Pomógł Jordan, nocne nawoływania i "Hej, hej, tu NBA". Szaranowicz: Jechałem przez Polskę i widziałem kosze na stodołach

Koszykówką potrafił oczarować widzów. Do magicznego produktu, jakim dla Polaków była w latach 90. NBA, dołożył dodatkowe emocje i zabawę. Miliony widzów powtarzały sobie "Hej, hej, tu NBA".

- Tym hasłem spełniliśmy największą misję telewizyjną. Z widowiska urodził się ruch. Okazało się, że ludzie w koszykówkę chcą grać - mówi Sport.pl Włodzimierz Szaranowicz, komentator TVP.

Włodzimierz Szaranowicz w TVP debiutował w 1977 roku. Pracował podczas największych imprez sportowych. Na letnich i zimowych igrzyskach olimpijskich był osiemnaście razy. Komentował wiele dyscyplin, ale kojarzony jest przede wszystkim z lekkoatletyką i skokami narciarskimi. W latach 90. relacjonował mecze najlepszej koszykarskiej ligi świata. Sam był koszykarzem i trenerem koszykówki.

***

Kacper Sosnowski: W kraju kochającym futbol, fascynował się pan lekkoatletyką, a na studiach wybrał koszykówkę.

Włodzimierz Szaranowicz: Lekkoatletyka też była. Moim pierwszym nauczycielem wf-u był Andrzej Radiuk. Wychowawca pokoleń płotkarzy. Razem z moimi sąsiadami, braćmi Wodzyńskimi, na podwórku uprawialiśmy różne dyscypliny. Lekkoatletyka była wokół mnie. Na zajęcia z piłki nożnej chodziłem do trampkarzy Polonii Warszawa. W podstawówce miałem jednak fizyka zakochanego w koszykówce. Po lekcjach szedł z nami i grał w kosza, bo był niewiele starszy. W liceum graliśmy w ręczną i koszykówkę. Te dyscypliny wyparły lekkoatletykę. Na studiach zacząłem grać w warszawskim AZS m.in. u najsłynniejszego trenera koszykówki Zygmunta Olesiewicza. Miał niesamowity repertuar ćwiczeń, fenomenalnie uczył indywidualnej techniki, nigdy się z nim nie nudziliśmy. Jak za nim nie nadążaliśmy, to przerywał zajęcia i mówił: proszę panów, w tej grze chodzi o to, by trafić do tej dziury. Jak tego nie potraficie, to nie będzie z was koszykarzy.

Koszykarzem za długo pan nie był. Szybko był za to komentatorem. Również NBA, z którą w przeciwieństwie do przeciętnego kibica, miał pan wcześniej styczność.

- Na specjalizacji koszykówki, którą ukończyłem na warszawskim AWF-ie, jeden z docentów miał znajomości w Stanach Zjednoczonych. Dostawał filmy z NBA. Oglądaliśmy to z zapartym tchem. Widzieliśmy inny świat. Jak jeździłem do mojej rodziny mieszkającej w Ameryce, to razem z bratem chodziłem na mecze Lakersów. To było jeszcze w czasach Johnsona, Jabbara, Worthy'ego, tych największych gwiazd. Gdy sprowadziłem NBA do telewizji i dostałem szansę jej komentowania to wiedziałem, że musi być hitem. To była wielka fascynacja. Moje komentowanie trudno było nazwać pracą, bo przy tym znakomicie się bawiliśmy. Razem z Ryśkiem Łabędziem, czy Markiem Rudzińskim, budowaliśmy w ten sposób też zainteresowanie dyscypliną.

Czuje się pan popularyzatorem NBA w Polsce? Produkt oczywiście był markowy, ale trzeba było go jeszcze magicznie przedstawić.

- Moją wyobraźnię w temacie koszykówki rozbudził redaktor Witold Szeremeta z "Przeglądu Sportowego". On wymyślił te wszystkie nazwy: Wawelskie Smoki, Gdańscy Korsarze, Czarodzieje z Bielan. Wzbogacił ten sport o rodzaj emocji, który był przypisany do każdego zespołu.

Komentowanie NBA, to nie było tylko opowiadanie o samej koszykówce, ale też o mojej fascynacji Ameryką. 

Jednym i drugim szybko zachwycili się też nastolatkowie. Chodzili w czapkach Chicago Bulls, sami zaczęli rzucać do kosza.

- To była wielka radość. Jechałem przez Polskę i widziałem kosze na stodołach, takie prawdziwe, lub zrobione prowizorycznie. Robiło się miło. Moda na NBA jaka wtedy była, była czymś niezwykłym. Ten ruch pozwolił tej grze wyskoczyć ponad przeciętność. Nawet przyćmił nieco piłkę nożną, która miała słabszy okres. NBA pozwoliło wylansować sport, który był też wielkim widowiskiem. Satysfakcję miałem ogromną.

Satysfakcję liczoną też w kilkumilionowej widowni przed ekranami?

- Mecze były prezentowane w sobotę po południu, czyli w porze obiadowej. Przed telewizorami siadały całe rodziny. Wymyśliliśmy powitalne hasło „Hej, hej, tu NBA”, żeby się jakoś jednoczyć.

Hasło, które przeszło do historii. Nie reaguje pan już na nie alergicznie? Ciągle jest pan z nim kojarzony.

- Nie, bo spełniliśmy tym największą misję telewizyjną. Z widowiska urodził się ruch. Nie było tylko biernego kibicowania, ale okazało się, że ludzie w koszykówkę chcą grać. W streetballu startowały dziesiątki drużyn, właściwie w każdym mieście. NBA zaczęło nakręcać koniunkturę wokół koszykówki. Szkoda, że dziś prawie nie ma po tym śladu. Mimo znakomitego gracza, jakiego mamy w tej lidze.

