Biznesowo miał przebić Jordana, sportowo też. A ze szczytu spadł do piekła

Koszykarsko i biznesowo miał być lepszy od Michaela Jordana. Gdy podpisywał kontrakt z Reebokiem, wszyscy myśleli, że przebicie słynnych Air Jordanów będzie kwestią czasu. Czas dla niego był jednak pojęciem tak względnym, że trzeba było płacić za to, by na sesjach zdjęciowych pojawiał się punktualnie i na trzeźwo. Podczas gdy współpraca Jordana z firmą Nike może uchodzić obecnie za wzór, wspólny projekt Reeboka i Allena Iversona, bo o nim mowa, to kopalnia kontrowersji. A sam Iverson to symbol upadku gwiazdy, która nie poradziła sobie z utrzymaniem się na szczycie.

Czy ktokolwiek przejmie rolę największej gwiazdy ligi? Czy ktoś będzie w stanie równie mocno promować NBA na całym świecie? Czy ktokolwiek dorówna legendzie umiejętnościami? Takie pytania pojawiały się w świecie najlepszej koszykarskiej ligi globu, gdy Michael Jordan szykował się do emerytury. Pytania, z angielskiego: questions.

Odpowiedź, (ang. answer)  nadeszła dość szybko, bo na parkietach NBA w 1996 roku pojawił się Allen Iverson, wybrany jako pierwszy numer draftu przez Philadelphia 76ers. Ktoś, kto miał powalić całą ligę na kolana, ktoś, kto kilka miesięcy po podpisaniu kontraktu z 76ers swoim słynnym crossoverem ośmieszył samego Jordana.

Zobacz wideo Marcin Gortat o sytuacji na Florydzie: Jest kompletnie inaczej niż przed potężnym huraganem

The Answer

Wspomniany crossover w trakcie kariery będzie jednym ze znaków rozpoznawczych Iversona. Crossover, którego nie byłoby, gdyby nie Dean Berry, kolega z zespołu uniwersyteckiego Georgetown. Berry’ego w najprostszy sposób można scharakteryzować jako "koszykarskiego majsterkowicza". Lubił ulepszać, wymyślać, tworzyć. To on stworzył zwód, który później przejął AI. A może nie tyle przejął, co po prostu się od niego nauczył. Po jednym z treningów zespołu Johna Thomsona (swoją drogą, jedynego trenera, który był w stanie poskromić temperament i destrukcyjne przyzwyczajenia Iversona), Allen poprosił Berry’ego, by ten pokazał mu zwód, którym ośmieszał innych zawodników podczas gierki. – Jeszcze raz! – krzyczał co chwila, bo początkowo kompletnie nie mógł poradzić sobie z oczytaniem intencji Deana. – Chcesz, żeby przeciwnik uwierzył, że idziesz w prawą stronę, ale najpierw to ty musisz sam w to uwierzyć – miał odpowiadać Berry, którego Kent Babb cytował w książce "Życie to nie gra".

I Iverson rzeczywiście uwierzył. Uwierzył w to na tyle mocno, że crossover stał się częścią jego tożsamości. Podobnie jak przydomek "The Answer", mający oznaczać odpowiedź na pytania, które padały w mediach w związku z nadchodzącym odejściem Jordana. Przydomek wymyślony zresztą przez jednego z przyjaciół koszykarza, domagającego się później od niego jednej czwartej dochodów generowanych za pomocą "Odpowiedzi" (Iverson wygrał spór i nie musiał nic płacić koledze, ale wykorzystywanie Allena przez jego kumpli z dzieciństwa to temat na zupełnie inną historię). Wreszcie przydomek, który dał mu wielomilionowy kontrakt z firmą Reebok, która także szykowała "odpowiedź" dla swojej konkurencji – w tym przypadku dla Nike produkującej buty Air Jordan sygnowane przez Michaela Jordana.

5 tys. dolarów za punktualność

Reebok widział w Iversonie kurę znoszącą złote jaja. Inwestycję, która będzie się spłacać przez lata. Dlatego po jego pierwszym sezonie w NBA, w którym Allen otrzymał nagrodę debiutanta roku, amerykańskie przedsiębiorstwo zarzuciło na niego sieć w postaci kontraktu opiewającego na 30 mln dolarów, w późniejszym czasie zamienionego na kontrakt dożywotni, w ramach którego koszykarz co 12 miesięcy otrzymuje 800 tys. dolarów.

Zaczęło się świetnie - W ciągu pierwszych trzech lat kontraktu na rynku pojawiły się trzy modele butów Reebok Answer. W tym samym czasie wypuszczono do sprzedaży także kilka modeli butów Reebok Question, które miały stanowić połączenie idealne z tymi pierwszymi i utożsamiać się z osobą, której inicjały były widoczne na obuwiu - Iversonem. Problemy zaczęły się, gdy okazało się, że nie każdy w Stanach chce być jak Allen [taką strategię miała Nike, który wykorzystywał zapatrzenie, a wręcz zauroczenie całego kraju Jordanem, którego buty sprzedawały się w tempie błyskawicznym, tylko w pierwszym roku na rynku osiągając zawrotny przychód w wysokości 120 mln dolarów].

