Polacy mają specjalną "broń" na mecz o brąz ME. "Wykorzystać najlepiej jak się da"

- Nie da się ukryć, że to totalnie nie był nasz dzień. Te 40 punktów różnicy nie bierze się znikąd - ocenia w rozmowie ze Sport.pl Szymon Szewczyk. Były kadrowicz uważa, że przegrany dotkliwie przez polskich koszykarzy półfinał mistrzostw Europy z Francuzami (54:95) to mecz, o którym powinni oni szybko zapomnieć, ale mogą też z niego zrobić pewien pożytek. - Trzeba być wkurzonym, że się nie udało i wykorzystać tę sportową złość w meczu o brąz - wskazuje.

Polskim kibicom i koszykarzom po niespodziewanym zwycięstwie w ćwierćfinale mistrzostw Europy nad Słowenią mogło się wydawać, że śnią. Francuzi w piątek brutalnie ich obudzili i sprowadzili na ziemię. Biało-czerwoni nie mieli wiele do powiedzenia w pojedynku z wicemistrzami olimpijskimi z Tokio i brązowymi medalistami mistrzostw świata i w niedzielę czeka ich walka o brąz z Niemcami.

Zobacz wideo Co się stało z polskimi koszykarzami?! "Ponitka pił do Gortata" [Sport.pl LIVE]

"Trójkolorowi" byli zdecydowanym faworytem i od początku spotkania pokazywali, że nie zamierzają dawać rywalom zbytnio swobody. Nie chcieli popełnić błędu Słoweńców i dominowali od początku. Trzeba też przyznać, że drużyna trenera Igora Milicicia również nie prezentowała się tak dobrze jak wcześniej w tym turnieju.

- Nie da się ukryć, że to totalnie nie był nasz dzień. Trzeba to sobie jasno powiedzieć, że nie stanowiliśmy dla Francuzów żadnego zagrożenia. Całkowicie nas zdominowali, przede wszystkim jeśli chodzi o zbiórki i obronę własnej tablicy. Nie potrafiliśmy się przedrzeć pod kosz rywali, baliśmy się wielkiego Rudy'ego Goberta i nie tylko jego. Statystyka dotycząca bloków też daje odpowiedź - przeciwnicy mieli ich sześć, a my ani jednego - wskazuje Szymon Szewczyk.

"Trójkolorowi" słyną z bardzo skutecznej grze w obronie, ale były reprezentant Polski zwraca uwagę, że w piątek ich przewaga nad biało-czerwonymi dotyczyła wszystkich aspektów. Ze skutecznością rzutów na czele.

- I to zarówno z dystansu, jak i spod kosza. Naprawdę było widać, że odstawaliśmy. Francuzi zdominowali całą wewnętrzną grę, co przekładało się na rzuty z dystansu. Z całym szacunkiem, ale byli lepsi, a te 40 pkt różnicy nie bierze się znikąd. To trzeba sobie jasno powiedzieć. A Polacy próbowali na tyle, na ile potrafili. Trzeba jednak nadal pamiętać, że są w najlepszej czwórce mistrzostw Europy - podkreśla zawodnik, który trzykrotnie brał udział w EuroBaskecie (2007, 2009, 2011).

30-letni Gobert, najlepszy obrońca ligi NBA, to bez wątpienia jedna z największy gwiazd tego turnieju. I to o nim była głównie mowa, gdy analizowano półfinałowego rywala biało-czerwonych. Szewczyk uważa, że za występ w półfinale na wyróżnienie zasłużył także m.in. Vincent Poirier.

- Widać było jego fizyczną przewagę nad naszymi zawodnikami. Miał bardzo mocne wejścia pod kosz, rzuty za trzy punkty z ręką rywala na twarzy nie robiły na nim dużego wrażenia. Widać było, że Francuzi byli skupieni na awansie do finału. Pamiętajmy, że byli faworytem, to wicemistrzowie olimpijscy, drużyna złożona z gwiazd. Naszemu zespołowi należy się szacunek za dotarcie do tego półfinału - zaznacza 39-latek.

Jak dodaje, Francuzi wyciągnęli wnioski po z trudem wywalczonych wcześniej zwycięstwach nad Włochami i Turcją. Według niego te dwie ostatnie drużyny przegrały na własne życzenie, nie wykorzystując swoich szans. W piątek "Trójkolorowi" pokazali się już ze znacznie lepszej strony.

- Nie pozwolili od początku na to, by rywale ich zdominowali, czy też by ostatnie akcje decydowały o zwycięstwie w tym meczu i awansie do finału - analizuje.

Za występy we wcześniejszych meczach pochwały w polskiej ekipie zbierał Aleksander Balcerowski. W półfinale 21-letni środkowy - tak jak reszta kolegów - nie błyszczał.

- Na ten moment, gdzie się obecnie znajduje, Olek wykonywał swoją pracę w miarę poprawnie. Tak to nazwijmy, ciężko ocenić dziś Polaków indywidualnie. Wydaje mi się, że wszystkie statystyki mieliśmy dziś dużo poniżej średniej. Mam tu na myśli zarówno rzuty za trzy punkty, za dwa, przechwyty, zbiórki - wylicza Szewczyk.

Z każdą kolejną kwartą strata Polaków rosła i w pewnym momencie trudno było już liczyć, że zdołają oni odwrócić losy tego pojedynku. Były kapitan reprezentacji jednak uważa, że sami zawodnicy nie stracili wiary i nie spasowali za szybko.

- Wydaje mi się, że walczyli do samego końca, gdzie można było to wyciągnąć. Ale też nie oszukujmy się, jak przegrywasz już różnicą 30 punktów, to zdajesz sobie sprawę, że raczej to spotkanie ciężko będzie wygrać. W końcówce obaj szkoleniowcy sięgnęli po głębokie rezerwy i dali pograć wszystkim - wskazuje.

Szewczyk, który do nowego sezonu przygotowuje się z Anwilem Włocławek, mówi krótko - o takim meczu jak ten piątkowy najlepiej szybko zapomnieć i skupić się na walce o brąz. Wcześniej jednak można jeszcze z takiej dotkliwej porażki zrobić użytek.

- Trzeba wyciągnąć wnioski i być zdenerwowanym na siebie. Wkurzonym, że się nie udało i tę złość oraz energię wykorzystać najlepiej jak się da - ocenia.

Na pytanie, czy widział taką sportową złość u biało-czerwonych w trakcie półfinału z Francuzami, przyznaje, że nie za bardzo. Zapewnia jednak, że po reakcjach zawodników dostrzec można było, iż wewnątrz byli niezadowoleni.

- Widać też było, że ta energia jest kumulowana. To dobrze, bo jak przegrywasz tak dużą liczbą punktów, to naprawdę nie mają sensu głupie faule, zaczepki czy ostrzejsza krytyka sędziów. Bo można powiedzieć, że mecz już się wówczas rozstrzygnął, a sama końcówka to było spokojne, normalne dogranie, ale i walka - podsumowuje.

A ową kumulację energii i sportowej złości Polacy będą mieli wykorzystać w niedzielnym meczu o brąz z Niemcami, czyli gospodarzem meczów decydującej fazy ME.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.