ekscytował się trenerskimi szachami, drobiazgami w grze Pistons i Chaunceya Billupsa. Ale to, rzecz jasna, za mało.

Pistons - Spurs 3-4 to przede wszystkim pasjonujący mecz nr 5, w którym zespół z San Antonio wygrał 96:95 po trójce Roberta Horry'ego pięć sekund przed końcem. Blisko, blisko, ale nie gorąco. To był mecz nr 5, nikt nie mógł zostać mistrzem.

Rok 2006 i Heat przechodzą od 0-2 do 4-2 z Mavericks. No, tu się działo! Znakomity Dwyane Wade, Gary Payton trafiający ważny rzut w meczu nr 3, który pozwolił drużynie z Miami uciec spod topora, kontrowersyjna końcówka meczu nr 5, który Heat wygrali 101:100 po dogrywce. Wade rzucił 42 punkty, ale to ciągle nie był tak ważny mecz, jak wtorkowe spotkanie.

Finał Spurs - Cavaliers (4-0) się odbył, a potem starli się wielcy Celtics i Lakers (4-2). Tu było spotkanie niesamowite - mecz nr 4, w którym Lakers prowadzili różnicą 24 punktów w trzeciej kwarcie, a mimo to przegrali u siebie 91:97. Wielki powrót Celtics dał im prowadzenie w serii 3-1, co praktycznie rozstrzygnęło wynik rywalizacji. Ale to wciąż nie ten kaliber.

Finał z 2009 roku, trzy jego mecze w Orlando, miałem okazję oglądać na żywo w hali Magic ze względu na występ Marcina Gortata. Szczególnie zapamiętam spotkanie nr 4, które Lakers wygrali 99:91 po dogrywce, czyli dokładnie tak, jak kilkanaście godzin wcześniej typowałem na blogu. Dokładnie tak, znaczy identycznie - 99:91. Ale żeby to był najlepszy mecz? Nie.

Siedmiomeczowe starcie Lakers - Celtics, tym razem wygrane przez zespół z Los Angeles. Jedyny finał w erze pojordanowskiej, który moim zdaniem może konkurować pod względem atrakcyjności z obecnym. Wielkie gwiazdy, zacięte mecze, osiem trójek Allena w drugim spotkaniu i emocjonujący mecz nr 7. Ale słabszy pod względem poziomu, z masą fauli Celtics, 6/24 z gry Kobe Bryanta i 5/15 Paula Pierce'a W porównaniu z występem Duncana i triple-double Jamesa wypada, moim zdaniem, gorzej.

Dirk Nowitzki - chory i z kontuzjowanym palcem - wspólnie z Jasonem Terrym i spółką pokonali Jamesa i Heat 4-2 w pierwszym sezonie superteamu z Florydy. Niespodzianka, wielki triumf weteranów, ale też niedojrzałość, wręcz pewnego rodzaju buta drużyny z Miami. Młody, początkujący trener oraz trio, które jeszcze nie wiedziało, czego potrzeba, by triumfować.

Finał z 2012 roku ten proces nauki kończył - James, Wade, Bosh i Spoelstra zostali mistrzami pokonując 4-1 Oklahoma City Thunder. To nie była wybitna rywalizacja.

A obecna nią jest - pod każdym względem. Stare ściera się z nowym, rywalizują nie tylko dwie świetne, mistrzowskie drużyny, ale też koncepcje na budowę wielkich klubów. Trenerzy zaskakują się, a potem reagują, liczą się gwiazdy, ale też gracze drugoplanowi. Faworyt, a byli nim przecież Heat, po każdym meczu musi odrabiać straty i je odrabia. Do tego obie strony pokazują błyskotliwe - ale jakże inne - zagrania. Inteligentne asysty, niesamowite wejścia pod kosz, serie trójek, wsady w kontrach, trwające po kilka minut zrywy, na które rywal - wielki rywal - nie znajduje odpowiedzi.

Miami Heat - San Antonio Spurs 103:100 po dogrywce. Najlepszy mecz finału, jaki oglądałem.

W czwartek mecz nr 7. A ktoś wie, na kiedy zaplanowano spotkanie nr 8?

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.