Iverson był postacią – delikatnie mówiąc – kontrowersyjną. Kiedy Jordan zakładał garnitur, on chodził w za długich i za luźnych spodniach. Gdy głowa Jordana dosłownie błyszczała w spotach reklamowych, Iverson pielęgnował fryzurę cornrows, mocno ściśnięte i przylegające do skóry warkoczyki, które w USA długo były kojarzone z szemranym towarzystwem, kryminalistami i ogólnie tym, co po prostu złe. Ale nawet nie wizerunek Iversona był w tym wszystkim najgorszy. Ten próbował bowiem zmienić – przed jednym z meczów udał się do luksusowej galerii Bloomingdale’s, gdzie kupił garnitur Versace. Zanim go jednak dobrze założył, zdążył go zdjąć i wyrzucić do kosza w szatni 76ers przed jednym ze spotkań. Wizerunku nie dało się zmienić.

Zmienić próbowano jednak zachowanie Iversona. I nie mowa tu o sportowym podejściu do życia, bo od człowieka, który prosto po meczu jedzie do baru, a na sam mecz przyjeżdża w ostatniej chwili po kilkunastogodzinnym leczeniu potwornego kaca po wczorajszym wypadzie do kasyna, tego wymagać nie można. Mowa tu raczej o wywiązywaniu się z obowiązków biznesowych, z czym Iverson także miał wielkie problemy.  W pewnym momencie doszło do tego, że Que Gaskins, jeden z najlepszych pracowników Reeboka, został – jak sam określił – osobistą niańką koszykarza. Gdy Iverson gdzieś szedł, Gaskins musiał iść razem z nim. Gdy Iverson stawiał kolegom drinki w barze, Gaskins musiał pilnować, by jego podopieczny wrócił cały do domu. I wreszcie, Gaskins musiał zrobić wszystko, by Iverson promował Reeboka.

A to nie było łatwe. Na sesjach zdjęciowych zawodnik albo się nie pojawiał, albo pojawiał się z kilkugodzinnym opóźnieniem. W pewnym momencie Gaskins opracował więc system, w którym po prostu oszukiwał Iversona. Gdy sesja zdjęciowa lub spotkanie miało się rozpocząć o godz. 18:00, Allen otrzymywał od pracownika Reeboka wiadomość, że na miejscu musi być o 15:00. Podziałało, ale na krótko. Gdy Iverson zauważył, że ktoś go oszukuje, znów przestał przyjeżdżać na sesje zdjęciowe. Szefowie Reeboka wpadli więc na inny pomysł – wynajęli kogoś, komu płacili "pod stołem" 5 tys. dolarów tylko i wyłącznie za to, by trzymał się Iversona blisko i był w stanie doprowadzać go na spotkania w umówione miejsca o umówionych godzinach.

Reebok stworzył wizerunek Iversona?

Co ciekawe, ten drugi pomysł później także porzucono i uznano, że Iverson po prostu jest jaki jest. Sprzedaż sygnowanych przez niego butów przynosiła miliony. Podobnie jak sprzedaż koszulek z jego nazwiskiem. W pewnym momencie coś się zmieniło – luźne i beztroskie podejście do życia Iversona zaczęło imponować młodym ludziom, młodym zawodnikom, a przede wszystkim mieszkańcom Filadelfii, uznawanym za jednych z najciężej pracujących w Stanach, widzących w Iversonie przedstawiciela ich klasy, który wywodził się z biednego domu (koszykarz opowiadał, że czasami musiał chodzić po mieszkaniu w kaloszach, kiedy pękały rury z wodą. Czasami włóczył się też po okolicy, gdy jego matka wyprawiała kolejne imprezy suto zakrapiane alkoholem), a osiągnął sukces. Reebok to wszystko zauważył i uznał, że skoro coś działa, to nie ma sensu tego na siłę ulepszać. Doszło nawet do tego, że firma została oskarżona o wykreowanie wizerunku Iversona i zrobienie z niego kontrowersyjnej postaci. – On taki nie był. Oczywiście, spędzał czas ze swoimi ziomkami i robił te wszystkie rzeczy, ale w liceum tak się nie zachowywał – mówił Bill Tose, jeden z pierwszych trenerów Iversona. – Chcieli wykreować wizerunek hip-hopowca, bo wtedy to było modne. Zapłacili mu więc tę kasę, a potem pomogli mu stworzyć ten image, a Allen musiał z nim żyć w zgodzie – dodawał. Reebok przynajmniej części oskarżeń nawet nie próbował odpierać. – Jedną z sugestii, które podsuwałem Reebokowi, zwłaszcza pod względem marketingowym, była prośba, by nie robić nic poza pilnowaniem, żeby Iverson czuł się wyluzowany i żeby był sobą – mówił wspomniany Gaskins.

