NBA. Koniec Hollywood

Mieli walczyć o mistrzostwo NBA, polegli sromotnie już w I rundzie play-off. Gwiazdy za 100 mln dol. nigdy nie były zespołem. Co dalej z Los Angeles Lakers?

W niedzielę Lakers przegrali u siebie z San Antonio Spurs 82:103. Nie była to niespodzianka - po pierwsze: w trzech poprzednich meczach Lakers walki nie nawiązali, wynik 0-4 oddaje różnicę między zespołami. Po drugie: w meczu nr 4 w piątce wyszli m.in. co najwyżej przeciętni Darius Morris, Andrew Goudelock i Earl Clark. Po trzecie: patrz punkt 2 - Lakers byli za słabi, by walczyć ze Spurs.

Niespełna rok temu nazywano ich "Dream Teamem" i "Los Hollywood Lakers", bo do Kobiego Bryanta i Pau'a Gasola dołączyli środkowy Dwight Howard i rozgrywający Steve Nash. Zespół gwiazd miał rzucić wyzwanie broniącym tytułu Miami Heat, choć były też wątpliwości. Okazało się, że uzasadnione.

Był zryw, ale nie cud

Czy gwiazdy Lakers nie są już za stare? Czy dojdą do zdrowia po poważnych kontuzjach? Czy trener dopasuje taktykę do ich umiejętności? Czy koszykarze schowają wybujałe ego do kieszeni i będą grać drużynowo? Odpowiedzi na kluczowe pytania poznaliśmy szybko i, czego nie zakładano w najczarniejszych scenariuszach, wszystkie były dla Lakers negatywne.

38-letni Nash kontuzji doznał na początku sezonu, nie wrócił do pełnej sprawności. Howard, który miał za sobą operację pleców, też ani razu nie zagrał na 100 proc. Urazy dopadły Gasola, potem Metta Worlda Peace'a i w końcu samego Bryanta, który zerwał ścięgno. W play-off urazy eliminowały graczy trzeciego planu.

Trenera Mike'a Browna zwolniono po czterech porażkach w pierwszych pięciu meczach, negocjacje z Philem Jacksonem, który w poprzedniej dekadzie zdobył z Lakers pięć tytułów, się nie powiodły. Mike D'Antoni przez kilka miesięcy szukał sposobu na znalezienie odpowiedniego stylu gry, a publiczność w Los Angeles skandowała "We want Phil"...

Howard narzekał, że dostaje za mało podań, charyzmatyczny Bryant pytał go - za pomocą mediów - jaki ma problem. Gasol się nie odzywał, bo odsunięty na ławkę nie czuł się do tego uprawniony. Po przerwie na lutowy Mecz Gwiazd koszykarze urządzili szczere spotkanie, zmobilizowali się do walki i głównie dzięki wciąż niesamowitemu Bryantowi wślizgnęli się do play-off w ostatniej chwili.

Ale cudu nie było. Rozstawieni na siódmej pozycji Lakers spotkali się ze Spurs. W San Antonio gra drużyna, a nie gwiazdy. Gdzie role są podzielone, a nie negocjowane na boisku. Gdzie trener Gregg Popovich pracuje od 17 lat (!) i wprowadza spokój, a nie zamęt. Gdzie na miejsce poobijanych gwiazd wchodzą z ławki idealnie dopasowani do stylu gry rezerwowi.

Lakers przegrali 0-4 - po raz pierwszy tak wyraźnie w I rundzie play-off od 1967 roku. Ich trzecie podejście do sztucznego zbudowania drużyny gwiazd skończyło się klęską - na przełomie lat 60. i 70. Wilt Chamberlain, Jerry West i Elgin Baylor trzykrotnie przegrywali w finale. W 2004 r. Bryant, Shaquille O'Neal, Karl Malone i Gary Payton ulegli w grze o tytuł z Detroit Pistons.

Podatek od luksusu

16-krotni mistrzowie NBA na słaby sezon reagowali zwykle spektakularnym transferem, ale tym razem sytuacja jest trudna. Suma pensji całego zespołu wyniosła w tym sezonie do rekordowych w lidze 100 mln dol. W przyszłym sami Bryant (30,4), Gasol (19,2), Nash (9,3) i World Peace (7,7) pochłoną blisko 70 mln. Po prawdopodobnym podpisaniu nowej umowy z Howardem (118 mln za pięć lat) i uzupełnieniu składu wydatki na pensje będą podobne.

Problem Lakers polega na tym, że od przyszłego sezonu zaczną obowiązywać przepisy ustalone po zeszłorocznym lokaucie - wyraźnie wzrośnie tzw. podatek od luksusu, czyli opłata dla drużyn przekraczających ustalony limit pensji dla zawodników. Za obecny sezon Lakers zapłacili "tylko" 30 mln podatku, za kolejny - jeśli utrzymają obecny skład - mogą zapłacić nawet trzy razy tyle!

Wraz z nowymi podatkami NBA pozwala jednak zespołom na jednorazową "amnestię" - koszykarz zostaje zwolniony, dostaje pensję, ale drużyna nie wlicza jej do budżetu. W Lakers kandydatem nr 1 do takiego ruchu jest Gasol. Sugestia właściciela Dallas Mavericks Marka Cubana, że klub powinien rozważyć "amnestię" 35-letniego Bryanta, ekonomicznie byłaby uzasadniona, ale w realiach ligi graniczy z science fiction.

Lakers, by znów walczyć o tytuł, muszą przede wszystkim poprawić słabą defensywę oraz znaleźć strzelców i dynamicznych obwodowych, którzy dotrzymają kroku szybkim rozgrywającym innych zespołów. Ale to proste hasła, obok których są poważne pytania. Kiedy - i w jakiej dyspozycji - wróci Bryant? Czy D'Antoni, który prawdopodobnie pozostanie trenerem, zdoła ustawić zespół? Czy wokół Howarda można zbudować silny zespół, skoro w lidze zaczynają rządzić dynamiczne duety rozgrywający - skrzydłowy?

Na razie w Los Angeles wciąż grają Clippers, którzy walczą z Memphis Grizzlies o II rundę. Są już w niej Miami Heat, a USA zachwycają się Stephenem Currym. 25-letni rozgrywający Golden State Warriors w niedzielę rzucił 31 punktów Denver Nuggets - poprowadził zespół do wygranej 115:101 i wyniku 3-1 w serii.

Amerykańscy komentatorzy twierdzą, że brakuje im słów na opisanie wyczynów Curry'ego, o Lakers NBA zapomina. Ale tylko na chwilę.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.