Jordan przebił go sławą, ale to Jabbar jest sumieniem narodu. Przemówił po morderstwie Floyda

Kareem Abdul-Jabbar nigdy nie gryzł się w język. Kiedy w 1968 roku dostał powołanie do reprezentacji USA na igrzyska olimpijskie w Meksyku, odmówił w geście protestu przeciwko nierównemu traktowaniu czarnoskórych Amerykanów. A kiedy zdobył pierwszy mistrzowski tytuł z Milwaukee Bucks zmienił imię i wyznanie. Już nie był Lew Alcindorem, stał się Kareemem Abdulem-Jabbarem, jednym z największych koszykarzy w historii. Teraz znów zabrał głos, w związku z zamieszkami po śmierci Georga Floyda.

“Nie chcę oglądać rabowanych sklepów czy palonych budynków. Ale Afroamerykanie od wielu lat mieszkają w płonących budynkach, dusząc się od dymu, gdy płomienie palą się coraz bliżej i bliżej. Rasizm w Ameryce jest jak pył w powietrzu. Wydaje się niewidoczny - nawet jeśli się nim dusisz - dopóki nie wpuścisz słońca. Wtedy zobaczysz, że jest wszędzie. Tak długo, jak będziemy świecić tym światłem, mamy szansę oczyścić go, gdziekolwiek wyląduje. Ale musimy zachować czujność, ponieważ zawsze jest w powietrzu” -  napisał w felietonie dla Los Angeles Times.  “Nie chcę patrzeć na osądzanie, chcę zobaczyć sprawiedliwość” - zakończył. 

Zobacz wideo David Stern odchodzi z NBA. Gortat Komentuje

Pan “Skyhook”

Nigdy nie był zwykłym koszykarzem. Dominował we wszelkich rozgrywkach w latach 60. i 70., tak jak Michael Jordan w 80. i 90. Zresztą Pat Riley, Isiah Thomas, czy Julius Erving uznali właśnie Jabbara, a nie Jordana, za najlepszego koszykarza w historii. 218 centymetrów wzrostu i zaledwie 102 kilogramy wagi, połączone z ogromną sprawnością pozwoliły mu na podkoszową dominację. Waga się zmieniała i pod koniec kariery dobiła do 120 kg. Ale braki w szybkości po 20 latach gry w NBA rekompensowały spryt i sportowa inteligencja. I do tego “podniebny hak”, czyli rzut nie do zatrzymania przez rywali i dodatkowe ćwiczenia. “Nigdy nie rozegrałbym tylu sezonów bez poważnych kontuzji, gdyby nie joga”, podkreślał. Warto do tego dołożyć treningi z Brucem Lee, które Jabbar wspomina do dzisiaj, bo nauczyły go nie tylko siły fizycznej, ale i mentalnej. A to przydało mu się zarówno na boisku, jak i później, w wygranej walce z rakiem.

Jacht i winyle od fanów

Sześć mistrzowskich tytułów, sześć statuetek dla najlepszego gracza NBA, 19 występów w meczach gwiazd, 11 razy wybrany do drużyny najlepszych obrońców i do tego, do dziś niepobite rekordy: 38387 zdobytych punktów, 15837 trafionych rzutów, 1074 wygrane mecze - to wizytówka Kareema Abdula-Jabbara, który skończył karierę w wieku 42 lat. W jego pożegnalnym meczu Koszykarze Los Angeles Lakers założyli takie samem gogle, w jakich grał Kareem i każdy musiał choć raz trafić do kosza “podniebnych hakiem”. Było wesoło. W ostatnim sezonie gry Jabbar dostawał owację na stojąco w każdej hali, w której się pojawił. Dostawał też od fanów prezenty na pożegnanie, z których największe wrażenie zrobił piękny jacht. To także fani rzucili się na pomoc, kiedy Jabbarowi spłonął dom i najbardziej rozpaczał z powodu straty kolekcji 3000 jazzowych płyt. Kibice postanowili odtworzyć kolekcję, a Kareem regularnie odbierał od listonosza paczki z winylami.

To imię hańbiło moich przodków

Ze zmianą imienia zaskoczył wszystkich. Zrobił to dokładnie następnego dnia, po zdobyciu mistrzowskiego tytułu z Milwaukee Bucks. „Przyjęcie nowego imienia było konsekwencją odrzucenia wszystkich rzeczy w moim życiu, które dotyczyły zniewolenia mojej rodziny i innych ludzi” - wyjaśnił Abdul-Jabbar w Al-Jazeera America z 2015 roku. „Alcindor był francuskim plantatorem w Indiach Zachodnich, właścicielem moich przodków, czyli Yoruba z terenów dzisiejszej Nigerii. Zachowanie nazwiska właściciela niewolników mojej rodziny wydawało mi się hańbiące dla nich. Jego imię było blizną wstydu” - tłumaczył. Jednoczesne przejście na islam w 1968 roku wywołało jednak nie mniejszą burzę, niż taka sama decyzja podjęta przez Casiusa Claya, czyli Muhammada Aliego.

Nie zagram dla USA

Piekło z Jabbarem w roli głównej (wtedy jeszcze Alcindorem) rozpętało się już wcześniej, kiedy najlepszy gracz uniwersytecki w historii, odmówił wyjazdu na igrzyska olimpijskie w Meksyku w 1968 r. Pod adresem Lew Alcindora sypały się rasistowskie wyzwiska, a nawet pogróżki śmierci. Ale nie miał wyjścia, jak wyjaśnił w książce “Trener Wooden i ja” (z trenerem Woodenem wygrał w UCLA 71 kolejnych meczów). Zauważył, że im pewniej czuł się na boisku, tym pewniej czuł się również w wyrażaniu głosu, w ważnych sprawach. A takim w latach 60. była walka o prawa Afroamerykanów. “4 kwietnia 1968 r. Dr Martin Luther King  został zamordowany. Biała Ameryka wydawała się gotowa zrobić wszystko, co konieczne, aby zatrzymać postęp w zakresie praw obywatelskich. Pomyślałem, że podróż do Meksyku pokaże, że albo uciekam od tej sprawy, albo bardziej interesuje mnie moja kariera niż sprawiedliwość. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że gdybym pojechał i wygrał, przyniósłbym honor krajowi, który odmawia naszych praw” - napisał Jabbar.

Czas na przyjaźń z innymi

Teraz też walczy o prawa. Jimmy Fallon zapytał go ostatnio w The Tonight Show, jak obecne zamieszki tłumaczy swoim dzieciom. “Powiedziałem, że policja patrząc na nas, jednocześnie obawia się i jest podejrzliwa. Wszystko sprowadza się do koloru skóry. Trzeba wiedzieć, jak poradzić sobie z taką sytuacją. Jeśli doprowadzimy do jej eskalacji, może skończyć się postrzeleniem, bez żadnego powodu” odpowiedział spokojnie Jabbar. Udział w programie zakończył przesłaniem - “Jeśli chcecie to zmienić, zaprzyjaźnijcie się z kimś, kto nie wygląda tak jak wy. Zbyt wielu z nas nie ma przyjaciół wśród ludzi, którzy nie wyglądają jak my”.

Autor korzystał z artykułów The Los Angeles Times, Bleacher Report, NBC oraz Essentially Sports. 

Przeczytaj też: