Dał medal w ostatniej sekundzie i został bohaterem Polski. "Wróciłem na ulicę i tam zostaję"

- Każdy doświadczony gracz potrzebuje w pewnym momencie świeżej motywacji, dodatkowego bodźca - ja go znalazłem w graniu na jeden kosz. W wieku 33 lat poczułem to samo, co czułem jak byłem nastolatkiem. Zafascynowałem się graniem 3x3, strasznie mnie to kręci. Wróciłem na ulicę i na ulicy zostaję - mówi Przemysław Zamojski.

35-letni gracz był liderem reprezentacji Polski, która w niedzielę wywalczyła brązowy medal mistrzostw Europy. Zamojski trafił decydujący o zwycięstwie rzut w spotkaniu o trzecie miejsce, został królem strzelców całej imprezy. - Pod względem sportowym Przemek Zamojski jest najlepszym zawodnikiem 3x3 na świecie i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady - mówi były trener reprezentacji Mirosław Noculak.

Łukasz Cegliński: Skąd wziął się Z-Bo? Z polskiej ligi i reprezentacji znamy cię jako „Zamoja", a w koszykówce 3x3 nagle pojawia się Z-Bo.

Przemysław Zamojski: Nie ma tu wyjątkowej historii, Michael Hicks kiedyś zaczął tak na mnie mówić i się przyjęło. Podłapał to Kyle Montgomery, komentator meczów 3x3 na YouTube – jesteśmy dobrymi kolegami, spodobała mu się ta ksywa. Choć czasem nazywa mnie „Machine".

No to Z-Bo, opowiedz o rzucie na brązowy medal w meczu z Rosją.

- Jak zgarniałem zbiórkę, to widziałem, że jest 4,2 sekundy do końca. Najpierw musiałem „wyczyścić" posiadanie, czyli wyjść za linię rzutów za dwa. Potem zrobiłem taki defensywny kozioł, który sugerował, że będę oddawał rzut z dystansu – chodziło o to, by obrońca podszedł bliżej. Ale w głowie miałem jedno – kozioł, może dwa, półdystans i wyjście w górę. Pół żartem można powiedzieć, że trochę w stylu Michaela Jordana z finałowego meczu z Utah Jazz. Taka akcja to najpewniejsza sytuacja, po zatrzymaniu najłatwiej znaleźć trochę miejsca do rzutu. Zatrzymałem się, wyskoczyłem, czułem się trochę jakbym ruszał się w zwolnionym tempie. Pomyślałem tylko, żeby nie rzucić za mocno. Wpadło.

Nie ma lepszego sposobu na zdobycie medalu niż ten, w którym to osiągnęliśmy. To był świetny powrót, bo przecież przegrywaliśmy już 14:18, byliśmy w wielkich tarapatach. Wyciągnęliśmy ten wynik na 19:18 na 0,1 sekundy do końca. Coś pięknego.

Ten brąz jest jak złoto, czy może macie poczucie niedosytu, bo można było pójść na całość?

- W półfinale trafiliśmy na świetnie dysponowanych Litwinów, którzy mieli dobry plan, wiedzieli jak nas zamęczyć, jak ograniczyć granie akcji dwójkowych. To był fizyczny mecz, ze sporą dawką brudnej gry i przepychanek. Byli dużo lepsi, niestety.

Ale szybko się otrząsnęliśmy, porozmawialiśmy ze sobą, przypomnieliśmy, że przyjechaliśmy na mistrzostwa po medal i że wciąż mamy na to szansę. Wierzyliśmy w wygraną do końca meczu z Rosją.

To było ciężkie lato, a wasza forma falowała. Bardzo dobry turniej kwalifikacyjny do igrzysk, nieudany występ w Tokio, a teraz medal w mistrzostwach Europy.

- Ostatnie miesiące były wyzwaniem dla wszystkich, igrzyska były czymś kompletnie nowym, nikt tak naprawdę nie wiedział, w jaki sposób idealnie się do nich przygotować, jak szykować szczyt formy w tak ciężkim sezonie. Z perspektywy czasu chyba trochę przedobrzyliśmy ze sparingami przed igrzyskami, może przed samym wylotem do Tokio nie powinniśmy grać turnieju na Litwie. Wydaje mi się, że byliśmy przemęczeni, że brakowało nam świeżości. Dużo podróżowaliśmy, lataliśmy, próbowaliśmy adaptować się do japońskich warunków, sporo czasu spędziliśmy w Hiszpanii. Może ostatnie tygodnie przed igrzyskami powinniśmy spędzić z rodzinami? Wyszło na to, że praktycznie przez trzy miesiące byliśmy zamknięci tylko w swojej grupie. No i w Tokio mieliśmy dołek formy.

Z drugiej strony trzeba pamiętać, że te przegrane mecze na igrzyskach nie były jednostronne. Zawalaliśmy końcówki, decydowały pojedyncze posiadania.

Bo brakowało siły.

- Nie potrafiliśmy skutecznie wykończyć ostatnich akcji, nogi już tak nie niosły. Ale to też jest piękno koszykówki 3x3, to nieobliczalne granie, w którym nigdy nie można być pewnym swego.

O czym przekonali się Rosjanie w meczu o trzecie miejsce mistrzostw Europy. Tym razem to wy goniliście i wygraliście.

- No właśnie. Wynieśliśmy z igrzysk lekcję. W Tokio mecz z Chinami mieliśmy praktycznie zamknięty, ale zamiast spokojnie zdobyć zwycięskie punkty, to forsowaliśmy rzuty za dwa. Dlatego teraz przeciwko Rosji, nawet jak przegrywaliśmy 14:18, nie rzucaliśmy na siłę z dystansu. Powiedzieliśmy sobie, że gramy swoje, odrabiamy akcję po akcji. Goniliśmy, goniliśmy, aż ich przegoniliśmy.

Między igrzyskami i mistrzostwami Europy zmienił się też skład – trener Piotr Renkiel nie powołał Michaela Hicksa, liderem zespołu zostałeś ty.

- Trener uznał, że po igrzyskach drużynie przyda się nowy bodziec, że potrzebna jest zmiana. Myślę, że trafił z decyzją, bo za Mike’a wybrał Łukasza Diduszkę, który według mnie miał świetny turniej, idealnie wpasował się w nasz zespół. A to nigdy nie jest łatwe, by wejść do takiej drużyny mając tak mało czasu. Duża ranga turnieju w ogóle Łukaszowi nie przeszkodziła, bardzo nam pomagał.

A różnica między mną, a Michaelem? Myślę, że ja jestem bardziej aktywny, jeśli chodzi o zabieranie głosu wewnątrz zespołu, że częściej próbuję doradzić, zmobilizować, czasem opieprzyć, czasem pochwalić. Ale w naszym zespole każdy pełni ważną rolę – w meczu o trzecie miejsce istotną odegrał Szymon Rduch. Było 40 sekund do końca, Rosjanie wzięli czas, ja siadłem wtedy na miejscu dla zmiennika, byłem totalnie wypompowany. Szymon zachował wówczas chłodną głowę i przypomniał nasze założenie, że ostatnia piłka w kluczowym momencie ma iść do mnie. Powiedział: „Dasz radę, masz grać, zostało 40 sekund. Ja siadam, ty wchodzisz". To było bardzo ważne i tak naprawdę każdy z nas jest bohaterem.

Ale dopytam cię jeszcze o Hicksa, bo jego gra i rola w zespole była ważnym tematem podczas igrzysk. To specyficzny gracz, który bezkompromisowym atakiem może wygrać mecz w pojedynkę, ale równocześnie biorąc na siebie zbyt duży ciężar, może mecz w pojedynkę przegrać. Jak się z nim gra?