Iverson czasami czuł się wyluzowany aż za bardzo. Ale nikomu to nie przeszkadzało, bo coraz więcej osób go kochało. Gdy kłócił się z żoną, a czasami robił to tak, że świadkami kłótni – chcąc nie chcąc – byli wszyscy mieszkańcy okolicy, często przyjeżdżała policja. – Wiecie kim jestem?! – wykrzykiwał wówczas gwiazdor. Ale nawet nie musiał tego robić, bo wszyscy wiedzieli doskonale. I dlatego zazwyczaj nic mu nie robili, a wizyty funkcjonariuszy kończyły się na słownych, zazwyczaj niedziałających upomnieniach.

Fascynację Iversonem wyrażali też ludzie na wysokich stanowiskach - Pat Croce, prezes 76ers, był w niego zapatrzony na tyle, że często przez niego kłócił się z Larrym Brownem, trenerem, który często miał dość rozkapryszonej gwiazdy. Zapatrzony w Iversona był też Paul Fireman, prezes Reeboka, którego firma przelewała zawodnikowi często więcej pieniędzy niż jego klub. Pewnego razu Fireman poprosił o spotkanie z koszykarzem, któremu płacił krocie. Jeden ze współpracowników Firemana zaaranżował więc spotkanie, o którym kilkukrotnie przypominał Iversonowi. Ale ten i tak jednak o nim zapomniał. Gdy pewnego dnia podjechał pod dom jednym ze swoich kilkunastu luksusowych samochodów, widząc dwóch gości rzucił tylko: "Jezu, to dzisiaj?". "Tak, dzisiaj" – odparł Todd Krinsky, wiceprezes Reeboka. Iverson zaprosił dwójkę biznesmenów do swojej willi i poświęcił im kilkanaście minut uwagi. Gdy Fireman wyjął z teczki prezentację na temat wspólnej przyszłości Reeboka i Iversona, zawodnik znudził się na tyle, że powiedział krótko: "Posłuchaj Paul, muszę położyć się spać". I to tyle. Iverson po prostu wstał i udał się do sypialni, zostawiając prezesów Reeboka w swoim salonie.

Ze szczytu do piekła

Takie zachowania Iversona były codziennością. Dopóki kontrakt z nim przynosił jednak zyski, pozwalano mu niemal na wszystko. "Iverson wydawał dziesiątki tysięcy dolarów tygodniowo na zachcianki swoich kumpli i członków rodziny. Szefostwo Reeboka miało dylemat: szum wokół gwiazdy przynosił im zyski, ale jednocześnie martwiła ich przyszłość finansowa zawodnika" – w swojej książce pisał Kent Babb. – Pojawiało się mnóstwo plotek na temat tego, ile wydawał. Naprawdę bardzo go lubiliśmy i chcieliśmy budować wokół niego swoją przyszłość – mówił wspomniany wcześniej Krinsky. – Ale nie było to specjalnie odpowiedzialne: płacić mu tyle pieniędzy ze świadomością, że i tak to wszystko wyda – dodawał.

Dlatego w 2001 roku zmieniono warunki umowy. Reebok podpisał z Iversonem dożywotni kontrakt, który zakładał, że do 2030 roku na specjalny fundusz trafi 32 mln dolarów, które zawodnik będzie mógł pobrać od razu. Mógł też wybrać drugą opcję, która zakładała wypłacanie 800 tys. dolarów miesięcznie.

Niezależnie od tego, jak bardzo Reebok przyczynił się do wykreowania wizerunku Iversona, to właśnie on jest dziś jego największym zabezpieczeniem. Koszykarz, którego problemy alkoholowe doprowadziły do rozwodu i finansowego upadku, musiał sprzedać część swojego majątku i podpisać listę – niekiedy kompromitujących go – zobowiązań, które w swoim niedawnym tekście wymienił Michał Gąsiorowski. Podczas sprawy rozwodowej Iverson musiał zgodzić się m.in. na zakaz zdradzania i posiadania dzieci poza małżeństwem, zakaz fizycznej i werbalnej przemocy, obowiązek uczęszczania do poradni małżeńskiej, a także terapię związaną z uzależnieniami od hazardu i alkoholu, dożywotni zakaz gier hazardowych, stawianie się w domu przed północą, relację z każdego zakupu powyżej pięciu dolarów. Ostatecznie nic to jednak nie dało i doszło do rozwodu. 

Iverson stał się więc symbolem upadku i porażki. Jego buty są sprzedawane do dziś – po wpisaniu w wyszukiwarkę łatwo znaleźć kilka modeli, które można kupić za 300-600 zł. Jego historia do kupowania odzieży z nim związanej raczej jednak nie zachęca. Gwiazda, która miała być jaśniejsza od tej Michaela Jordana, zgasła bardzo boleśnie, z samego szczytu spadając do piekła.

Autor korzystał z materiałów portali espn.com, biography.com, theundefeated.com oraz książki Kenta Babba "Iverson. Życie to nie gra".

Przeczytaj także:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .