Na taki mecz Legia czekała od lat, ale Warszawa jęknęła z zawodu. Śląsk dwa kroki od złota

Bez zbędnego patosu: na ten mecz Legia czekała od lat. To było czuć - i na trybunach, gdzie fani stłoczeni byli niemożliwie, ale nikomu to nie przeszkadzało, i na parkiecie, na którym legioniści stawili czoła Śląskowi. Ale w niedzielę, w trzecim meczu finału, górą był Wrocław. Stolica jęknęła z zawodu.

A jeszcze wcześniej tęsknotę dostrzec można było na ulicach stolicy. W Warszawie, dzięki cudownej grze Legii w tym sezonie, wraca moda na koszykówkę, i to widać. W mieście tysiąca rozrywek i możliwości znów dyskutuje się o baskecie, nosi się koszykarskie koszulki, szuka wejściówek na mecz.

Zobacz wideo Ondrasek deklaruje walkę o powrót do ekstraklasy. "Nigdzie się nie wybieram"

Jeremy SochanJeremy Sochan może trafić do San Antonio Spurs. "Coś niesamowitego"

W Warszawie wraca moda na koszykówkę

Na niedzielny mecz numer trzy w finale Energa Basket Ligi – po dwóch meczach we Wrocławiu był remis 1-1 – biletów brakowało po piętnastu minutach od uruchomienia internetowej sprzedaży. Tym boleśniejsza była dla warszawian porażka ich drużyny – 74:81.

Brakowało niewiele. 75 sekund przed końcem Legia przegrywała, ale tylko 71:74. I miała piłkę w ręce. Dostała od losu trzy szanse na doprowadzenie do remisu, bo po każdym niecelnym rzucie za trzy udało się wyszarpać piłkę z rąk Śląska. Ale tym razem koszykarscy bogowie gospodarzom nie sprzyjali.

W końcu piłkę przechwycił Śląsk, spod kosza trafił Aleksander Dziewa i był faulowany. Trafił rzut wolny i stało się jasne, że tego wieczoru dla Legii to koniec. Choć trener Wojciech Kamiński zbudował drużynę, która w play-off kilkakrotnie odrabiała niemożliwe straty, tym razem już się nie pozbierała.

Zresztą: Dziewa od początku sprawiał Legii najwięcej problemów, grał koncertowo. Nie przypadkowo.

Legia od początku najwięcej kłopotów miała tam, gdzie mogła ich się spodziewać – czyli pod koszem. Skrzydłowy Grzegorz Kulka wszedł do hali o kulach, środkowy Adam Kemp wyszedł co prawda na parkiet, ale nie był w pełni formy – po złamaniu kości oczodołu jeszcze w półfinałowym meczu z Anwilem zagrał krócej, z maską ochronną na twarzy. I nie mógł zaprezentować prawdziwego siebie.

Andrej Urlep kłopoty Legii wykorzystał perfekcyjnie. W pierwszej piątce postawił na Martina Meiersa, co odciążyło nieco środkowego Aleksandra Dziewę. A ten w niedzielę na Bemowie – zwłaszcza w pierwszej połowie – okazał się dla rywali bezduszny.

Aleksander Dziewa show. Ale Legia też miała swojego asa

Choć jeszcze przed spotkaniem wraz z kibicami Legii nucił „Sen o Warszawie", to potem sentymentów już nie było. Reprezentant Polski w dwóch pierwszych kwartach uzbierał 16 punktów, ale nie o same cyfry tu chodzi, bo w rubryce zbiórek miał wpisane „jeden", co dla centra może być zawstydzające. Ale Dziewa – wychowanek Wrocławia, reprezentant Polski – dominował. W drugiej kwarcie, w trakcie kilkudziesięciu sekund najpierw zebrał piłkę w ataku, po drugiej stronie parkietu zablokował rywala, a po chwili trafił po pięknym piwocie. Śląsk z nim na parkiecie czuł się swobodnie, budował przewagę.

Na tak grającego centra gości Legia sposobu nie miała, choć trener Kamiński też wyciągnął asa z rękawa. O Jure Skificiu nie można powiedzieć, że jest graczem z końca ławki, ale z pewnością nie był pierwszoplanową postacią Legii w tym sezonie. Aż do niedzieli.

33-letni skrzydłowy wziął na siebie ciężar zdobywania punktów, gdy nie szło liderom – Raymondowi Cowelsowi (siedem punktów do przerwy), Robertowi Johnsonowi (dziewięć), czy Łukaszowi Koszarkowi (zero).

Skifić pokazał cały repertuar gry w ataku – rzut za trzy, z kolanka, przez ręce, z obrotu. W 13 minut uzbierał 13 punktów, miał trzy zbiórki, spudłował ledwie jeden rzut. Słowem: wyręczył liderów swojej drużyny.

Na szczęście dla trenera Kamińskiego w drugiej Johnson, Cowels u Muhammad-Ali Abdur-Rakhman wrócili do gry. Dobra obrona (Legia zdecydowała się bronić strefą) pozwoliła poszaleć w ataku. Trzecią część legioniści wygrali 22:14. Wtedy hala na Bemowie eksplodowała, niemal dosłownie. Kibice za koszami śpiewali i skakali tak intensywnie, że w połowie czwartej kwarty trzeba było przerwać grę, bo konstrukcja kosza skakała razem z nimi.

Dla Legii to jeszcze nie koniec

Ale wojnę nerwów wygrali wrocławianie. Finisz miał niespodziewanego bohatera. D’Mitrik Trice – brat Travisa Trice’a (15 punktów w niedzielę) – dostał szansę na samym finiszu meczu i wykorzystał ją perfekcyjnie. Trafił ważne siedem punktów, w tym trójkę, która trybuny uciszyła niemal na dobre.

Pięć sekund przed końcem w hali słychać było tylko dziką radość koszykarzy Śląska i śpiewy kibiców: WKS, WKS, WKS! Ale to jeszcze nie koniec. We wtorek Legia znów stanie przed szansą, by – tak, jak w meczu numer dwa we Wrocławiu – wyrównać rywalizację. I wciąż móc marzyć o tytule mistrza Polski.

ZAKSA - Itas TrentinoZAKSA, ZAKSA, ZAKSA! Wygrywa LM drugi raz z rzędu! 32:30 w decydującym secie

Legia Warszawa - Śląsk Wrocław 74:81 (17:26, 22:20, 22:14, 13:21)

Stan rywalizacji: 2:1 dla Śląska.

Legia: Johnson 20, Škifić 16, Cowels 16, Muhammad-Ali Abdur-Rahkman 10, Wyka 7, Koszarek 3, Kemp 2, Sadowski, Kamiński.

Śląsk: Dziewa 21, T. Trice 15, Kanter 12, Kolenda 9, Meiers 8, D. Trice 7, Ramljak 5, Justice 4

Więcej o: