Kiedy w wieku 15 lat zobaczył się na nagraniu wideo, aż wystrzelił z fotela: "To ja tak wyglądam?". Ociężały, niechlujny, wręcz rozlazły Mateusz Ponitka usłyszał w końcu: "Słuchaj, synek, nie wygląda to najlepiej". I tak wziął się za siebie, że został najlepszym polskim koszykarzem.
Ostrów Wielkopolski, lato 2002 roku. Dziewięcioletni chłopiec trzyma przy uchu słuchawkę telefonu, a z jego oczu biją podniecenie i determinacja. – Tak, gruby słup. Regulowany. Obręcz łamana… Tak, najlepsza. A ta rura od słupa musi być chromowana – mówi i fachowo odpowiada na kolejne pytania.
Dziewięciolatek zna już słowo "chromowana" i dokładnie wie, co ono oznacza. Przygotowując się do zamówienia kosza, wypytuje dokładnie, na co trzeba zwrócić uwagę. Aż w końcu słyszy w słuchawce: – A czy możesz dać do telefonu kogoś dorosłego?
20 lat później Mateusz Ponitka jest już dorosły. We wrześniu 2022 roku ma 29 lat i wspólnie z kolegami z reprezentacji dokonuje cudów – w ćwierćfinale EuroBasketu Polacy pokonują 90:87 broniącą tytułu Słowenię, a gwiazdą meczu jest właśnie on, kapitan Mateusz, który zalicza wyjątkowe triple-double, zdobywając 26 punktów, 16 zbiórek i 10 asyst. Prowadzi Biało-Czerwonych do wielkiej wygranej i kompletnie przyćmiewa słynnego Lukę Doncicia, magika koszykarskich parkietów z NBA. Ponitka wszedł na dach koszykarskiego świata i mógł krzyczeć z radości, ciesząc się z drogi, która wymagała wielu wyrzeczeń.
A jednym z nich było przeznaczenie pieniędzy z komunii na przydomowy kosz, który sam, jako dziecko, zamawiał właśnie w 2002 roku.
– Miałem to wszystko przemyślane – opowiada Ponitka. – Kosz miał być na zewnątrz, więc narażona na słońce, deszcz i mróz tablica nie mogła być ze zwykłej sklejki. Konstrukcja, od słupa, przez tablicę, do obręczy, musiała być bardzo wytrzymała, bo wiedziałem, że kosz będzie bardzo oblegany. Tysiące rzutów, pierwsze wsady, potem trenowanie tych wsadów... Zwykła obręcz po kilku dniach byłaby pewnie do wymiany, przecież było jasne, że będę się na niej wieszał. To absolutnie nie mógł też być żaden kosz najazdowy, ogrodowy do rekreacji, gdzie stabilizację zapewnia woda wlewana w podstawę czy jakieś przyłożone cegły. Byłem mały, ale już kilka koszy wcześniej zniszczyłem. Wiedziałem, że muszę mieć naprawdę porządny.
Kosz zamontowano w specjalnie przygotowanym miejscu na posesji państwa Ponitków, Mateusz mógł rzucać i ćwiczyć, kiedy tylko chciał. – Słońce, deszcz czy śnieg, ja rzucałem i bawiłem się piłką. Mama się denerwowała, bo w zimie zdzierałem rękawiczki i musiała kupować je hurtowo. A ja musiałem rozgrzać ręce, jak był śnieg albo mróz. A już w ogóle najgorzej było, gdy w zimie jednego dnia padał śnieg lub deszcz, a w nocy przychodził przymrozek. Wtedy boisko było pokryte warstwą lodu. Musiałem go zbijać, a potem odgarniać łopatą – wspominał w jednym z wywiadów.
Regulowany kosz rósł razem z Mateuszem. Co rok, co kilka miesięcy, z pomocą dorosłych, a nawet specjalnego sprzętu, bo konstrukcja była ciężka, podwyższano obręcz o kolejne centymetry. Licznik rzutów szybko przechodził z setek w tysiące, a potem dziesiątki tysięcy. – To było moje ulubione miejsce do gry, najfajniejsze boisko. Byłem na nim praktycznie codziennie, grałem jeden na jednego. Ale nie przeciwko kolegom, tylko przeciwko sobie – śmiał się w jednym z wywiadów.
"Space Jam" oglądany tak, że fragmenty zaczęły znikać
Koszykówką Mateusz zaraził się z dwóch źródeł. Jedno z nich tryskało w hali przy ul. Janusza Kusocińskiego, gdzie w połowie lat 90. szturm na ekstraklasę zaczęła ostrowska Stal. Drużyna Andrzeja Kowalczyka wywalczyła awans w 1998 roku, pięcioletni Mateusz chodził na mecze z rodzicami i dziadkami. Stal poszła za ciosem, trzy lata później wywalczyła brązowe medale. Ostrów, w tym Ponitka, oszalał na punkcie koszykówki.
Drugim źródłem fascynacji koszykówką był film "Space Jam" z Michaelem Jordanem. – Mama pożyczyła od koleżanki kasetę wideo z tym filmem. Nie wiem, czy ją oddała, ale pamiętam, jak ten film się ścierał. Dosłownie, bo oglądałem go non stop. Z kolorowego zmienił się w czarno-biały, potem fragmenty zaczęły zanikać. "Space Jam" mogłem oglądać codziennie, zaczęła się moja fascynacja Jordanem. Wtedy, jako dzieciak, nie rozumiałem tego, co dzieje się wokół Michaela. Że wielki mistrz właśnie wrócił do koszykówki po przerwie i znów jest najlepszy.
Określenie "zaraził się" koszykówką jest w przypadku Ponitki adekwatne. To nie była tylko miłość, to było wręcz chorobliwe pożądanie piłki, rzutów, gry, emocji i rywalizacji. Wszystkiego, co związane jest z basketem.
Koszulka – z piłką do koszykówki. Zeszyt – z piłką do koszykówki. Szlaczki, które robią w nich pierwszoklasiści – także z piłkami. Wypracowania szkolne na dowolny temat – zawsze wokół koszykówki. – A jak dostawałem nowe buty do grania, to pierwszej nocy zakładałem je do snu. Wymyśliłem sobie, że jak mają być szczęśliwe, to muszę się zachować w ten sposób – wspomina Mateusz.
Uparty był zawsze. Rodzice dodają nawet, że ten jego upór był ciężki. Sami znają się na sporcie – mama jest nauczycielką wychowania fizycznego, tata, lekarz, w młodości uprawiał pływanie, brał udział w mistrzostwach Polski juniorów. Wiedzą, jak ważna jest systematyczność, konsekwencja w działaniu, determinacja. Ale nic nie mogli zrobić, gdy podczas ferii w Szklarskiej Porębie sześcioletni Mateusz uparł się, że na nartach nie będzie jeździł. Instruktor pokazywał, próbował, namawiał, ale chłopak był nieugięty. Nie będzie jeździł na nartach i koniec.
"Chłopczyku, jesteś za mały", a potem medale mistrzostw Polski
Pierwsze koszykarskie zabawy, zajęcia i treningi mały Mateusz zaliczył w 1999 roku. W zerówce zaczął uczęszczać do szkółki trenera Andrzeja Suskiego. Po dwóch latach grupę rozwiązano, a że koszykarskie klasy sportowe tworzono dopiero dla chłopców w wieku 10 lat, Mateusz przez chwilę nie miał z kim ćwiczyć.
Nie miał, bo do innej szkółki, której reklamę wypatrzył w ostrowskiej kablówce, nie został przyjęty. – Chłopczyku, jesteś za mały – usłyszał od instruktora, który nie wpuścił go nawet na salę. Wówczas rękę do Mateusza wyciągnął Krzysztof Cnotliwy, trener ze szkoły podstawowej nr 5. Ponitka zaczął ćwiczyć ze starszymi, a wieczorami, korzystając ze znajomości mamy, chodził porzucać na szkolne sale z tatą i bratem. Młodszy o cztery lata Marcel poszedł śladami brata, też grał w koszykówkę na reprezentacyjnym poziomie. Drugi brat, urodzony w 2006 roku Kacper, też zresztą został koszykarzem, na razie gra w drugiej lidze.
W 2004 roku Mateusz, choć był uczniem ostrowskiej "jedynki", na zaproszenie Cnotliwego pojechał z drużyną "piątki" do Piastowa na turniej Pivot Cup. Ostrowska drużyna wygrała całe zawody, Ponitka został ich najlepszym zawodnikiem. Udzielił wówczas pierwszych wywiadów w życiu i… wpadł w tarapaty. Nauczyciele z "jedynki" zaczęli mieć pretensje o to, że rodzice pozwolili chłopakowi na samowolkę i wyjazd z drużyną konkurencyjnej szkoły. Mateusz został zdjęty z funkcji kapitana szkolnej drużyny, dyscyplinarnie odebrano mu rolę przewodniczącego klasy. Rodzice przenieśli go ostatecznie do "piątki" i w kolejnych latach rozgrywek strefowych Ponitka grał – i wygrywał – przeciwko swojej byłej drużynie.
Najpierw stał się najlepszym graczem szkolnej drużyny. Potem zaczął wyróżniać się w rozgrywkach miejskich i regionalnych. Pierwsze sukcesy ogólnopolskie to srebro i złoto mistrzostw Polski szkół podstawowych, które ostrowska "piątka" z Ponitką w składzie wywalczyła w latach 2005 i 2006. W kolejnym sezonie, już w barwach Kasprowiczanki, zdobył srebrny medal mistrzostw Polski młodzików. Droga do młodzieżowych reprezentacji stała otworem.
Słoń w składzie porcelany, czyli aż trudno uwierzyć w tak kiepską motorykę
Nastoletni Ponitka był jednak zupełnie innym graczem niż ten dorosły – gwiazdor reprezentacji Polski, czołowy gracz silnych europejskich klubów. Raz, że był nastawiony tylko i wyłącznie na rzucanie. Wybiec po zasłonie, dostać piłkę, oddać rzut za trzy – to było ulubione granie Mateusza. A dwa, w co już w ogóle ciężko uwierzyć – był zaprzeczeniem szybkości, skoczności i dynamiki. To, co dziś jest jego dużym atutem, w młodości było dużym problemem.
– Byłem ociężały, biegałem w dziwny sposób, moja gra była taka niechlujna, rozlazła. Byłem trochę jak słoń w składzie porcelany – wspomina teraz Ponitka, który w dorosłym baskecie zasłynął dynamicznymi wjazdami pod kosz, wsadami i dobitkami z powietrza. Trenerzy mówili czasem, że trzeba go hamować, bo połączenie motoryki z odwagą może mieć wpływ autodestrukcyjny.
Z tego, że jest ociężały, Mateusz zdał sobie sprawę pod koniec 2008 roku. Kadra z rocznika 1993, którą wówczas prowadził Paweł Turkiewicz, pojechała na Turniej Nadziei Olimpijskich do Budapesztu. Polacy wysoko pokonali Czechów, Słowaków i Węgrów, wygrali całe zawody, ale Ponitka był drugoplanowym rezerwowym. W trzech meczach zdobył w sumie dziewięć punktów, podczas gdy brylujący wówczas Michał Michalak, Przemysław Karnowski czy Filip Matczak rzucili po kilkadziesiąt. Okazało się, że gdy zawiedzie rzut, Ponitka nie ma zbyt wiele do zaoferowania drużynie.
W dużej mierze – ze względu na słabą motorykę. Turniej w Budapeszcie mniej więcej zbiegł się w czasie, gdy w domu Ponitki pojawiła się kamera i młody gracz mógł obejrzeć swoje mecze. – To jestem ja?! – to była pierwsza reakcja Mateusza, który nie mógł uwierzyć, że tak ciężko porusza się po boisku.
– Podjąłem wtedy bardzo ważną dla siebie decyzję, że biorę się do pracy, tak na poważnie. Nie tylko na podstawie tego, co zobaczyłem. Trener Turkiewicz, podsumowując zgrupowanie i turniej reprezentacji, powiedział mi wprost, że jeśli nie wezmę się za siebie pod względem fizycznym, to nic ze mnie nie będzie. Że jeśli nie poprawię motoryki, to mogę zapomnieć o poważnym graniu. Zresztą trener nie widział mnie za bardzo w tej reprezentacji – mówi Ponitka.
– Przyznaję, to wszystko było dla mnie dużym ciosem. Na dodatek, jak teraz cofam się pamięcią i wspominam siebie grającego w kadrach wojewódzkich, to widzę bardzo aroganckiego nastolatka. To już nie była pewność, to była przesada, czułem się od niektórych lepszy i wydawało mi się, że to wystarczy. Trenować lubiłem, ale dla siebie. Nie pasowała mi sytuacja, w której ktoś mi coś narzucał. A potem pojechałem na zgrupowanie reprezentacji Polski i usłyszałem: "Słuchaj, synek, to nie wygląda najlepiej".
Charakter nie pozwolił mu odpuścić. W kluczowym momencie Ponitce pomógł Jacek Laskowski, trener personalny z Ostrowa, który przez wiele lat pracował m.in. z kadrą niemieckich kajakarzy, przygotowując ich do igrzysk. Laskowski najpierw ocenił techniki poruszania się młodego koszykarza i wyznaczył trenera, Huberta Mikołajczyka. – No i się zaczęło. Wstawanie o szóstej rano, treningi przed szkołą. Technika biegania, siłownia, praca nad przyspieszeniem itd. To był impuls dla mojego ciała, ono właśnie wtedy zaczęło się zmieniać. Może te specjalistyczne treningi zbiegły się z momentem dojrzewania. Dość powiedzieć, że efekty przychodziły bardzo szybko – opowiada Ponitka.
"Kawał chłopaczka z talentem sportowym", czyli juniorzy idą po srebro mistrzostw świata
Zmieniał się nie tylko on, zmieniała się reprezentacja kadetów, do której aspirował. Turkiewicza, który otrzymał propozycję pracy w ekstraklasowej drużynie ze Zgorzelca, w roli trenera kadry do lat 16 zastąpił Jerzy Szambelan. Doświadczony szkoleniowiec z grupy utalentowanych chłopców stworzył być może najlepszą w historii krajowego basketu reprezentację młodzieżową.
– Od początku pracy z tymi chłopakami postawiliśmy na wartości mentalne, które moim zdaniem u polskich zawodników są niewykształcone. W tym aspekcie mamy największe rezerwy – tłumaczył Szambelan. – Na pierwszym spotkaniu z kadrą zrobiłem krótki, zaledwie pięciominutowy briefing. Nakreśliłem sześć zasad i zagroziłem, że jeśli ktoś nie będzie ich przestrzegał, to nie będzie ze mną pracował. Te zasady to: słuchanie, dyscyplina, pokora, praca, zaangażowanie, ambicja. Powtórzyłem to drugi raz i zapytałem, czy chłopcy to zrozumieli. Powiedzieli, że tak – wspominał trener.
Sam Ponitka zrozumiał wówczas, że z nastawieniem tylko i wyłącznie na zdobywanie punktów może nie zajść zbyt daleko. Wrócił do podstaw koszykówki, do dobrej obrony. W myśl zasady – jak dobrze bronisz, to trener nie zdejmie cię z boiska. A jak będziesz grał dłużej, to rzuty przyjdą same. Do tego doszła pewność siebie, ale jakże inna od tej wspominanej przez niego arogancji. Od końca sezonu 2008/2009 pewność Ponitki wynikała z rosnących możliwości fizycznych – dynamiki, szybkości, skoczności, także siły. W 2009 roku, po zakończonych na czwartym miejscu mistrzostwach Europy kadetów na Litwie, Szambelan na pytanie o to, który z jego graczy ma najlepsze widoki na przyszłość, spokojnie mógł odpowiedzieć tak: – Mateusz Ponitka. Kawał chłopaczka z talentem sportowym. Bojownik, ma pasję i marzenia, które motywują go do ciężkiej pracy.
Te dwa ostatnie zdania to jeden z najpiękniejszych, najlepiej dopasowanych cytatów w polskiej koszykówce. Zresztą podobnie jak kolejny dotyczący Ponitki, także autorstwa Szambelana: – To taki boiskowy łobuz. Ma rzadko spotykane predyspozycje psychiczne, nie pęknie przed nikim. Podejmuje decyzje ryzykowne, zdrowie jest dla niego na drugim miejscu.
Na drugim miejscu, ze srebrnymi medalami, koszykarze Szambelana zakończyli w 2010 roku mistrzostwa świata do lat 17 w Hamburgu. Młodzi Polacy zwyciężali, a nawet gromili kolejnych rywali – Australię, Koreę Południową, Niemcy, Hiszpanię i Kanadę, a w fazie pucharowej Serbię i Litwę. Przegrali dopiero finał z USA. Ponitka był drugim strzelcem turnieju, znalazł się także w jego najlepszej piątce – obok Kanadyjczyka Kevina Pangosa, Amerykanów Bradleya Beala i Jamesa McAdoo oraz Karnowskiego. Razem z innymi kolegami z reprezentacji stał się znany wszystkim poszukiwaczom talentów na świecie.
Zadziwił tym, że niedowidział, czyli trudne początki w Warszawie
O "chłopaczkach Szambelana" w koszykarskiej Polsce zrobiło się już naprawdę głośno, nastolatkowie udzielali kolejnych wywiadów. – Mam kilku idoli sportowych. Pierwszym jest Kobe Bryant, ale nie można się wzorować tylko na nim, bo on jest jedyny w swoim rodzaju i nikt inny nie będzie grał tak jak on. Dlatego podpatruję też graczy z Europy: Juana Carlosa Navarro, Rimantasa Kaukenasa czy Rudy’ego Fernandeza – mówił Ponitka reporterowi lokalnej telewizji z Ostrowa.
Od roku grał już jednak poza miastem, w którym się wychował. Propozycje z innych klubów pojawiały się już od kilku lat – bardzo zainteresowany był WKK Wrocław, do Ostrowa przyjeżdżali przedstawiciele klubu z Poznania, w którym zresztą Ponitka się urodził. Propozycje padały ze strony klubów trójmiejskich, ale najlepsze wrażenie robiła Polonia 2011. Wówczas nowy, a dziś już nieistniejący klub z Warszawy, który bałkańską myśl szkoleniową (chorwacki trener Mladen Starcević, słoweński menedżer Walter Jeklin) chciał połączyć z wprowadzaniem w wiek seniora największych polskich talentów.
Na testy Ponitka pojechał już w 2008 roku. Podróż do Warszawy 15-latek odbył sam, z dworca odebrał go były koszykarz, pracujący w klubie Krzysztof Sidor. Młody chłopak spodobał się pod względem koszykarskim, zaimponował dojrzałością, organizacją i dyscypliną. Ale też zadziwił tym, że… niedowidział. Mateusz nosił już wówczas okulary korekcyjne, ale do gry je zdejmował, a soczewek zakładać nie chciał. I gdy w Warszawie rozpoczęły się bardziej skomplikowane ćwiczenia – kozłowanie z jednoczesnym odczytywaniem sygnalizacji trenerów z różnych miejsc boiska – okazało się, że Ponitka nie jest w stanie tego zrobić. Do soczewek przekonał się praktycznie od razu.
W Polonii 2011 jednak nie został. – Podobasz nam się, ale w tej chwili nie mamy dla ciebie odpowiedniego miejsca. Za rok i ty w większym stopniu będziesz gotowy na zmianę klubu, i my będziemy ci mogli więcej zaoferować. A w trakcie sezonu, co jakiś czas, możesz do nas przyjeżdżać na kilkudniowe treningi – usłyszał w Warszawie. To rozwiązanie okazało się idealne. Zmieniając klub w 2009 roku, Ponitka był już na wyższym poziomie fizycznym, grał wszechstronniej i był gotowy na debiut w I lidze. Na parkiecie spędzał w nim średnio 18 minut na mecz i pod okiem Starcevicia przygotowywał się do przełomowego, wspominanego już lata 2010 roku i turnieju w Hamburgu.
Chorwacki trener miał duży wpływ na boiskowy rozwój Ponitki. Pod względem koszykarskim, ale też mentalnym. – Trener tłumaczy mi, że zamiast robić jeden wielki krok, a potem wyhamować z postępem, lepiej systematycznie posuwać się naprzód, nawet jeśli tego nie widać. Te niuanse będą procentować. Uczę się obycia i rywalizacji ze starszymi zawodnikami – mówił w trakcie swojego trzeciego sezonu w Warszawie.
Jak Mateusz Ponitka jeździł na motorze – żaden szpan, tylko ułatwienie
Wyjazd do stolicy, a także osoba Starcevicia nakłoniły Ponitkę do rezygnacji z jazdy na motorze. – Uwielbiam ją, ale nie mogę ryzykować, wiem, że jazda na motorze może być dla mnie niebezpieczna – mówi zawodnik, który w Ostrowie dojeżdżał do gimnazjum właśnie na motorze. – Miałem dwa, najpierw takiego małego choppera, a potem crossa enduro. Ten drugi był fajniejszy. Wyrobiłem sobie kartę motorową, można było ją mieć od 13 lat. I to nie był żaden szpan, tylko po prostu ułatwienie, nie musiałem jeździć do szkoły autobusem, nie musiałem nikogo prosić, by zawiózł mnie do szkoły. Byłem niezależny – mówi Ponitka.
Z jego motorami wiąże się kilka ciekawostek i anegdot. Po pierwsze: motory były elementem udanych negocjacji z rodzicami, w których nastolatek musiał się też jednak poświęcić. Chodziło o gimnazjum – rodzice marzyli o tym, by Mateusz chodził do Zespołu Szkół Sióstr Salezjanek, do czego chłopak nie był zbyt chętny. Ale kiedyś wypalił, że dobrze, zmieni szkołę, ale chciałby mieć motor. Po dobiciu targu sam poszedł do przyszłego gimnazjum, mówiąc, że on chciałby się tam uczyć.
A początki na motorze bywały trudne. Jeden z pierwszych przejazdów nastolatek kończył, jeżdżąc dookoła po ostrowskim Rondzie Sybiraków. – No, nie mogłem z niego zjechać. To niebezpieczne rondo przed wjazdem na Most Odolanowski, jeździ tam dużo ciężarówek, musiałem zrobić kilka dodatkowych kółek, zanim ktoś mnie przepuścił do zjazdu – wspomina Ponitka, który fanem motorów pozostał, biernym. Kiedy ma czas, lubi wybrać się na mecz żużlowy.
Wracając do Warszawy – poza Starceviciem bardzo ważna była dla Ponitki także osoba Jeklina, który pchał koszykarza w dobrym kierunku, pomagając mu jak najlepiej rozpocząć zawodową karierę. – Pamiętam, jak w Warszawie mieliśmy różnego rodzaju rozmowy, w których albo mi coś dokładnie tłumaczył, albo nakrzyczał, albo przybijał piątkę i chwalił. Dawał mi to, czego potrzebowałem, by dojrzeć mentalnie – wspominał Ponitka.
Każdy sezon miał pozytywną historię
Od 2010 roku jego kariera zaczęła rozwijać się błyskawicznie, każdy rok przynosił coś nowego, lepszego. Już w wieku 18 lat Mateusz doświadczył kolejnego przełomowego wydarzenia – w Portland wystąpił w Nike Hoop Summit. W meczu największych młodych talentów był liderem zespołu Reszty Świata przeciwko USA. Jego drużyna przegrała 80:92, a Ponitka był jej najlepszym strzelcem – zdobył 17 punktów. Przeżyciem równie ważnym, a może nawet ważniejszym niż sam mecz, było spotkanie Kobe'ego Bryanta. – Mój największy idol uścisnął mi dłoń i była to chwila, którą zapamiętałem najlepiej z całego wyjazdu – mówił 18-latek tuż po wylądowaniu w Polsce.
Każdy kolejny sezon był dla Ponitki odrębną historią z pozytywnym zakończeniem, ułożenie ich wszystkich w jeden ciąg robi wrażenie.
2011: wspomniany Nike Hoop Summit, awans do ekstraklasy i debiut w PLK. – Spodziewałem się, że będzie mi dużo, dużo trudniej. Jak w Ostrowie chodziłem na mecze Stali, to wydawało mi się, że ekstraklasa to nieosiągalny dla mnie poziom. Teraz okazuje się nie być tym, co sobie wyobrażałem – mówi kilka tygodni po pierwszym meczu.
2012: transfer do Asseco Prokom Gdynia w trakcie sezonu, pierwsze mistrzostwo Polski, debiut w reprezentacji (cztery punkty przeciwko Czarnogórze), debiut w Eurolidze – 13 punktów w 19 minut na wyjeździe z Elan Chalon-sur-Saône.
2013: kolejne złoto w Polsce z Prokomem, transfer do belgijskiego Telenetu Ostenda, debiut na EuroBaskecie (średnio 3,6 pkt w pięciu meczach).
2014: mistrzostwo Belgii i udane występy w EuroCup.
2015: kolejny tytuł w Belgii, pokazowe treningi w sześciu klubach NBA, udział w Lidze Letniej NBA w barwach Denver Nuggets (72 minuty w czterech meczach). Pobyt w USA nie zakończył się wyborem w drafcie, ale we wrześniu Ponitka rozegrał świetny EuroBasket we Francji (średnio 9,3 pkt, 4,0 zbiórki i 3,7 asyst). Okrzyk "Ponitka time!", autorstwa jednego z komentatorów po kolejnej błyskotliwej akcji Polaka, zapamiętało wielu kibiców.
2016: mistrzostwo Polski ze Stelmetem, dobra gra w Eurolidze i nagroda EuroCup Rising Star Trophy dla najlepszego młodego koszykarza w rozgrywkach EuroCup, w których Ponitka rozegrał m.in. znakomity wygrany dwumecz z Unicsem Kazań. A potem transfer do tureckiego Pinaru Karsiyaka.
2017: występ w tureckim meczu gwiazd – został wybrany głosami kibiców, którzy docenili jego wszechstronną, ale też efektowną, bezkompromisową grę. A potem – zainteresowanie ze strony czołowych hiszpańskich klubów i w efekcie transfer do najlepszej w Europie ligi, do Iberostaru Teneryfa. W swoim trzecim EuroBaskecie Ponitka rzucał już średnio po 12,8 pkt, notował po 7,3 zbiórek oraz 2,4 asyst.
2018: miejsce w drugiej piątce sezonu ligi hiszpańskiej i kolejny transfer – tym razem do rosyjskiego Lokomotiwu Kubań.
2019: awans z reprezentacją na mistrzostwa świata. Na mundialu w Chinach Ponitka – obok Adama Waczyńskiego i A.J. Slaughtera – był kluczowym graczem zespołu, który wygrał cztery pierwsze mecze i ostatecznie zajął świetne ósme miejsce na świecie. – Można powiedzieć, że byłem już wszędzie, ale ten szczyt, najlepszy koszykarski okres, jeszcze przede mną. Mogę się jeszcze rozwijać – zapewniał wówczas Ponitka, który właśnie w 2019 roku podpisał kontrakt z euroligowym Zenitem Petersburg.
Modelowy przykład rozwoju kariery i dobrych decyzji
Ale to nie koniec wyliczanki, idźmy dalej:
2020: już na początku, w styczniu, wyszedł na scenę podczas Balu Mistrzów Sportu, by odebrać statuetkę za 10. miejsce w Plebiscycie "Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca w kraju. Ponitka został pierwszym koszykarzem w tym gronie od 20 lat i piątego miejsca dla Małgorzaty Dydek.
2021: jako kapitan zespołu rozgrywa pełny sezon w Eurolidze w Zenicie, w 26 z 34 meczów wychodzi w pierwszej piątce, notuje średnio po 8,4 pkt, 5,2 zbiórek oraz 3,1 asyst. Zenit wchodzi do play-off, w ćwierćfinale toczy zaciętą batalię z Barceloną, ostatecznie przegrywa 2:3.
2022: najtrudniejszy, ale zarazem najpiękniejszy rok w karierze. W lutym Rosja najeżdża Ukrainę, więc Ponitka rozwiązuje kontrakt z Zenitem i przez kilka miesięcy nie ma klubu, trenuje indywidualnie. Do EuroBasketu przygotowuje się jednak wyśmienicie, jest kapitanem i gwiazdą reprezentacji Polski. Biało-Czerwoni zajmują znakomite czwarte miejsce, a on ze średnimi 13,4 pkt, 5,3 zbiórki i 5,7 asysty był ich najlepszym graczem. Dzięki temu podpisuje kontrakt z Panathinaikosem Ateny.
2023: grecki zespół po niełatwym sezonie w Eurolidze decyduje się na przebudowę, Ponitka znajduje kolejny klub z wielką marką – chodzi o Partizan Belgrad, który trenuje Żeljko Obradović, jeden z najwybitniejszych trenerów w historii europejskiego basketu. Ponitka zaczyna swój piąty kolejny sezon w Eurolidze.
2024: występy w Belgradzie komplikuje kontuzja, po której Ponitka ma problem z wywalczeniem miejsca w rotacji Partizana. Po sezonie odchodzi z klubu i podpisuje kontrakt z tureckim Bahçesehirem Stambuł grającym w EuroCup, czyli poziom niżej od Euroligi.
I tak doszliśmy do przedednia EuroBasketu 2025, momentu, w którym jasno można powiedzieć: kariera Ponitki to wręcz modelowy przykład rozwoju i dobrych decyzji.
Ciężki człowiek do życia, poza boiskiem nie zawsze było przyjemnie
Marsz, a momentami bieg po tej drodze do sukcesów od dłuższego czasu ułatwia dieta, do której Mateusz przywiązuje ogromną wagę. Zdrowo odżywiać zaczął się w 2013 roku dzięki Dorocie, która później została jego żoną. – Ciężko było mi się przestawić, bo lubiłem pójść na kebab, zjeść pizzę, wypić colę. Dorota zupełnie to zmieniła, powiedziała: "Koniec! Jeśli chcesz być ze mną i coś osiągnąć, to tego ma nie być. Idziemy razem inną drogą, ja będę cię wspierać" – wspominał.
Co zmieniło przejście na dietę? – Wzrosła moja energia, wyostrzyły się zmysły odpowiedzialne za szybkość reakcji. Zdrowe odżywianie wpływa przecież na pracę mózgu, impulsy szybciej wychodzą do komórek. To są detale, ale czasem jeden krok może w koszykówce zdecydować o tym, czy akcja jest udana czy nie – mówi Ponitka. Oczywiście nie jest to jedyny sportowiec, który prowadzi zdrowy tryb życia, ale w jego przypadku dyscyplina jest tak wyjątkowa, że precyzyjnie wyliczony ma nawet czas odpoczynku i codzienne drzemki.
– Jeśli chodzi o ciało, to więcej nie jestem w stanie zrobić. Dieta, odpoczynek, regeneracja, masaże, rozciąganie: to jest mój dzień powszedni. Ale w ostatnich latach zmieniła się moja mentalność. Wykonałem kolejny krok do przodu, gdy sobie odpuściłem. Przestałem być tak krytyczny, tak wymagający wobec siebie. Ja jestem bardzo ciężkim człowiekiem do życia, czasem także dla siebie.
Faktycznie, łatwym człowiekiem nie jest. Publiczne, momentami niesmaczne stały się jego konflikty z Marcinem Gortatem, kiedy w 2022 roku obaj wybitni koszykarze obrzucali się błotem. Jeszcze bardziej uwierało publiczne pranie brudów z Marcelem Ponitką tuż przed EuroBasketem 2022. Młodszy brat w rozmowie z TVP Sport powiedział, że stracił miejsce w kadrze dlatego, że na selekcjonera wpłynął Mateusz, który nie chciał z nim grać. Ten w odpowiedzi ujawnił kulisy rodzinnego konfliktu, który zaczął się już w 2012 roku. – Otrzymałem ultimatum od rodziców: albo oni, albo moja żona. Wybrałem miłość i osobę, która dba o mnie codziennie przez ostatnie 10 lat. Wówczas zaczęła się ich zemsta na wszystkich wokół nas. W rodzinie stworzyły się dwa obozy: w jednym są ludzie przeciwko mnie, a w drugim neutralni, czyli wychodzi na to, że przeciwko moim rodzicom – opowiadał w rozmowie z "Przeglądem Sportowym".
– Konflikt w rodzinie narastał przez wiele lat. Były bardzo nieprzyjemne sytuacje i prowokacje. Gdy grałem w Zielonej Górze, to zostaliśmy wraz z żoną zwyzywani przy rodzinie i kibicach. Moi rodzice notorycznie piszą na nasz temat obraźliwe komentarze w internecie – kontynuował koszykarz i wyliczał kolejne przykłady podziałów w rodzinie. Łącznie z tym, kto od kogo pożyczył i kto komu nie oddał pieniędzy.
Teraz Ponitka siłę czerpie ze swojej "nowej" rodziny, w której skład wchodzą żona, jej syn z pierwszego związku, którego Mateusz wychowuje, a także kot. Na prawym przedramieniu koszykarz ma zresztą wytatuowany symboliczny wizerunek siebie i swoich najbliższych - to koń, lwica, niedźwiadek i kot, które znajdują się za kratami. - To jest obraz mojej rodziny - mówił ostatnio Ponitka w rozmowie z TVP Sport. - Jest za kratami, bo to może trochę takie filozoficzne podejście do sytuacji, w której znajdowałem się wówczas - w takim trochę zamknięciu, w takim życiu, w którym nie do końca, jak się okazuje, odnajdywałem siebie, i to jest taki obraz pokazujący mi, nam wszystkim, że próbujemy się z tego więzienia przysłowiowego wydostać. To taki mocny symbol w moim życiu - tłumaczył koszykarz.
Te wspomniane wcześniej niepotrzebne lub po prostu przykre historie pozaboiskowe nie wpłynęły na jego pozycję na boisku, a szczególnie w reprezentacji Polski. W niej urósł, został kapitanem, a dla niektórych – choćby dla środkowego Aleksandra Balcerowskiego – mentorem. Jednocześnie sam dojrzewał i zmieniał perspektywę na swoją karierę. – Od kilku lat pokazuję, co potrafię, w najlepszych ligach, radzę w nich sobie, jestem wyróżniany. Doszedłem do punktu, w którym wiem, że najważniejsze są zdrowie, chęć i pasja. Jeśli one będą, to reszta przyjdzie. Można powiedzieć, że kiedyś najważniejszy był dla mnie cel, szedłem do niego po trupach. Teraz koncentruję się na tym, by codzienna droga była jak najlepsza. I jeśli ona będzie dobra, to też w dobre dla siebie miejsce dojdę – filozoficznie mówi zawodnik.
Ta droga już wygląda imponująco. Ostrów Wielkopolski, Warszawa, Gdynia i Zielona Góra. Belgia, Turcja, Hiszpania, Rosja, Grecja, Serbia, znów Turcja. Mistrzostwa Europy i świata, zarówno młodzieżowców, jak i seniorów, rola kapitana reprezentacji Polski. I bez wątpienia miejsce w historycznych annałach. Jego kariera wciąż trwa, ale Ponitka już ma miejsce w ścisłej czołówce najlepszych polskich koszykarzy.
Fragmenty artykułu pochodzą z wydanej w 2019 roku książki "Mundial pod koszem", której autorem jest dziennikarz Sport.pl Łukasz Cegliński.
Przed Wami najnowszy Magazyn.Sport.pl! Polscy koszykarze zagrają w Katowicach o mistrzostwo Europy. Korespondenci Sport.pl czuwają, a już teraz mamy oryginalny starter pack kibica basketu. Ekskluzywne wywiady, odważne felietony i opinie przeczytasz >> TU