LeBron James zagrał w Waszyngtonie w butach, które coś znaczą

Jeden but biały, drugi czarny. Na obu złotymi literami wypisane hasło "równość". LeBron James nie mówiąc nic, zabrał głos w sprawie, którą nie tylko sportowa Ameryka żyje od długich miesięcy.
LeBron James LeBron James NICK WASS/AP

Buty, które coś znaczą

Gdy wyszedł na parkiet, już było o nim głośno. I nie miało to nic wspólnego ze sportem. James, obrany w biały strój Cavaliers, miał na nogach buty z wyraźnym przekazem. 'Równość' była wypisana złotymi literami na obu butach. Lewy był w białym kolorze, prawy w czarnym.

- Jesteśmy w Waszyngtonie, wiemy kto jest prezydentem. Jako Amerykanie, bez względu na rasę musimy zrozumieć, że mamy równe prawa i możemy mówić o wszystkim. Ja już wielokrotnie wypowiadałem się o tym, co się dzieje na stanowisku prezydenta. Nie możemy pozwolić na to, żeby jedna osoba wmawiała nam to, jacy jesteśmy. W równości chodzi o to, by rozumieć swoje prawa, jak jesteśmy mocni bez względu na to czy jesteśmy mężczyzną i kobieta, biali czy czarni - tłumaczył po spotkaniu James odnosząc się do Donalda Trumpa i jego licznych komentarzy w kwestiach rasowych i równości.

To nie pierwszy raz Jamesa

LeBron James w kwestiach społecznych wielokrotnie zabierał głos. Wszyscy oczekiwali na to, co zrobią koszykarze na początku sezonu. Zastanawiano się, czy zawodnicy NBA, wzorem tych z NBA, będą np. klęczeć podczas hymnu. Tak się nie stało. Koszykarze wybrali inne formy podtrzymywania dyskusji.

W meczu otwierającym sezon James po raz pierwszy w sezonie zagrał w butach z napisem 'równość'. Wtedy jednak oba buty były czarne.

- Chciałem, by dyskusja trwała. Wiemy, przez co przechodzimy jako naród, wiemy, co się dzieje na świecie. Chciałem użyć swoich możliwości dla wspólnego dobra - mówił w październiku James.

To była odpowiedź na słowa prezydenta Trumpa, który w prymitywny sposób krytykował zawodników NFL, którzy wzorem Colina Kaepernicka zaczęli bojkotować amerykański hymn (usiadł w trakcie jego odgrywania, a później wytłumaczył, że w ten sposób wstawia się za czarnoskórymi, którzy są dyskryminowani).

W NBA na takie formy protestu koszykarze się nie zdecydowali. Większość tłumaczyła to tym, że nie chciała być użyta do politycznej wojny, a po drugie uznawano, że dyskusja zboczyła z głównego toru.

NBA kontra Trump

Wynik zeszłorocznych wyborów prezydenckich podzielił USA. Kilku trenerów, koszykarzy i byłych graczy ostro skrytykowało prezydenta elekta. - Chyba nikt nie może zaprzeczyć, że ten gość to rasista i szowinista. Nigdy wcześniej nie czułem takiego wstydu - stwierdził Stan van Gundy, trener Detroit Pistons.

- Ciężko jest to przyjąć z godnością i szacunkiem, jeśli druga strona tego nie okazuje. Żona i córka zostały obrażone jego komentarzami, są zrozpaczone. Wchodzisz do szatni i widzisz twarze koszykarzy, których on nie tak dawno obrażał na tle rasowym. Jesteśmy zszokowani. Rozmawialiśmy dziś o tym. Czujemy się zdegustowani i rozczarowani. To są wybory prezydenckie a nie Jerry Springer Show - wtórował mu Steve Kerr z Golden State Warriors, nawiązując do popularnego talk-show.

W gronie najgłośniejszych krytyków jest też Gregg Popovich, trener San Antonio Spurs, który raz po raz krytykuje kolejne kontrowersyjne decyzje czy wypowiedzi Trumpa.

Karl Anthony Towns i malutka piłeczka Karl Anthony Towns i malutka piłeczka JIM MONE/AP

"Zajmij się sportem"

Wiele osób krytykuje sportowców, którzy zabierają głos w sprawach wrażliwych społecznie. - Koszykówka jest tym, czym zajmuje się zawodowo, a nie tym kim jestem jako człowiek. Sportowcy mają możliwość wspierania tego, co według nas jest dobre, a co złe. A ci co mówią, żebyśmy zajęli się sportem, niech się zastanowią. Nasz prezydent był gwiazdą reality show, a ty mi mówisz, że nie mogę się wypowiadać w sprawach politycznych? - pisał Karl-Anthony Towns na "Players' Tribune".

Stan van Gundy, trener Pistons, stwierdził wręcz w artykule dla magazynu "Time", że sportowcy, którzy odzywają się w sprawach politycznych, to wzorcowi patrioci.

Donald Trump Donald Trump Fot. Evan Vucci / AP Photo

Co zrobią Warriors?

Na ten mecz dziennikarze i komentatorzy sportowi i polityczni czekają szczególnie. 28 lutego do Waszyngtonu przyjadą mistrzowie NBA Golden State Warriors. Tradycja jest taka: mistrzowie największych amerykańskich lig w kolejnym sezonie po wywalczeniu tytułu przyjeżdżają do Waszyngtonu na spotkanie z prezydentem w Białym Domu. Od dwóch miesięcy wiadomo, że do wizyty Warriors nie dojdzie.

"Przybycie do Białego Domu jest uważane za wielki zaszczyt dla mistrzowskiej drużyny. Ale skoro Stephen Curry się waha, to zaproszenie zostało wycofane" - napisał w październiku na Twitterze Donald Trump, prezydent USA.

Koszykarze od kilku miesięcy byli pytani o to, czy w razie zdobycia tytułu na spotkanie z prezydentem przyjdą. Gracze Warriors zgodnie twierdzili, że raczej się w Białym Domu nie pojawią. Curry stwierdził w październiku wręcz, że odmawiając wizyty w Białym Domu mógłby wraz z kolegami "zainspirować zmianę w zakresie tego, co tolerujemy w kraju". Serwis Politico.com zauważa, że tę wypowiedź koszykarza poranek pokazano w programie "Fox and Friends", a to jedna z ulubionych telewizyjnych pozycji Trumpa. Zaraz po programie ukazał się tweet prezydenta.

Michael Jordan Michael Jordan CHUCK BURTON/AP

Jordan nie spotkał się z Bushem

Rezygnacje sportowców z wizyt w Białym Domu nie będą niczym nowym. Gwiazdy największych amerykańskich lig odmawiały prezydentom już wcześniej czy to ze względów politycznych czy osobistych. Ostatni przykład to Tom Brady, który w 2015 roku wymigał się od wizyty u Obamy, tłumacząc się zobowiązaniami rodzinnymi.

Takie sytuacje zdarzały się też w świecie NBA i dotyczyły największych gwiazd ligi. W 1991 roku Michael Jordan po zdobyciu pierwszego mistrzostwa z Chicago Bulls nie pojawił się na spotkaniu z prezydentem Georgem Bushem. - Jak mogę okazać brak szacunku prezydentowi, skoro wybieram spędzenie popołudnia ze swoją rodziną? Mam napięty terminarz, wziąłem trzy dni wolnego i pojechałem tam, gdzie miałem święty spokój - mówił wtedy Jordan.

W 1984 roku Larry Bird nie spotkał się z prezydentem Ronaldem Reganem. - Jeśli prezydent chce się ze mną spotkać, to wie, gdzie mnie znaleźć - wypalił później lider Boston Celtics.