Oprócz „hej, hej” były jeszcze inne pomysły zachęcające do wspólnego kibicowania.

- W nocy podczas play-offów mówiłem telewidzom, by przewietrzyli pokój, poćwiczyli i ponawoływali na balkonie kto ogląda mecz. Podobno w blokowiskach, zapalały się światła, otwierały okna, balkonowe drzwi i kibice zaczęli się wzajemnie pozdrawiać. Sami sprawdzali czy krąg odbiorców NBA jest duży. Zostaliśmy potem za to skarceni, bo młodzi ludzie budzili starszych.

Można powiedzieć, że stworzył pan pierwowzór mediów społecznościowych.

- W pewien sposób tak. Wyprzedziliśmy trochę epokę. Z tym, że kontakt był bezpośredni. Na ucho.

 Sport najlepszy jest na żywo. Wtedy ludzie oglądali retransmisje meczów, prezentowanych, na początku, z dużym poślizgiem. Jakoś to nie przeszkadzało.

- Realia były takie, że mecze z sezonu zasadniczego był retransmitowane. Zawsze wybieraliśmy spotkania, które były na styku. Kończyły się punktem, lub kilkoma punktami różnicy. Mój ukochany teść spytał mnie nawet kiedyś czy to nie jest jakaś bujda? Czy to wszystko jest realne? A my po prostu braliśmy od Amerykanów to co było najciekawsze. To tworzyło dobry klimat, naturalną dramaturgię. Kiedy było wiadomo, że ostatni rzut będzie należał do Jordana, to wszyscy się zakładali czy on trafi czy nie? Czy znów sam rozstrzygnie losy meczu?

Pan komentowanych meczów rzeczywiście starał się wcześniej nie oglądać?

- Nigdy ich nie oglądałem. Nie potrafiłbym wtedy komentować. Świadomość tego jak to wyglądało jest w komentarzu destrukcyjna. Kluczowe jest pierwsze wrażenie, żywy odbiór, emocje. Czasami nawet mówiłem, że nie chce znać wyniku meczu. Na szczęście montowaniem materiału do emisji zajmował się Rysiek.

W czasach bez internetu to z jednej strony trochę utrudniało panu przygotowanie do meczu?

- Od NBA dostawaliśmy cotygodniowe biuletyny, comiesięczne opracowania i rokrocznie nową encyklopedię, gdzie było wszystko. Jak chciało się popisać informacjami, można było błysnąć niebagatelną wiedzą. Amerykanie te wydawnictwa przygotowywali znakomicie. Mogłem wybrać informacje potrzebne mi do danego widowiska i się tym bawić. Oczywiście czasami zdarzały się też zaskakujące momenty. Raz podczas transmisji play-offów Amerykanie nagle pokazali jadący autostradą samochód. Okazało się, że to ucieka podejrzany o morderstwo O.J. Simpson. Ameryka zaczęła żyć tym wydarzeniem. Dla mnie była to o tyle rzecz przykra, że poznałem go na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie. Mieszkał w tym samym bloku. Porozmawialiśmy nawet kiedyś w windzie. Był bardzo zdziwiony, że w Polsce ktoś wie, co to jest futbol amerykański.

Co z czasów koszykówki z lat 90. najbardziej zapadło panu w pamięć?

- Dream Team z Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie, na których byłem. Po meczach była możliwość przeprowadzenia wywiadów i dotarcia do naszych idoli. Można było porozmawiać z Jordanem, który zawsze placami opierał się o ścianę. Tak, by nikt nie nagabywał go z tyłu. Pippen, Drexler, Barkley - te wszystkie gwiazdy były do naszej dyspozycji. Pippen co prawda potem szybko się urywał i oddalał z jakimiś paniami, ale taki Jordan był wzorem i na boisku, i w trakcie wywiadów.

Drugi moment, który dobrze pamiętam, to poznanie tej późniejszej generacji zawodników. Z Shaquillem O'Nealem zrobiłem sobie zdjęcie, był na nim też mój brat. Ja mam metr siedemdziesiąt parę, brat metr dziewięćdziesiąt, a Shaq dwa szesnaście. Byliśmy ładnie ustopniowani.

Trochę pamiątek w domu jest.

- Zbierałem kiedyś od sportowców autografy. Mam podpisy chyba wszystkich koszykarzy NBA z Jordanem na czele. Leży to gdzieś w szufladzie. Fajne czasy.

72. sezon NBA pan będzie oglądał. Czy teraz tej koszykówki jest mniej?

- Teraz NBA oglądam od czasu do czasu, wtedy kiedy wytrzymuję. Nie bardzo mogłem w ostatnich latach zarywać noce. Bardziej interesowałem się wynikami. Trochę żałuję, bo ta generacja koszykarzy nie jest mi tak dobrze znana jak tamta. Wtedy wszystkich rozpoznać mogłem w ciemno. Wynikało to też z tego, że kiedyś częściej latałem do Stanów Zjednoczonych. Oglądałem wtedy mnóstwo rzeczy. Tam dzień z NBA zaczyna się od rana i trwa do wieczora, jest mecz za meczem. Tamta generacja koszykarzy była też kultowa. Oni nadawali się na idoli. Teraz tego nie ma. Dziś u graczy trochę przeszkadzają mi np. ekspansywne tatuaże. Może to jest element ich kultury, ale coś mi tu nie gra.  

Rodmana pan nie lubił?

- Rodman był fantastyczny! Ale jak wszyscy są Rodmanami...

Na pana nowym koncie na Twitterze o NBA coś będzie?

- Na razie będzie tam raczej oszczędnie. Założyłem konto głównie, by podpatrywać innych. Czegoś się dowiadywać. Szukam tam raczej syntezy. To już chyba starość.

Zobacz wideo