EuroBasket 2017. Czego dowiedzieliśmy się po meczu ze Słowenią

Liderem będzie Mateusz Ponitka, ale potrzebuje wsparcia, a kadra musi zacząć lepiej bronić i unikać strat - to wnioski po pierwszym meczu reprezentacji Polski na EuroBaskecie. Biało-Czerwoni przegrali ze Słowenią 81:90.

Ponitka to jest siła

Mateusz Ponitka będzie na pewno najsilniejszym punktem reprezentacji Polski. Był w formie od pierwszego dnia przygotowań, swoją dyspozycję potwierdził pierwszego dnia turnieju. W meczu ze Słowenią rzucił 22 punkty, miał 13 zbiórek. Ma 24-lata, a na boisku sprawia wrażenie starszego o przynajmniej pięć lat. Gdy trzeba, to bierze ciężar gry na swoje barki i gra indywidualnie. Ale stara się też pomagać kolegom, czy stawiając zasłonę czy dobrze dogrywając.

Słoweńcom sprawiał wiele problemów swoją nieprzewidywalnością i szybkim minięciem. Wchodził pod kosz, wymuszał faule i nie zrażał się tym, że rywale go blokowali. Próbował, próbował, próbował.

Straty bolą podwójnie

Aż 16 strat Biało-Czerwonych przyczyniło się do 22 punktów reprezentacji Słowenii. 16 strat na takim poziomie to zabójstwo. Tym bardziej, że wiele z tych strat było po prostu głupich - podania w plecy czy nogi kolegi, wyrzucenie piłki na aut, zbyt szybkie oddanie piłki. Słoweńcy, drużyna doświadczona i mająca koszykarzy z najwyższej europejskiej półki, wie, jak takie sytuacje wykorzystywać. Piłka szybko przemieszczała się z ataku do obrony, rywale nie czekali aż Polacy wrócą na swoją połowę, tylko starali się szybko kończyć akcje, czy to wejściami pod kosz czy po rzutach z dystansu.

Gdzie są inni?

Przemysław Karnowski rzucił 11 punktów, ale dał się zdominować pod koszem i miał problemy w obronie. Damian Kulig miał problemy ze złapaniem piłki, punktował tylko spod samej obręczy. A.J. Slaughter rzucił 12 punktów i miał 6 asyst, ale i cztery bardzo irytujące straty, które skończyły się punktami dla rywali. Adam Waczyński trafił trzy z 11 rzutów, uzbierał siedem punktów, ale w ataku go widać zbytnio nie było. Na pewno z rytmu wybił go rozcięty łuk brwiowy już na samym początku spotkania, ale jego punkty są bardzo potrzebne.

W pierwszym meczu widać było też brak Łukasza Koszarka. Najbardziej doświadczony gracz w kadrze i jedyny prawdziwy rozgrywający szybko łapał faule, nie nadążał w obronie za Dragiciem i słusznie wylądował na ławce. Bez niego jednak Polska nie miała odpowiedniego rytmu w ataku.

Przestoje, przestoje, przestoje

10 punktów z rzędu rzucili Słoweńcy na początku drugiej kwarty. Trzecią kwartę rozpoczęli od ośmiu punktów z rzędu. Punktowali ekspresowo, a Polakom mecz wymykał się z rąk. Reakcji nie było. Tylko paraliż gry w ataku.

Słoweńcy dołożyli swoje do tego. Dobrze opóźniali akcje Polaków, wywierali presję na Slaughtera czy Koszarka, przez co na rozegranie akcji było mało czasu. A wtedy i okazywało się, że pomysł ma mieć ten, który ma piłkę. Brakowało zasłony od podkoszowych czy ruchu bez piłki, który wymusiłby błąd obrony.

Słoweńcy grali bardzo dobrze, ale nie rewelacyjnie. Po kilku mocniejszych ciosach łapali zadyszkę, ale Biało-Czerwoni nie byli wtedy gotowi, by rzucić im się do gardeł. Tak było w trzeciej kwarcie, gdy spokojnie zbudowali bezpieczną przewagę. To jest do poprawy.

Trzeba zacząć bronić

Polacy w meczu ze Słowenią stracili aż 90 punktów, z czego 30 było autorstwa Gorana Dragicia. To zawodnik z NBA, gdzie też potrafi zdobywać punkty seryjnie. W meczu z Polską też dał popis swoich umiejętności, ale przez całe spotkanie Polacy problemów mieli więcej.

Za dużo punktów Polacy stracili spod samej obręczy. Aż 42 punkty zdobyli Słoweńcy z pola trzech sekund. Oczywiście, część to efekt kontrataków, ale wiele razy zbyt łatwo blisko obręczy wpuszczany był Dragić, a pod koszem z naszymi dużymi radził sobie Gaspar Vidmar. Przemysław Karnowski, Damian Kulig czy Aaron Cel muszą bardziej fizycznie zaznaczyć swoją obecność pod koszem, nie dać się tak łatwo przepychać, bo rywale od razu wyczuwają szansę dla siebie.

Powiew optymizmu?

Polacy mieli w meczu wiele trudnych momentów, ale starali się po nich wracać do gry. Gdy na początku drugiej kwarty rywale szybko zdobyli 10 punktów z rzędu, Biało-Czerwoni mozolnie, ale doszli rywali na trzy punkty. Pomogło w tym wejście Adama Hrycaniuka. W trzeciej kwarcie Słoweńcy znów uciekli, w pewnym momencie prowadzili nawet różnicą 21 punktów, ale gdy nadarzyła się okazje (podkoszowi Słowenii złapali po pięć fauli) rzucili się do ataku. Pogoń była efektowna, ale zwycięstwa nie przyniosła, Słoweńcy kontrolowali spotkanie, ale tchnienie optymizmu było.

To, czego do tej pory uczyła nas reprezentacja Mike’a Taylora, to umiejętność podnoszenia się po porażkach. Co roku zespół musiał poradzić sobie z sytuacją, w której już za kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin znów trzeba było stawać do walki o stawkę. Tak było w eliminacjach w 2014 i 2016 roku, tak było na EuroBaskecie we Francji przed dwoma laty. I za każdym razem ten następnym mecz po porażce był wygrany, i to efektownie. Miejmy nadzieję, że tak będzie i tym razem. Kalendarz turniejowy to ułatwia - następne w kolejnością starcia Islandią i Finlandią. Dopiero później przyjdzie mierzyć się z Francją i Grecją.