- Znam Mike’a od wielu lat. Nie dość, że regularnie rywalizowaliśmy w lidze, to w wakacje często spotykaliśmy się na takich improwizowanych gierkach 3x3. Trenowaliśmy razem i to właśnie Mike był jedną z tych osób, która w największym stopniu przyciągnęła mnie do tej konkurencji na dobre.

Jeśli chodzi o jego grę w kadrze, to każda drużyna ma swoje mocne i słabe strony. My wiedzieliśmy, co Mike może nam dać – że jak będzie nam potrzebna celna dwójka w trudnej sytuacji, to on się nie zawaha, odda rzut i jest duże prawdopodobieństwo, że trafi. Wielokrotnie jego dwójki niosły nad bardzo wysoko.

A prawdą jest, że gra Mike’a może działać w dwie strony, że przy takim założeniu są rzeczy dobre i są złe. Na pewno obrona Mike’a mogłaby być w jego wykonaniu lepsza, tu są duże rezerwy. I to chyba największa różnica między mną, a nim – ja zawsze staram się zaczynać od defensywy, staram się też nastrajać chłopaków do myślenia, że to obrona jest fundamentem naszej gry. Walka w każdym miejscu boiska, rzucanie się po piłkę, zdarte łokcie, odrapane kolana – wszystko trzeba podnieść z ziemi, tak było z tym brązowym medalem. Rzuciliśmy się po niego sercem.

„Przemek Zamojski to pod względem sportowym najlepszy gracz 3x3 na świecie. I nie ma tu żadnej przesady, nadmiernego patriotyzmu" – były selekcjoner Mirosław Noculak ma jasne zdanie na temat twojej gry. „10 złotych medali w Polsce, trzy występy na EuroBasketach, mecze w europejskich pucharach, przygotowanie fizyczne, rzut i obrona – on ma wszystko". Co ty na to?

- Być najlepszym graczem na świecie – to jest coś, do czego dążę. Każdy sportowiec obiera sobie jakiś cel – wiadomo, najpierw drużynowy, ale indywidualne też są ważne. Ja chcę być najlepszy w koszykówce 3x3. A że czasem trudno to stwierdzić, to ja chciałbym być numerem 1 światowego rankingu. Ostatnio udało się to Klaudii Sosnowskiej, gratulacje dla niej. Ja chcę tego samego.

Ale wiadomo, rankingi mogą być mylące. Przecież jak ktoś spojrzy na naszą reprezentację, to tylko Szymon Rduch jest w najlepszej setce, ale też bliżej jej końca niż początku. A mimo to tworzymy silny zespół, który może nie zdobywa medali na każdej imprezie, ale zwykle liczymy się w walce o podium.

Zaczynasz już odczuwać, że w europejskiej, a może i światowej koszykówce 3x3 jesteś kimś? Że jesteś rozpoznawalny, szanowany?

- Wszedłem do świata 3x3 w 2019 roku, praktycznie z marszu zagrałem w mistrzostwach świata. I na początku na pewno było tak, że odczuwałem odrębność tego środowiska, jednak z czasem w naturalny sposób się w nie wtopiłem. Z każdym turniejem łapię kontakty, poznaję kolejnych ludzi i widzę, że mają do mnie szacunek. Nie tylko dlatego, że gram z nimi na solidnym poziomie, ale też za to, co osiągnąłem w koszykówce 5x5. Na pewno widać jedno – rywale się z nami liczą i wiedzą, że Polska to ciężki przeciwnik.

Pochodzisz z Elbląga, gdzie będąc nastolatkiem sporo grałeś na asfalcie, na jeden kosz. Czy jest coś, jakiś element gry, o którym można powiedzieć, że nasiąkłeś nim za młodu na asfalcie i on teraz procentuje?

