Rywalizacja Cavaliers z Pistons okazała się zdecydowanie najbardziej szaloną ze wszystkich półfinałów Konferencji w tym sezonie NBA. Wpierw wydawało się, że najlepsza na Wschodzie w sezonie zasadniczym ekipa z Detroit pójdzie po zwycięstwo, gdy wygrali dwa pierwsze mecze. Później jednak to zespół z Cleveland niespodziewanie wygrał aż trzy mecze z rzędu, co czyniło ich faworytem przed szóstym starciem u nich w domu. Wygrana dałaby im awans. Los miał jednak inne plany.
Jeszcze po dwóch pierwszych kwartach kibice Cavaliers mogli mieć nadzieję, że ich zespół wywalczy dziś już upragniony awans. Przegrywali co prawda, ale tylko trzema punktami (51:54). W dodatku cały czas czekali na lepszą grę Jamesa Hardena, który w pierwszej połowie meczu rzucił tylko 7 punktów. Wszystkie w pierwszej kwarcie, drugą przespał kompletnie. W zespole Pistons z kolei bardzo dobrze spisywał się Cade Cunningham (16 pkt już do drugiej przerwy). To on zresztą tylko w drugiej kwarcie rzucił trzy trójki, co było kluczowe dla zachowania prowadzenia.
Niestety dla gospodarzy potem miało być już tylko gorzej. Trzecią kwartę zawalili kompletnie. Obudził się co prawda Harden, który rzucił w niej więcej punktów, niż w dwóch poprzednich (8). Jednak przysnęli niemalże wszyscy inni. W efekcie Cavaliers rzucili tylko 19 pkt, a Pistons świetnie to wykorzystali i w ostatnią część meczu wchodzili już z prowadzeniem 84:70. Gospodarze potrzebowali wielkiego powrotu, ale nic takiego się nie wydarzyło.
Goście bardzo skutecznie trzymali ich na dystans. Nie było nawet chwili, by ich przewaga zmniejszyła się do mniej niż dziesięciu punktów. Trójki Danissa Jenkinsa i Paula Reeda dobiły Cavaliers, ustalając wynik spotkania na 115:94 dla Pistons. Tym samym czeka nas Game 7, czyli starcie, które o wszystkim zdecyduje. Obie drużyny mogą mówić o kolejnym takim, bo w poprzedniej rundzie zarówno Pistons grali takowe z Orlando Magic (116:94), jak i Cavaliers z Toronto Raptors (114:102). Decydujący mecz w nocy z 17 na 18 maja o 1:00 czasu polskiego w Detroit.