Burza wokół Sochana po meczu. "Pan w ogóle oglądał?"

Piotr Wesołowicz
Choć przegraliśmy z Bahamami, z występu Jeremy'ego Sochana możemy być zadowoleni. Tym większe było zdziwienie, gdy końcówkę tego zaciętego meczu gracz San Antonio Spurs oglądał z ławki. To wywołało dyskusję mediów z trenerem reprezentacji koszykarzy - pisze z Walencji Piotr Wesołowicz, dziennikarz Sport.pl.

Na start turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk przegraliśmy z Bahamami 81:90. Polacy zagrali słabo, ale gdyby prezentowali się przez cały mecz tak, jak w samej końcówce – pełnej nieustępliwości, celnych trójek i fantastycznej obrony – powinniśmy spokojnie wygrać.  

Zobacz wideo Żelazny: Kojarzył się z "drewniakiem", a teraz jest absolutnie najważniejszym piłkarzem

– Jestem dumny z moich zawodników. Rywale trafili już na początku kilka trójek [cztery w pierwszych trzech minutach, sześć w pierwszej kwarcie - red.] i kompletnie wybili nas z rytmu. Nie byliśmy w stanie na to zareagować – tłumaczył po meczu selekcjoner Igor Milicić.

Sochan musiał zrzucić rdzę. Ale gdy już to zrobił...

Co ciekawe, w ostatnich minutach, kiedy zbliżyliśmy się na sześć punktów i wygrana wydawała się w zasięgu, na parkiecie brakowało Mateusza Ponitki i Jeremy'ego Sochana. Obaj przyglądali się grze z ławki. To zrodziło naturalne pytanie, czemu trener zrezygnował w zaciętej końcówce ze swoich liderów?

W meczu z Bahamami naturalnie wszystkie oczy były skierowane na Sochana. To on miał być "pierwiastkiem X", który poniesie Biało-Czerwonych na jeszcze wyższy poziom. Po latach wrócił do kadry, w Sport.pl pisaliśmy nawet o rozpoczynającej się w Polsce "sochanomanii".

Przed turniejem w Walencji Sochan zagrał w dwóch sparingach, ale to była rozgrzewka. Gracz San Antonio Spurs wyszedł w nich na parkiet po raz pierwszy od trzech miesięcy, było widać, że musi złapać swój rytm.

Jak więc wypadł przeciwko Bahamom? Jeśli mielibyśmy podsumować ten występ krótko i zwięźle, śmiało możemy napisać, że co najmniej przyzwoicie. 16 punktów i 10 zbiórek to pokaźne double-double, choć w oczy kłują straty, których Polak zaliczył aż sześć.

Ale po kolei. Sochan mecz zaczął w pierwszej piątce i – nie ma co kryć – musiał nieco zrzucić rdzy. Co innego sparingi, a co innego rywalizacja "o coś". Zwłaszcza gdy "to coś" jest potężnie ważne – w Walencji walka toczy się o bilety do Paryża.

Sochan zaczął niemrawo, nie brał ciężaru akcji dla siebie. Widać było, że potrzebuje więcej pewności siebie w starciach z twardymi i naprawdę potężnie zbudowanymi przeciwnikami, Buddym Hieldem i Erikiem Gordonem. Kiedy indziej dopraszał się o piłkę, ale jej nie dostawał.

Do przerwy Sochan uzbierał pięć punktów – choć trudno uznać, że to były akcje zadedykowane właśnie jemu, wynikały raczej z przypadkowości. Dwa zdobył po dobitce, trafił także trójkę. Choć oczywiście chwała za to, że – mimo iż nie jest snajperem dystansowym – zdecydował się rzucić, widząc nadbiegającego z blokiem Deandre Aytona. Sporo za to dawał w obronie (potężny blok na Lourawlsie Nairnim!), naciskał na kozłujących rywali, choć w pierwszej połowie – w niecałe 15 minut – miał już na koncie trzy straty.

Do przerwy przegrywaliśmy 38:50, ale na trzecią kwartę wyszliśmy odmienieni. I Jeremy także! Zaczął od zbiórki w ataku i celnego rzutu spod kosza, po chwili dorzucił kolejne dwa punkty i zaraz kolejne. Słowem – w końcu był koszykarzem, który atakuje tablice, dobija rzuty kolegów, bierze na siebie odpowiedzialność. A do tego świetnie broni. Jego nacisk na piłkę zmuszał rywali do złych decyzji i strat, kilka razy w strefie dla prasy łapaliśmy się za głowy, widząc, jak potrafi powstrzymać sfrustrowanych przeciwników.

Zanim Sochan rozkręcił się w drugiej połowie, w przerwie spytaliśmy o niego Chauncey'a Billupsa. Trener Portland Trail Blazers oglądał mecz z trybun, najpewniej przyglądał się Deandre Aytonowi, z którym pracuje w Blazers. O Sochanie wypowiedział się jednak ładnie. – To znakomity gracz, "all-around player". A do tego doskonały obrońca, nastawiony na rywalizację. Świetnie się go ogląda – powiedział.

Dyskusja Milicicia z dziennikarzem. "Nie rozumiem"

Tym większa było zaskoczenie, że na finiszu Milicić z niego zrezygnował. To prawda – zryw w czwartej kwarcie zawdzięczaliśmy rezerwowym – m.in. Michałowi Michalakowi czy Przemysławowi Żołnierewiczowi – ale ostatnie cztery minuty i 36 sekund meczu Sochan oglądał z ławki.

Spytał o to na pomeczowej konferencji dziennikarz Karol Śliwa. – Nie wiem, czy pan w ogóle oglądał mecz? – odparł mu selekcjoner. – Mamy 12 zawodników i 200 minut do rozegrania. Nasz "run" zaliczyliśmy akurat innym składem. Zostawiłem zespół, który pozwolił nam wrócić do gry. Nie rozumiem – dodał Milicić.

Uzupełnił jednak, że jest dumny z postawy Sochana. – Wiemy, co może nam dać. I dziś także bardzo, bardzo nam pomógł. Ale nasz zespół to nie tylko Jeremy, Olek Balcerowski, czy Mateusz Ponitka. Naszą siłą jest zespół – skończył trener.

Ten zespół w czwartek zagra o wszystko z Finlandią. Porażka odbierze nam marzenia o igrzyskach. Start o 20.30. Transmisja w TVP Sport, relacja na żywo w Sport.pl.

Czy Polacy awansują na igrzyska?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.