NBA. Marcin Gortat dla Sport.pl: Ja ciągle nie mam dosyć

- W koszykówkę zacząłem grać bardzo późno i byłem jej głodny. Chciałem się uczyć coraz więcej i więcej, w końcu harówka przerodziła się w nawyk. W Phoenix miałem już kilka świetnych meczów, ale nie mam dosyć. Będę mordował i zabijał, aż takie mecze mi się znudzą - mówi jedyny Polak w NBA.

Poniedziałek, 31 stycznia. Dzień wcześniej Gortat zdobył 25 punktów i miał 11 zbiórek w zwycięskim meczu z New Orleans Hornets. Kolejne spotkanie Suns grają w środę, więc trener Alvin Gentry daje drużynie dzień wolnego. - Marcin odpoczywa, nie chce mu się ruszać z domu. Przyjedź do nas - pisze w smsie asystent koszykarza.

Gortat mieszka w apartamentowcu niedaleko jednej z głównych arterii Phoenix, 10 minut jazdy od hali US Airways Center. Na parkingu łatwo rozpoznać czarne bmw m5, oczko w głowie Gortata. - Jestem, sorry za spóźnienie. Pokaż, ile masz pytań? Dyktafon wytrzyma? - żartuje koszykarz.

Wytrzymał. Kiedy po kilkudziesięciu minutach rozmowy w lobby żegnamy się w końcu przy windzie, jeden ze sprzątających łypie na Gortata spod oka: - Czy ty nie grasz w Suns? - pyta w końcu. - No, gram - śmieje się Gortat. - A jak się nazywasz? - docieka pracownik budynku. - Grant Hill - rzuca żartem Gortat i jedzie na górę.

Łukasz Cegliński: Lubi pan MC Hammera?

Marcin Gortat: Mój brat uwielbiał Vanilla Ice i swego czasu ja też często go słuchałem, ale mieliśmy też MC Hammera. Wiem, że teraz puszczają go w czasie meczu, ale jakoś nie zwracam na to uwagi.

Po każdym pańskim punkcie jest fragment z frazą "Hammertime!"

- Ja tego nie słyszę. Na boisku koncentruję się na grze, a nie na tym, co jest dookoła.

Kiedyś promował pan jako swój przydomek "Polish Machine", ale został pan "Polish Hammerem"

- I już tego nie zmienię. Byłem "Polską Maszyną", ale pewnego dnia jeden z internautów z Orlando wymyślił "Polskiego Młota" pod wpływem moich akcji z lig letnich, w których dwukrotnie byłem najlepszym blokującym.

Nie podoba się to panu? Akcje z ostatnich meczów w styczniu pasują do terminu "Hammertime!", czyli do młotkowania.

- Rzeczywiście, trochę tak jest. Na dodatek Dwight Howard pokazał kiedyś w Orlando po jednej z moich udanych akcji taki gest, w którym tłucze pięścią w dłoń. "Polski Młot" się przyjął.

Nie ma pan wrażenia, że "Hammertime" z końca stycznia, to jakaś bajka lub sen, które się zaraz skończą?

- Nie, ale wracam myślami do przeszłości i widzę, w jakiej klatce byłem zamknięty w Orlando. Zastanawiam się, dlaczego wcześniej nie postawiłem na swoim, dlaczego nie poszedłem pod prąd i nie próbowałem grać tak, jak teraz - nawet kosztem relacji z pewnymi ludźmi. Z drugiej strony przez cały pobyt w Orlando byłem grzecznym chłopczykiem, nie zostałem skrzywdzony, a na koniec zostałem nawet wynagrodzony za cierpliwość. Jestem w Phoenix i wreszcie mam szansę, żeby pokazać, co potrafię. Cieszę się, że ten moment przyszedł akurat teraz, w wieku 26 lat. Zresztą może tak to było zapisane w gwiazdach - pograć przez trzy lata jako zmiennik najlepszego środkowego w NBA, trenować z nim, dać się wbijać w ziemię, ale potem, wciąż w świetnym okresie kariery, kiedy moje możliwości fizyczne są szczytowe, móc pokazywać własną dominację.

To Orlando było więzienną celą czy dobrą szkołą?

- W NBA było wielu koszykarzy, którzy w młodym wieku podpisywali wysokie kontrakty, byli rzucani na głęboką wodę i tonęli. W Orlando doświadczyłem wielu rzeczy - zdarzały mi się mecze w pierwszej piątce, występy po 20-30 minut w play-off, zagrałem w finale NBA. W pierwszych sezonach w Magic nauczyłem się bardzo dużo, miałem dobrego trenera, który wpoił mi defensywną mentalność i nauczył boiskowej dyscypliny. To mnie ukształtowało i pomaga mi teraz, a przez to, że nie grałem, mam w tej chwili ogromny głód gry. W Phoenix miałem już kilka świetnych meczów, ale ciągle nie mam dosyć, to nie koniec. Będę mordował i zabijał, aż takie mecze mi się znudzą. Nie przyjdzie to szybko, bo przez cztery lata siedziałem na ławce, co mnie bolało. Teraz się odgrywam.

Ciągły głód koszykówki

Skąd u pana taki upór w dążeniu do celu?

- Chyba po rodzicach. Byłem upartym dzieckiem, choć mama powtarzała mi, że to będzie mi w życiu przeszkadzać. I czasami tak bywa, ale z drugiej strony - jak wyznaczę sobie cel, jak uprę się, że coś zrobię, to niezależnie od długości drogi będą nią szedł, aż dojdę do celu. Mama kiedyś mówiła, że nie będę sportowcem, że mi się to znudzi, a ja chodziłem na treningi piłkarskiego Startu po dwadzieścia minut piechotą w jedną stronę. Choć zdarzało się, że upierałem się dla zasady w głupich sprawach. W dzieciństwie było to problemem i mama miała ze mną kłopoty. Ale jak przyjeżdżał tata i przeprowadzał ze mną poważne rozmowy, kruszyłem się bardzo szybko.

Dążenie do celu to jedno, chęć do ciężkiej pracy to drugie.

- Harować umiem też po rodzicach. Lubię być niewolnikiem, który jest katowany i trenuje, trenuje, trenuje. Tę część mnie ukształtował głównie serbski trener Sasza Obradović w Kolonii. Jego współpracownicy z Serbii zawsze mi powtarzali, że on do wszystkiego doszedł ciężką pracą, a ja chciałem być taki jak on. Ważne jest też to, że w koszykówkę zacząłem grać bardzo późno i ciągle byłem jej głodny. Koledzy w wieku 18 lat mogli mieć już dosyć, bo ćwiczyli w klubie od kilku lat, a ja nie mogłem doczekać się treningu, zdarzało mi się przychodzić na salę półtorej godziny wcześniej. Po wyjeździe do Niemiec dodatkowo nakręcał mnie ogrom wiedzy, którą mieli do przekazania mi trenerzy. Chciałem się uczyć coraz więcej i więcej. W końcu harówka przerodziła się w nawyk.

O NBA marzył pan od zawsze. Jak widział pan siebie w tej lidze, kiedy miał pan 20 lat?

- Nigdy się nie widziałem w NBA. Pamiętam, że już po wyborze w drafcie w 2005 roku oglądałem do czwartej rano finał Dallas Mavericks - Miami Heat i wydawało mi się, że nie ma szans, żebym się do tej ligi dostał. Mówiłem zawsze, że to moje marzenie, że w to wierzę, ale tak naprawdę wcale nie byłem tego taki pewny. Wcześniej, już po pierwszym roku w Niemczech, ludzie mówili mi, że mam szansę na NBA, ale ja twardo stąpałem po ziemi i nie dawałem się ponieść tej myśli. Rok później wziąłem udział w kampie dla wysokich koszykarzy, gdzie bez problemu radziłem sobie z wyżej notowanymi Johanem Petro, Oleksiejem Peczerowem czy Mile Iliciem i wtedy to już skauci NBA chwalili moje możliwości fizyczne. To mnie nakręciło, choć później też miałem chwile zwątpienia, kiedy Magic odsyłali mnie do Europy po kolejnej lidze letniej.

Czy udana końcówka stycznia to kolejny przełom w pańskiej karierze?

- Zdecydowanie, bo wielu ludzi przekonało się, że Marcin Gortat może mieć duży wkład w zwycięstwa zespołu. Nie, że jest gwiazdą, ale koszykarzem, z którym trzeba się liczyć.

W czepku urodzony

Ile tego sukcesu Gortata jest w Gortacie, a w ilu procentach pańska gra zależy od Steve'a Nasha, który świetnie podaje panu piłki?

- Gdyby nie Steve, byłoby mnie o 50 proc. mniej, ale nie każdy, kto gra z Nashem, potrafi regularnie zdobywać double-double. Uważam, że np. w odróżnieniu od Robina Lopeza [środkowy pierwszej piątki Suns] złapałbym jakieś piłki, miałbym parę dobitek i parę śmieciowatych punktów w meczu bym uzbierał. Niewątpliwie Gortata kreuje Nash - bez niego byłbym dzisiaj zupełnie innym zawodnikiem. A gram, jak gram, bo taktyka Suns jest stworzona do akcji, które wspólnie wykonujemy. Środkowi w naszej drużynie nie dostają piłek do gry tyłem do kosza, bo to spowalnia grę. Naszym atutem jest możliwość zabiegania przeciwnika i umiejętność gry kombinacyjnej.

Skoro w Suns jest i Nash, i styl gry, który panu odpowiada, to znaczy, że Phoenix to w tej chwili najlepsze dla pana miejsce w NBA?

- Zdecydowanie. Przed transferem omawialiśmy z moim agentem różne opcje, on często mówił o Houston Rockets, którzy dopytywali się o mnie jeszcze wtedy, kiedy już byłem w Phoenix. W najbliższych latach Rockets mogą szybciej osiągnąć sukces niż Suns, bo mają młodszy zespół, a u nas są weterani - Nash, Grant Hill czy Vince Carter, którzy zbliżają się do końca kariery - i prawdopodobnie prędzej czy później spadniemy na dno i będziemy musieli rozpocząć przebudowę. Jestem jednak bardzo szczęśliwy, że trafiłem do Phoenix. Tu jest Steve i dużo biegania od kosza do kosza. Można powiedzieć, że jestem w czepku urodzony.

Co będzie, jak przyjdą gorsze mecze?

- To teraz najważniejsze pytanie. Gorsze mecze się trafią, bo to część tego zawodu, ale kluczowe jest to, jak na nie zareaguję, jak wyjdę z dołka. Dziennikarze będą wtedy pisać, że wyszła cała prawda o Gortacie, że w gruncie rzeczy on nie potrafi grać na wysokim poziomie, że trafiły mu się fartem dwa czy trzy mecze. Ale ja to porównam do jazdy samochodem - czy jedna stłuczka oznacza, że nie umie się jeździć? Że wcześniej szczęśliwie udawało się skręcić na światłach, skoordynować sprzęgło z gazem, nacisnąć hamulec w odpowiednim momencie? Oczywiście, że tak nie jest. Poza tym wszyscy oceniają koszykarza przez pryzmat statystyk, a nie mają pojęcia o przedmeczowych założeniach i rozmaitych niuansach, począwszy od drobnych urazów, a na życiu rodzinnym skończywszy.

Wyobraża pan sobie dalszą przyszłość? Co będzie za trzy, pięć, siedem lat?

- Przestałem o tym myśleć. Zmieniłem podejście i koncentruję się tylko na następnym meczu, stawiam sobie małe cele. Teraz chcę poprawić blokowanie rzutów, bo ostatnio za rzadko zatrzymuję rywali w ten sposób. Chciałbym utrzymać dobry poziom skuteczności i walki o zbiórki, ale dodać do tego bloki. Agent już myśli o tym, żeby negocjować nowy kontrakt, ale ja nie zastanawiam się, co będzie za rok, za dwa.

Transfer, czyli emocje

Jak wygląda transfer w NBA?

- Najciekawsze jest to, że do ostatniej chwili w drużynie nic się nie zmienia. Przychodzisz na trening, ćwiczysz według planu przed konkretnym meczem, przygotowujesz się na rywala, trener wymaga od ciebie danych rzeczy, choć on już wie, że za pięć minut zostaniesz poinformowany, że zmieniasz klub. Ja dowiedziałem się o wymianie rano w dniu meczu z Dallas i było to niesamowite przeżycie. Marzyłem, naprawdę marzyłem o transferze, ale oczywiście nie mogłem tego głośno powiedzieć. Orlando przestało mnie bawić, nie interesowała mnie już tak bardzo nawet pogoń za mistrzostwem. Zdobycie tytułu jest na pewno superuczuciem, ale niefajne jest siedzenie na ławce i oglądanie w innych klubach koszykarzy, o których się wie, że nie są lepsi od ciebie. Oni rzucają po 20 punktów, a ja kibluję na ławce.

Kto powiedział panu o wymianie?

- Od momentu wstania z łóżka i spojrzenia na telefon z nieodebranymi połączeniami oraz na twarz mojej dziewczyny wiedziałem, że coś się dzieje, ale potwierdzeniem był dopiero telefon od generalnego menedżera Magic. Otis Smith podziękował mi za kilkuletnią owocną dla obu stron współpracę i powiedział, że odchodzę do Phoenix Suns. Czułem takie emocje, że nie mogłem wydusić słowa, ale spytałem tylko, za kogo jestem wymieniany - liczyłem, że za Robina Lopeza, bo miałem nadzieję, że od razu zajmę jego miejsce w piątce i przejmę "jego minuty" na boisku.

Co musiał pan załatwić w Orlando?

- Nic, tylko się spakować. Agent zadzwonił, że mam sobie otworzyć piwko i czekać w domu na telefon z Phoenix. Po trzech godzinach odezwał się asystent generalnego menedżera Suns. Powiedział, że cieszą się z transferu i zażartował, że mają nadzieję, że nie jestem miękki i będę kończył każdą akcję z góry. Potem zadzwonił człowiek odpowiedzialny za sprzęt i pytał o rozmiar buta, koszulek, dresu, a także o numer na koszulce.

Od razu wybrał pan czwórkę?

- Nie, była z tym cała historia. Oczywiście zapytałem o nr 13, czy mogę odkupić go od Nasha. Rzuciłem sumę 50 tys. dol., ale usłyszałem, że mam o tym zapomnieć. Potem chciałem nr 7, bo z takim grał w Manchesterze United David Beckham, ale Suns mają ten numer zastrzeżony na cześć Kevina Johnsona. Pomyślałem więc o nr. 8, bo taki nosił w Kolonii jeden z moich mentorów Zoran Kukić, ale ten był zajęty przez Channinga Frye'a. Obstawiliśmy więc nr 4 na cześć Obradovicia, ale teraz twierdzę, że to nie był dobry wybór. Dzisiaj wziąłbym nr 57 - z takim zostałem wybrany w drafcie przez Suns, nikt z takim numerem jeszcze nie grał. Może zrobię zmianę w przyszłym sezonie.

A jak się wchodzi do szatni nowej drużyny?

- Dziwne uczucie, bo miałem już wyrobioną opinię na temat większości zawodników - kto wygląda na gwiazdeczkę, kto jest boiskowym chamem itp. Nie da się też ukryć, że wszedłem tam odebrać komuś część jego pracy. Powiedziałem sobie jednak, że zmieniam podejście, że chcę się naprawdę wyrwać z klatki rezerwowego, w której byłem w Orlando. Samo wejście do szatni okazało się zupełnie naturalne - przedstawiałem się chłopakom, choć znałem już wcześniej nieźle Hakima Warricka i Hilla. Najszybciej skumplowałem się z Goranem Dragiciem, a potem z Frye'em, który siedzi obok mnie w szatni. Atmosfera w drużynie jest super. Czuję się w niej bardzo dobrze.

Po jednym z pierwszych meczów w Suns zaczął pan głośno narzekać na grę drużyny w obronie, porównywał pan ją do Magic, sugerował, że może pomóc nowym kolegom w zrozumieniu różnych rzeczy. Czy nie za wcześnie wyszedł pan przed szereg?

- Myślę, że nie. Nie było tak, że rzucałem nazwiskami. Po jakimś czasie jeden z menedżerów powiedział mi, że dobrze, że ktoś wreszcie głośno powiedział o problemach drużyny, szkoda tylko, że byłem to ja, nowy koszykarz, bo to mogło obniżyć u niektórych moje notowania. Ale stawiam sprawę jasno - przyszedłem tu, żeby pomóc Suns w lepszej grze. I nie lubię sztucznego gadania - jeśli wchodzę do szatni po meczu, w którym zostaliśmy stłamszeni przez słaby zespół na własnym boisku, to co mam mówić? Że znów brakowało nam energii i zagraliśmy słaby mecz? Może inni tak potrafią, ale ja nie. Byliśmy tragiczni i powiedziałem to wprost. Gdy ja zagram słabo, to też szczerze powiem, że zostałem zniszczony przez rywala.

Po kilku tygodniach przestał pan mówić, zaczął pan grać. To trochę tak, jak na początku eliminacji do mistrzostw Europy, kiedy wziął się pan do roboty po porażce z Gruzją.

- Denerwowało mnie wtedy w kadrze wiele rzeczy, ale niepotrzebnie martwiłem się o rzeczy niezwiązane wprost z graniem, które były w sumie poza mną. Potem skoncentrowałem się jednak na sobie i było lepiej. W Phoenix, przyznaję, przespałem pierwsze tygodnie, kiedy dostałem szansę gry po 30 minut. Nie wykorzystałem jej, ale znów skupiłem się na sobie i na każdym kolejnym meczu.

Adrenalina i akcje ze Steve'em

Jaki jest pana największy atut na boisku?

- Atletyzm i przygotowanie fizyczne. Moim zdaniem nie ma w NBA wielu środkowych, którzy mogą mi dorównać pod względem szybkości, dynamiki, skoczności i wytrzymałości. W pojedynczych aspektach tak, ale w połączonych już niekoniecznie.

Znakiem rozpoznawczym w ataku obok Nasha jest jednak tzw. pick and roll, czyli akcja, w której wysoki stawia zasłonę rozgrywającemu, a potem odwraca się w kierunku kosza, oczekując na podanie. Gdzie się pan tego nauczył?

- W kosza zacząłem grać późno, miałem braki w technice, a to było jedno z najłatwiejszych zagrań do nauczenia się przez żółtodzioba. Trenerzy w Niemczech kazali mi stawiać zasłony, a potem odwracać się do podania.

Zagranie niby proste, ale nie każdy środkowy w NBA gra je tak skutecznie i widowiskowo. Proszę rozłożyć pick and rolla na czynniki pierwsze.

- Środkowy, najlepiej szybki i zwinny, musi zablokować rozgrywającego rywali, tak by ten nie mógł upilnować Nasha. Nasz rozgrywający musi być agresywny i dobrze rzucać - tak, jak Steve. Rzut jest ważny, bo wtedy pilnujący mnie obrońca musi na chwilę przejąć rozgrywającego, aby nie dopuścić do rzutu z czystej pozycji. Wtedy ja się odwracam do kosza i rozgrywający musi mieć wyczucie rytmu, świetnie panować nad piłką, żeby wykonać precyzyjne podanie, a jednocześnie zachować cierpliwość. Steve jest w tym mistrzem, potrafi wyskoczyć z piłką, teoretycznie mieć zamkniętą drogę do podania, a mimo to rzucić ją w ostatniej chwili nad obręcz.

Czyli więcej zależy od rozgrywającego?

- Pół na pół, bo bez środkowego, bez dobrej zasłony nie byłoby takiej akcji. Zasłona jest bardzo ważna - muszę zdecydowanie stanąć na drodze rozgrywającego rywali i uniemożliwić mu chwyty poniżej pasa. Niektórzy zahaczają ręką o moją nogę, żebym nie mógł się szybko odwrócić, inni próbują uderzyć w genitalia. Kiedy już wyczujesz przeciwnika i się odwracasz, też musisz pamiętać o cierpliwości. Od szybkości bardziej liczy się wyczucie czasu i stworzenie korytarza, którym rozgrywający może ci podać piłkę. Ja do perfekcji w tej akcji nie doszedłem, ale myślę, że potrafimy ze Steve'em rozegrać ją bardzo ładnie.

Gra pan po 30 minut, więc pojawia się zmęczenie, którego w Orlando pan nie doświadczał.

- To dla mnie coś nowego. Musiałem poważnie zmienić sposób przygotowywania się do meczu - dłużej się rozciągam, a tuż przed meczem bardzo mocno rozgrzewam na boisku - robię wsady, skaczę wysoko, oddaję dużo rzutów. Taki intensywny minitrening. Do tego dochodzi adrenalina, która mnie bardzo napędza. Bywam zmęczony, ale na meczu daję 110 proc. Wiem też, jak regenerować ciało po spotkaniu. Wiem, czego potrzebuję. To też cenne doświadczenie.

Gdyby utrzymał pan poziom z końca stycznia przez kilka miesięcy, byłby pan kandydatem do występu w Meczu Gwiazd, który odbędzie się za tydzień.

- Nie myślę o tym, zresztą jeszcze na to za wcześnie. Chciałbym zagrać w Meczu Gwiazd, ale za dwa, może trzy lata. Bliżej końca kontraktu, żeby się wypromować.