Takiego osiągnięcia jeszcze nie było. Żywa legenda obiecała to ojcu

Piotr Wesołowicz
Ma 39 lat. Karierę chciał zakończyć już w 2021 r., ale dał się przekonać, że to jeszcze nie czas. Przede wszystkim jednak obiecał ojcu, że z koszykówką pożegna się na igrzyskach. I zamierza ten plan zrealizować - pisze z Walencji Piotr Wesołowicz, dziennikarz Sport.pl.

"Gracias, Rudy!" – takich transparentów tego dnia były setki. A kibiców, którzy oklaskiwali Rudy'ego Fernandeza, przyszło kilkanaście tysięcy. Ile łez wypłakał w tamtym momencie 39-letni gracz Realu? Tego nie da się policzyć.

Zobacz wideo Niemcy wydali wyrok! Nowy wróg publiczny. "Kompromitacja"

Obrazek był poruszający, wzruszający. Żyjąca legenda "Królewskich" 10 czerwca rozgrywała ostatni mecz barwach Realu przed własną publicznością w Pałacu Sportu w Madrycie. Rywalem madrytczyków w finale była Murcia, fani drużyny ze stolicy Hiszpanii spodziewali się łatwego zwycięstwa "Galacticos".  

I taki scenariusz się zrealizował, Real ograł w finale Murcię 3-0, a tamto czerwcowe popołudnie było ostatnim, gdy Fernandez wybiegł na madrycki parkiet. I nie był to jedynie ukłon w stronę weterana – Rudy zagrał fenomenalnie, zdobył 14 punktów w 14 minut (najwięcej w zespole), trafiając perfekcyjne 4/4 za trzy. "Jeśli Fernandez pragnął pięknego zakończenia, tego dnia otrzymał idealny scenariusz" – pisała prasa.

 

Kiedy Rudy schodził z parkietu w końcówce, kibice wiwatowali na jego cześć. To była niemal 10-minutowa owacja, podczas której Fernandez musiał schować twarz w ręczniku, by ukryć wzruszenie. Niepotrzebnie – w tamtej chwili wzruszyli się najpewniej wszyscy fani europejskiego basketu.

Z koszykówką żegna się jej legenda. Trzykrotny mistrz Euroligi. Siedmiokrotny mistrz Hiszpanii i siedmiokrotny zdobywca Pucharu Króla. Dwukrotny mistrz świata w dwóch erach hiszpańskiego basketu – z 2006 r. w Japonii i 2019 r. w Chinach. Czterokrotny mistrz Europy. Liczba wszystkich trofeów wywołuje ciarki – 27.  

– Na zawsze zachowam ten moment w sercu – mówił po tym meczu Rudy. Ale wbrew pozorom to jeszcze nie koniec. 39-latek "last dance" tańczy w reprezentacji, która w Walencji walczy o kwalifikację olimpijską. Złoto igrzysk to w zasadzie trofeum, które brakuje Rudy'emu.

Hiszpanie, czyli "La Familia"

– Rudy zakończył już karierę klubową, ale obiecał ojcu, że z reprezentacją pożegna się na igrzyskach olimpijskich. Dlatego wszyscy dają z siebie wszystko, byśmy pojechali do Paryża. Wszyscy jesteśmy tu dla Rudy'ego – śmieje się w rozmowie ze Sport.pl Andres Aragon, hiszpański dziennikarz serwisu Olympics.com.   

Trenerem Hiszpanów wciąż jest Sergio Scariolo, a w składzie są znakomici gracze jak Sergio Llull, bracia Juancho i Willy Hernangomezowie, czy Dario Brizuela. Ale to już nie tak mocna drużyna, co przed laty – z braćmi Gasol, Sergio Rodriguezem, czy będącym w prime time Rickym Rubio. Trwa pokoleniowa zmiana. W ekipie ostał się w zasadzie nieco młodszy od Rudy’ego 35-letni Llull oraz właśnie Fernandez.

– Fernandez gra w kadrze od 20 lat, jest ostatnim łącznikiem z tamtą legendarną erą. Naszą drużynę narodową nazywamy "La Familia", rodzina. On jest dzisiaj jej nestorem – dodaje hiszpański dziennikarz.

Ateny, Pekin, Londyn, Rio de Janeiro i Tokio. Rudy Fernandez grał na igrzyskach we wszystkich tych miastach, począwszy od 2004 r. Jeśli do listy dopisze Paryż, stanie się pierwszym w historii koszykarzem, który zagrał na sześciu turniejach olimpijskich. Chce pożegnać się na największej możliwej scenie – jak w 2021 Luis Scola, Argentyńczyk, który żegnał się z karierą na igrzyskach w Tokio jako 41-latek.

– Nie ma dla mnie różnicy, czy Rudy ma 18 czy 40 lat. Zawsze był tak samo zaangażowany i zawsze był dla nas, młodszych graczy, inspiracją – mówił o nim w Walencji Willy Hernangomez, koszykarz Barcelony.

Dziś Rudy jest znakomitym obrońcą, strzelcem dystansowym. Ale przede wszystkim pełni rolę dowódcy korzystającego z 20-letniego doświadczenia. – Rudy planował zakończyć karierę w kadrze w 2021 r., jak większość naszych legend. Ale trenerzy namówili go na rolę mentora młodzieży – dodaje Aragon.

Gdy zaczynał karierę z Joventucie Badalona (skądinąd razem z Rickym Rubio), znany był jednak przede wszystkim z potężnych wsadów. Krótko mówiąc – Fernandez skakał rywalom po głowach. Mając 198 cm, przeskakiwał graczy o 20 cm wyższych. Dziś na Youtube miałby dzięki temu milionowe wyświetlenia.

Od początku było jasne, że jego przyszłością jest NBA. W 2008 r. sięgnęli po niego Portland Trail Blazers – tuż po tym, jak reprezentacja Hiszpanii dotarła do finału igrzysk w Pekinie, gdzie stoczyła legendarny bój z USA. Bój, o którym dziś można zobaczyć dokument na Netfliksie. Jego piekielny wsad ze spotkania o złoto przeciwko Dwightowi Howardowi do dziś wywołuje ciarki. Słowo "piekielny" nie jest przypadkowe. Media w USA pisały, że był to "diabelski wsad". Mierzący 198 cm Rudy zapakował piłkę nad Howardem (211 cm). A Fernandez w trakcie lotu go wręcz stłamsił.

 

Górą 118:107 był wtedy Team USA – z LeBronem Jamesem, Dwaynem Wadem, ale przede wszystkim Kobem Bryantem w składzie. W NBA docenili jednak także umiejętności Fernandeza. Rudy dostał ważną rolę w Blazers, a w debiutanckim sezonie załapał się do All-Star Weekend, biorąc udział w konkursie wsadów. Co ciekawe, wystąpił w jego trakcie z numerem "10" i nazwiskiem "Martin" na plecach – na cześć Fernando Martina, pierwszego Hiszpana, który trafił do NBA (właśnie do Blazers). Martin zginął w wypadku samochodowym w 1989 r. Był jednak inspiracją dla całego pokolenia hiszpańskich koszykarzy, którzy dziś są legendami – Rudy'ego, braci Gasol czy Juana Carlosa Navarro.

Porzucił NBA, bo kochał Madryt

Tak naprawdę Fernandez mógł trafić do NBA rok wcześniej, gdy z 24. numerem draftu wybrali go Phoenix Suns (i od razu oddali do Oregonu). Rudy wrócił jednak na rok do Joventutu Badalona, sięgając po triumf w Eurocupie, gdzie jego zespół nie przegrał choćby jednego spotkania. MVP finału został właśnie Rudy.

W premierowym sezonie w NBA trafił 159 trójek, co było wówczas rekordem w lidze jeśli chodzi o debiutantów, a rekord Hiszpana pobił dopiero Steph Curry, trafiając 166 rzutów za trzy w swoim pierwszym sezonie dla Golden State Warriors. Dziś rekord należy do Keegana Murraya z Sacramento Kings, który w sezonie 2022-23 trafił za trzy 206 razy.

Przez trzy sezony Rudy odgrywał ważną rolę w Blazers, ale… pragnął czegoś więcej. Chciał być liderem, który będzie dawał swojej drużynie tytuły. Dlatego wrócił do Realu, jeszcze w 2011 r., w trakcie lokautu w NBA.

Potem co prawda musiał wrócić do Stanów, gdy Blazers bez żalu oddali go do Denver Nuggets, ale dla Rudy'ego to były ostatnie chwile za oceanem. Stało się jasne, że to Madryt jest jego przeznaczeniem. Fernandez swój cel spełnił – wrócił do Realu, był jego liderem i prowadził zespół do wielkich triumfów. W 2015 r. dzięki niemu Real zakończył 20-letnią posuchę w Eurolidze, miażdżąc Olympiakos w finale.

– Tu jestem najlepszą wersją siebie – przekonywał w materiale CNN, gdy pytano go, dlaczego – wbrew konwenansom – porzucił najlepszą ligę świata, mimo że miał w niej pewne miejsce i "prime time" przed sobą. Wszak wracał do ojczyzny, mając tylko 27 lat. Najlepsze było przed nim.

Ale to w Madrycie jest jego dom. Spędził tu 12 kolejnych sezonów i w glorii zwycięzcy kończy karierę.

Choć są oczywiście jeszcze igrzyska. – Żałujemy bardzo, ale Rudy ma już 39 lat, to naturalna kolej rzeczy – mówi mi Alex, który z grupką przyjaciół czeka na półfinałowy mecz turnieju kwalifikacyjnego w Walencji. Hiszpania w sobotę mierzyła się w nim z Finlandią – pogromcami Polaków.

– Kiedyś był niesamowity w ataku, dziś jest raczej obrońcą, ale też przewodnikiem dla młodzieży. Mimo że już nic nie musi udowadniać, że to jego ostatnie mecze, to on zawsze walczy o każdą piłkę. Jest świetnym wzorem dla młodszych graczy – dodaje Alex.

Rudy nigdy jednak nie stracił na zadziorności. Zawsze lubił prowokować, rywalizować, irytować rywali.

Najsłynniejszym incydentem z jego udziałem był mecz z Żalgirisem Kowno z 2013 r. W trakcie gry Hiszpan rzucił piłką w głowę Krzysztofa Ławrynowicza i po ostatnim gwizdku wszczął bójkę z Pauliusem Jankunasem. W Madrycie Real wygrał wtedy 75:74, a Litwin Martynas Pocius, który wówczas grał w Realu, przed rewanżem mówił: –  Mam nadzieję, że Rudy nie zostanie zabity w Kownie.

Igrzyska obiecał ojcu

Nikt zamachu na Rudy'ego nie przyszykował, ale fani z Litwy lżyli go przez cały mecz. Nie lubili go też rywale, nieraz zarzucając Fernandezowi, że to styl "dirty playera" – prowokatora szukającego gry w grze.

W meczu z Finami Fernandez znów pokazał charakterek. Jeszcze w pierwszej kwarcie został ukarany faulem niesportowym, a sam Rudy wdał się w ostrą kłótnię z sędzią. Hiszpania jednak wygrała 81:74 i w niedzielnym finale o udział w igrzyskach zagra z Bahamami.

Rudy wciąż może więc spełnić prośbę ojca i z koszykówką pożegnać się na wielkiej scenie.

Kto wygra koszykarskie złoto igrzysk?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.