Finały NBA. Niespodziewani bohaterowie upokorzyli Miami Heat

Rekordowe 16 rzutów za trzy punkty trafili koszykarze San Antonio Spurs w wygranym aż 113:77 trzecim meczu finałów NBA z Miami Heat. Spurs do zwycięstwa poprowadzili Danny Green i Gary Neal. Na co dzień gracze drugoplanowi, we wtorek rzucili w sumie 51 punktów.

Neal, zanim trafił do Spurs, został pominięty w drafcie, zwiedził Turcję, Hiszpanię i Włochy. Green był głębokim rezerwowym w Cleveland Cavaliers, w trakcie lokautu w barwach Olimpii Lublana w Eurolidze rzucał trójki Asseco Prokomowi Gdynia. We wtorek obaj byli najjaśniejszymi punktami San Antonio Spurs.

Zazwyczaj to gracze do zadań specjalnych - czekają na podanie, najczęściej na obwodzie, i gdy mają tylko pozycję, rzucają. We wtorek przejęli mecz z Heat. Gdy tylko wypuszczali piłkę z rąk, ta zmierzała prosto do kosza. Mistrzowie NBA tylko kręcili głowami. Nie byli w stanie zatrzymać grających jak w transie Greena i Neala.

Neal, który zaczął mecz na ławce rezerwowych, ustanowił swój rekord kariery, zdobywając 24 punkty, trafił sześć z dziesięciu rzutów za trzy, w tym jeden równo z syreną kończącą pierwszą połowę. Jeszcze skuteczniejszy był Green, który na dziewięć prób z dystansu pomylił się ledwie dwukrotnie.

- Koledzy i trener dają mi niesamowitą pewność siebie. Staram się wykorzystywać dobre pozycje, a rzuty po prostu wpadają - mówił po spotkaniu Green, który zakończył mecz z 27 punktami.

Spurs, trafiając 16-krotnie za trzy, ustanowili rekord finałów NBA.

- Gdy trafiamy takie rzuty, o wiele łatwiej gra nam się w ataku, ale naszym priorytetem jest obrona. Gdy jestem agresywny w defensywie, atak sam przychodzi - dodał Green.

Gracze z San Antonio w perfekcyjny sposób odpowiedzieli na 19-punktową porażkę z niedzieli. Od samego początku wtorkowego spotkania mieli przewagę, a po przerwie wręcz zdemolowali Heat. Spurs mieli sześć punktów zaliczki po pierwszej połowie (50:44), drugą połowę wygrali aż 66:33, a cały mecz 113:77.

Spurs nie tylko byli nie do zatrzymania w rzutach z dystansu, ale kompletnie zdominowali walkę o zbiórki. Gospodarze zebrali aż 52 piłki, z czego 19 w ataku. Świetnie w tym elemencie spisywali się zwłaszcza Tim Duncan (14 zbiórek i 12 punktów) oraz Kawhi Leonard (12 zbiórek, 14 punktów), którzy w sumie zebrali tyle piłek, co cały zespół gości.

- Dostaliśmy to, na co zasłużyliśmy. Każdy rzut, który chcieli oddać, oddawali. Złapali odpowiedni rytm, a my od początku musieliśmy gonić. Nie poznawałem mojego zespołu - powiedział po meczu trener Heat Erik Spoelstra.

Jego koszykarze byli we wtorek bezradni. Zawiódł LeBron James, który w finałach ma ogromne problemy z obroną Spurs. Mecz zaczął od przestrzelenia 11 z pierwszych 14 rzutów, w sumie uzbierał 15 punktów, ale większość zdobył, gdy przewaga Spurs była już bezpieczna. Miał też 11 zbiórek i pięć asyst. - Muszę grać zdecydowanie lepiej. Nie ma żadnych wymówek - stwierdził James.

16 punktów miał Dwyane Wade, 15 Mike Miller (wszystkie po rzutach za trzy), a 12 Chris Bosh.

W rywalizacji do czterech zwycięstw Spurs prowadzą 2-1. Kolejny mecz serii finałowej w San Antonio w nocy z czwartku na piątek polskiego czasu o godz. 3. Transmisja w Canal+ Sport HD.

Liczba:

36 punktów różnicy to najwyższa porażka Miami Heat w historii występów w play-off i trzecia najwyższa różnica punktowa w historii finałów NBA.

Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS i na Androida

Więcej o: