Marcin Gortat wchodzi z pieniędzmi z NBA w polską piłkę nożną

Przed rokiem rządził w piłkarskim ŁKS biznesmen podejrzewany o przestępstwa gospodarcze, dziś jednym z właścicieli jest gwiazda NBA Marcin Gortat. Łódzki Klub Sportowy zatacza się od ściany do ściany. Inwestorzy związani z Marcinem Gortatem zapowiadają odrodzenie klubu, wejście na giełdę i awans do ekstraklasy. - Obawiałem się, bo wiadomo, że piłka nożna nie ma opinii czystego sportu. Ale gdyby coś poszło źle, jestem zabezpieczony. Nie po to wchodzę w ŁKS, by wszystko legło w gruzach - mówi Sport.pl Marcin Gortat.

Ostatni rok był najbardziej szalony w historii 102-letniego klubu. Właścicieli było w tym czasie czterech. Najpierw producentowi tanich win Danielowi Goszczyńskiemu skończyły się pieniądze, chęci i pomysł na zarządzanie. Metodycznie wygryzał go Grzegorz Klejman - również biznesmen, choć nie wiadomo do końca z jakiej branży. Wygryzał, pożyczając Goszczyńskiemu pieniądze (ok. 3 mln zł) pod zastaw klubowych akcji, ale kiedy okazało się, że wiosną ubiegłego roku ŁKS nie dostał licencji na grę w ekstraklasie, co oznaczało brak co najmniej 5 mln zł od Canal+ - i on spasował. Z jednej strony zrozumiał, że nie odzyska utopionej gotówki (zwłaszcza że nie miał pewności, że ŁKS należy do niego, do dziś toczą z Goszczyńskim spór w sądzie), z drugiej zaś sam miał kłopoty z wymiarem sprawiedliwości. Lubiany przez kibiców, ale uwikłany w odraczany wciąż proces w sprawie wyłudzenia towarów o znacznej wartości zaczął ciążyć klubowi.

Marcin Gortat opowiada o NBA, Orlando i Polsce Pierwszoligową rundę jesienną poprzedniego sezonu ŁKS przetrwał cudem, ba, nieopłacani piłkarze sensacyjnie zajęli trzecią pozycję w tabeli. Media i demonstrujący pod miejskim urzędem fani wywierali coraz większą presję, by Łódź ratowała zasłużony klub.

Polityka przychodzi z pomocą

I wtedy z pomocą przyszła... polityka. Kłopoty ŁKS zbiegły się z referendum o odwołaniu związanego z prawicą prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. Walczący o władzę w mieście przypomnieli sobie o ŁKS, który stał się kartą przetargową.

- Podamy klubowi dłoń - mówili z emfazą oddelegowany przez Kropiwnickiego na ełkaesowski odcinek wiceprezydent Włodzimierz Tomaszewski i jego poplecznik w radzie miejskiej Witold Skrzydlewski, zaprzysięgły kibic... Widzewa.

Wnioskująca o wyrzucenie Kropiwnickiego opozycja z Platformy Obywatelskiej i SLD nie miała zamiaru przeszkadzać w lobbowaniu na rzecz ŁKS, bo wiedziała, że pamiętliwi sympatycy mogliby to wziąć pod uwagę w przyszłych wyborach.

Koniec końców powstała miejska spółka ŁKS PSS z kapitałem 1 mln zł, miasto obiecało też poszukać sponsora. Mówiło się, że magnesem może być ewentualna sprzedaż w pakiecie atrakcyjnych terenów wokół stadionu (hala Atlas Arena, Aquapark, dworzec Łódź Kaliska, blisko do centrum).

Kropiwnickiego odwołano, więc przegrana ekipa straciła zainteresowanie losami klubu, a zwycięzcy zdecydowali o zakończeniu finansowania spółki z miejskiej kasy i sprzedaży udziałów.

Chętnych do kupna było dwóch. Znanego w polskim futbolu Sabriego Bekdasa kusiły właśnie wokółklubowe tereny, ale Turek odpuścił, kiedy okazało się, że w ofercie są jedynie akcje klubu. Wiosną tego roku właścicielem ŁKS została Tilia. Ci, którzy spodziewali się sponsora na miarę ITI czy Allianza, musieli czuć się rozczarowani. Tilia to firma dość anonimowa, ale nie tradycyjnie po ełkaesowsku biedna, lecz prężnie działająca w branży sztucznych nawierzchni (to ona dostarcza trawę na boiska orlików, cała Łódź huczy od plotek na temat znajomości właścicieli Tilii z synem byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego). Jej założyciele, niewiele ponad 30-letni Filip Kenig i Janusz Urbanowicz, są od kilku lat dobrodziejami pierwszoligowej sekcji koszykówki ŁKS, w której zresztą sami grają.

Tilia kupiła akcje ŁKS za 1,07 mln zł i wzięła na siebie zadłużenie wobec tzw. podmiotów będących pod ochroną PZPN - ok. 4 mln zł. Majstersztykiem było definitywne pozbycie się Goszczyńskiego i Klejmana, którzy uwikłani w prywatne rozgrywki po postawieniu w stan upadłości poprzedniej spółki ŁKS zostali na lodzie. Goszczyńskiemu i tak chyba wszystko jedno, bo od dawna nie włożył już w klub ani złotówki, ale Klejmanowi utopione miliony nie dają ponoć spokoju. Jak słychać w Łodzi - ma zamiar kontratakować i udowodnić, że i jemu należy się zwrot kosztów. Nieoficjalnie wiadomo, że zbiera dokumenty, z którymi chce iść do sądu. Co będzie, jeśli mu się uda - to pytanie pierwsze.

Gospodarcze odrodzenie

- Powoli budujemy trwałe podstawy ekonomiczne - mówią nowi właściciele ŁKS. Wreszcie powstała profesjonalna struktura, zatrudniono menedżerów z nazwiskami, stworzono model sportowej korporacji.

PR nowa spółka ma doskonały, ale czy w istocie jest tak dobrze? Popatrzmy.

Tilia kupiła spółkę od miasta za ponad 1 mln zł (na razie zapłaciła pierwszą ratę - 240 tys. zł), ale już dostała od miasta ok. 1,5 mln zł z funduszu promocji. Właściciele planują emisję 16,5 mln akcji po 30 gr. Tymi akcjami chcą spłacić długi, ale nie wiadomo, czy każdy z 99 wierzycieli zgodzi się wziąć te akcje, nawet mamiony obietnicami kokosów w przyszłości. Szefowie spółki zapowiadają też rychłe wejście na giełdę. Kenig zapewnia, że 5 mln akcji już zostało sprzedanych, ale poza Marcinem Gortatem (o czym za chwilę) nie zdradza nabywców, odmawia też ujawnienia, ile długów już spłacił.

- Ugody przewidują, że oddamy wszystko w ciągu roku. W tej chwili potrzebujemy na to 80 tys. zł miesięcznie - mówi tylko.

Klub chwali się, że ma dziś profesjonalny dział marketingowy, ale - nie licząc umowy na stroje z firmą Zina - podpisał na razie raptem jedną umowę sponsorską. Z firmą Italcolor, w radzie nadzorczej której jest Jarosław Turek, członek rady nadzorczej ŁKS...

Właściciele klubu gwarantują spokojną przyszłość i racjonalny rozwój, ale we wstępnym projekcie budżetu na 2011 r. już zapisali przysługującą każdemu zespołowi ekstraklasy premię z Canal+. A co będzie, jeśli nie uda się awansować - to pytanie drugie.

Milion od Gortata

Najświeższym hitem - zwłaszcza medialnym - jest Marcin Gortat w roli współwłaściciela ŁKS. Koszykarz Orlando Magic kupił akcje ŁKS za 1,05 mln zł, zysk klubu polega tu jednak na tym, że wartość marketingowa nazwiska i twarzy Gortata jest nieporównywalnie większa.

- Genialne posunięcie, które przyciągnie sponsorów. Już mieliśmy telefony z dwóch firm - zacierają ręce w ŁKS.

Naturalnie Gortat nie przyszedł do klubu tylko dlatego, że sam urodził się w Łodzi. Kenig i Urbanowicz to jego przyjaciele, ich sekcję koszykówki wspiera od dawna. - Namawiany byłem od dłuższego czasu - przyznaje "Gazecie". - Obawiałem się, bo wiadomo, że piłka nożna nie ma opinii czystego sportu. Dlaczego się zdecydowałem? Bo wiele rzeczy ma się zmienić i to jest zapisane w dokumentach - gdyby coś poszło źle, jestem zabezpieczony. Nie po to wchodzę w ŁKS, by wszystko legło w gruzach.

Milion od Gortata rozejdzie się w okamgnieniu, ważniejsze dla klubu jest z pewnością to, czy także w przyszłości gwiazda NBA służyć będzie klubowi swoim portfelem. Sam Gortat tego nie wyklucza.

- Z tego, co wiem, jest duża szansa na wybudowanie nowego stadionu w najbliższych latach. To podniesie wartość klubu. Być może podwyższę swoje udziały - wyjawia Gortat.

Dziś obiekt przy al. Unii wygląda gorzej niż ruiny Koloseum, Kenig twierdzi jednak, że jest dogadany z miastem, które ma pomóc w zbudowaniu w ciągu dwóch lat nowego stadionu na 18 tys. miejsc. Problem jest taki, że... dokładnie te same obietnice słyszy od urzędników Widzew. Zmorą Łodzi jest to, że oba kluby nie chcą słyszeć o jednym wspólnym obiekcie.

Przed jesiennymi wyborami samorządowymi nikt w Łodzi nie zaryzykuje przesądzających kroków na rzecz jednego z klubów. To wywołuje lekki niepokój w ŁKS, podobnie jak to, kto od przyszłego roku będzie rządził Łodzią. Co oznaczać może nieprzychylny dla ŁKS wynik wyborów - to pytanie trzecie.

Mieli awansować, mają awansować

Rewolucja w wymiarze sportowym jest równie gigantyczna co w zarządzaniu. Na początku roku w zespole rej wodziła frakcja Tomasza Hajty i Piotra Świerczewskiego, którzy kreowali się na wielkich obrońców klubu gotowych po rejtanowsku położyć się w poprzek każdemu, kto chciałby zagrozić klubowi. Co jednak nie przeszkodziło im podpisać lukratywnych umów z jeszcze wtedy miejską spółką. W pewnej chwili piłkarze chcieli nawet przejąć władzę w klubie, ale po wejściu Tilii nie przedłużono kontraktu z Hajtą, a inny nieformalny przywódca Marcin Adamski tylko dlatego został, że jego umowa jest dłuższa, on zaś nie ma najmniejszego zamiaru zgodzić się na obniżenie jej warunków (ponoć kwituje ok. 50 tys. zł miesięcznie). Jego rola poza boiskiem jest już jednak żadna.

Ekipa - jak ją nazywano - bankietowa już po kilku dniach rządów Tilii przekonała się, że nowym właścicielom nie będzie mogła wchodzić na głowy, co było codziennością za wszystkich poprzednich dobrodziejów. Oto na poranny trening zatrudniony na menedżerskim stołku ełkaesiak z krwi i kości Tomasz Wieszczycki przyniósł alkomat. Kontrola przyniosła zero i był to koniec lojalnej postawy zespołu wobec władz klubu.

W rundzie wiosennej niejako w odwecie, mimo najlepszego składu, sprzyjającego terminarza i dobrej sytuacji w tabeli - futboliści z kretesem przegrali bój o ekstraklasę, po czym w liczbie kilkunastu pożegnali się z klubem. W ich miejsce przyszli nowi, również znani (Marcin Mięciel, Marcin Smoliński, Michał Łabędzki), również, jak na pierwszą ligę, dobrzy. Niemal wszyscy popisali umowy wybitnie zadaniowe - na rok. W dość niezrozumiały sposób postanowiono jedynie zaoszczędzić na posadzie trenera - dostał ją związany z ŁKS od lat 65-letni Andrzej Pyrdoł, który w karierze pierwszego trenera nie osiągnął nic, dorobił się za to dwóch zawałów.

- Naszym celem jest ekstraklasa - nie ukrywa Kenig.

Superpuchar Polski ?

Więcej o: