NBA. Dream Team w Los Angeles, czyli po lokaucie bez zmian

Los Angeles Lakers chcą sprowadzić dwie czołowe gwiazdy NBA Dwighta Howarda i Chrisa Paula, by ci stworzyli wielką trójkę z Kobe Bryantem. Ich mocarstwowe plany potwierdzają to, co przeczuwali wszyscy - lokaut w NBA nie wyrównał szans w rywalizacji bogatych z biednymi.

Sezon NBA, który rozpocznie się 25 grudnia, został okrojony o niemal dwa miesiące ze względu na lokaut. Wprowadziła go liga, która zadbała o interesy tracących pieniądze właścicieli klubów z mniejszych miast. Celem lokautu było zmniejszenie dysproporcji między klubami bogatymi, a biednymi, poprzez zmniejszenie pensji koszykarzy. Z graczami kluby wygrały, ale do wyrównania szans między nimi na razie nie doszło.

Potwierdza to szał transferowy, który ogarnął NBA. Na razie w formie plotek, ale te w najbliższych tygodniach mogą stać się faktami. Najgorętsze obecnie nazwiska to czołowy rozgrywający ligi Chris Paul i jej najlepszy środkowy Dwight Howard z postrzeganych jako prowincjonalne New Orleans Hornets, których rok temu przejęła ich NBA ratując ich przed bankructwem oraz Orlando Magic, skąd 15 lat temu do hollywoodzkich Lakers uciekał po mistrzowskie tytuły, status celebryty i pieniądze z reklam Shaquille O'Neal.

Teraz Lakers chcą i Paula, i Howarda, i stać ich na to pod każdym względem. Do Nowego Orleanu i Orlando mogą oddać np. Pau'a Gasola i Andrewa Bynuma, a nawet kilku słabszych koszykarzy, a w zamian wziąć jeszcze przepłaconego gracza po trzydziestce, co w NBA bywa ważnym elementem transferu. Stać ich na to i nie zmienią tego zaostrzone nieco po lokaucie zasady podpisywania umów z zawodnikami czy powoli wprowadzane wyższe podatki od luksusu - klub, który niedawno sprzedał prawa do transmisji telewizyjnych za 5 mld dol. na 25 lat, może pozwolić sobie na takie ruchy transferowe.

Czy Bryant, Howard i Paul stworzą w Los Angeles trio na miarę tych z Boston Celtics lub Miami Heat? Nie wiadomo. A nawet jeśli tak, to gwiazdorski skład bez odpowiednich graczy drugoplanowych i ducha zespołu wcale nie musi być maszynką do wygrywania. Ale maszynką do robienia pieniędzy - jak najbardziej. Mnożące się dream teamy w NBA oznaczają błyskawiczny wzrost sprzedaży koszulek, karnetów oraz wartości praw telewizyjnych. Tworzy się błędne koło, które toczą bogacze z dużych miast - oprócz Lakers w kontekście Howarda lub Paula najgłośniej mówi się o drugim zespole z Los Angeles - Clippers, a także Chicago Bulls, New York Knicks czy New Jersey Nets, którzy niebawem przeniosą się na nowojorski Brooklyn.

Maluczkich lokaut na razie nie uratował.