- Na pewno twardość. Zdarzało się, że ktoś przewracał mnie na ziemię, brutalnie faulował. W takich sytuacjach nie można się załamywać, trzeba się szybko podnieść. Tak było kiedyś, tak trochę jest też i teraz. Koszykówka 3x3 jest bardzo fizyczna, dużo bardziej kontaktowa. Czasem wchodzę na kosz i nie słyszę gwizdka w akcji, po której w normalnej koszykówce od razu szedłbym na linię rzutów wolnych.

Wiadomo, że jak byłem nastolatkiem i jeździłem z kolegami po Polsce na kolejne turnieje, to reguły gry 3x3 nie były ustalone, spisane. Teraz wszystko jest bardziej uporządkowane, ale istota – twardość – pozostała ta sama.

A która umiejętność spośród tych, z których byłeś znany na ligowych parkietach, najbardziej przydaje ci się w grze 3x3?

- Przez wiele lat grałem jako typowy strzelec nastawiony na rzuty z dystansu, na wykorzystywanie pozycji i to wiele mi dało. W koszykówce 3x3 musisz bardzo szybko składać się do rzutu i być gotowym w każdym momencie na próbę z odchylenia, po obrocie, po koźle, w pełnym przyspieszeniu. I właśnie te umiejętności – ustawienia nóg, znalezienia sobie miejsca do rzutu, szybkość tego rzutu – dają mi w 3x3 najwięcej.

W mistrzowskich drużynach Prokomu czy Zastalu zawsze byłeś graczem ważnym, ale nigdy najważniejszym. Teraz spoczywa na tobie duża odpowiedzialność, w mistrzostwach Europy zdobyłeś 46 z 91 punktów zespołu, oddawałeś najważniejsze rzuty.

- Wiedziałem, na co się piszę. Trener Renkiel przedstawił mi swoją wizję mojej roli – mówił, że mam być liderem mentalnym i sportowym. Odpowiedzialność jest duża, przyznaję, ale staram się wykonywać moją pracę najlepiej jak potrafię. Tylko nie mylmy tego z indywidualną grą – bycie liderem to także kreowanie kolegów, mocna gra w obronie, głośne komunikowanie się w każdym momencie. Ta komunikacja jest zresztą bardzo ważna i jak dokładnie ogląda się nasze mecze, to dobrze ją widać i słychać. Cały czas rozmawiamy, podpowiadamy sobie, ostrzegamy przez rotacjami w obronie, wspieramy się.

Dlaczego właściwie zakończyłeś karierę 5x5? Na taki krok zdecydowałeś się w czerwcu, dwa lata po brązowym medalu mistrzostw świata 3x3. Nie dało się już dłużej łączyć tych dwóch konkurencji?

- Są gracze, którzy je łączą, ale wydaje mi się, że nie ma wśród nich takich, którzy mają ambicje bycia najlepszymi. A ja chcę być numerem 1 w 3x3 i już wiem, że aby to osiągnąć, muszę być przez cały sezon w 100 proc. skoncentrowany na celu. Dlatego podjąłem taką decyzję. Nie wykluczam, że kiedyś na miesiąc, może dwa, wrócę do ligowego grania 5x5, jeśli kalendarz będzie temu sprzyjał. To może być dobry sposób na podtrzymanie formy. Ale to tylko opcja, moje nastawienie jest jasne – chcę się realizować w koszykówce 3x3.

Nie wiem, czy to zauważyłeś, ale kiedy wy walczyliście o medale mistrzostw Europy w Paryżu, we Włocławku, w drugiej ligowej kolejce, spotkały się twoje dwa ostatnie kluby – Anwil z Zastalem.

- Widziałem, wiem, że Anwil wygrał. Wygląda na to, że problemy z ostatniego sezonu zostały rozwiązane, że we Włocławku jest teraz inna, lepsza drużyna.

Czy twoim zdaniem w koszykówce 3x3 będzie postępowała specjalizacja i już nastolatkowie będą jasno ukierunkowywani na tę konkurencję czy może będzie tak, że zawodnicy 3x3 będą wyrastać z grania 5x5?

- Według mnie ta specjalizacja musi się zacząć, nastolatkowie chcący grać w koszykówkę 3x3 muszą jak najwcześniej trenować w tej formule. Różnica w intensywności, szybkości gry naprawdę jest znacząca. Gdybym miał porównywać obie konkurencje do gier komputerowych, to granie 5x5 jest jak wybór poziomu średniego, a 3x3 – trudnego. Ta druga rozwija każdego zawodnika w każdym elemencie – musisz grać z piłką, musisz kreować akcje, musisz dobrze bronić, zmieniać krycie, grać tyłem do kosza i bronić gry tyłem do kosza. No i oczywiście rzucać z dystansu, ale też wchodzić pod kosz. Jak chcesz być naprawdę dobry w 3x3, to wszystko musisz robić na dobrym poziomie.

Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem to porównanie do gier komputerowych - koszykówka 3x3 naprawdę jest o tyle trudniejsza niż 5x5?

- Według mnie jest to zdecydowanie cięższe granie. W 5x5 czasem można odpocząć w obronie, a w ataku „przyaktorzyć", nabrać sędziów. W 3x3 tego nie zrobisz. Ale równocześnie bardzo fajne jest to, że przy tym wielkim wysiłku fizycznym naprawdę wiele można wyciągnąć wolą walki, ugrać sercem. Charakter i ambicja mogą wynieść cię powyżej poziomu umiejętności koszykarskich.

Masz świadomość, że ty jesteś trochę taki człowiek-medal? 10 złotych krążków mistrzostw Polski, do tego jedno srebro. A teraz brązowe medale mistrzostw świata i mistrzostw Europy 3x3. Co ciekawe, reprezentacja Polski zaczęła je zdobywać w 2019 roku, kiedy ty dołączyłeś do zespołu.

- Niezmiernie się cieszę, że tak to się wszystko potoczyło. To banał, ale sport to czasem loteria, trzeba mieć dużo szczęścia i znaleźć się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Mi się to udaje, a na pewno udało w 2019 roku, kiedy postanowiłem spróbować czegoś nowego i zaangażowałem się mocniej w koszykówkę 3x3. Myślę, że każdy doświadczony gracz potrzebuje w pewnym momencie świeżej motywacji, dodatkowego bodźca – ja go znalazłem w graniu na jeden kosz. W wieku 33 lat poczułem to samo, co czułem jak byłem nastolatkiem i zacząłem zajmować się koszykówką. Zafascynowałem się graniem 3x3, strasznie mnie to kręci. Wróciłem na ulicę i na ulicy zostaję.

Zaczynasz być koszykarzem wyjątkowym. Masz więcej tytułów mistrzowskich niż takie sławy jak Mieczysław Łopatka, Edward Jurkiewicz, Maciej Zieliński czy Adam Wójcik. Teraz zostałeś medalistą i królem strzelców mistrzostw Europy 3x3, grałeś na igrzyskach w debiucie tej konkurencji. Zapisujesz się w historii polskiego basketu już na dobre.

- Życie jest drogą wyborów, trzeba podejmować te dobre. Ja na pewno byłem w nich konsekwentny – może i mógłbym być gwiazdą ligi w słabszym zespole, ale zawsze zależało mi na tym, by grać w drużynie, która wygrywa. Nawet kosztem tego, że w rotacji byłem czwarty, piąty, szósty czy siódmy. Bo w końcu najważniejsze jest to, żeby zwyciężać, żeby zdobywać złote medale.

Ale znam swoją wartość, wiem, co wnosiłem i wnoszę do zespołu. Teraz moja odpowiedzialność rośnie i dobrze, cieszę się z tego. Czerpię garściami z tej okazji, mam swoje pięć minut, chcę osiągać sukcesy.

Więcej o: