Czy sukces Prokomu da kopa polskiej koszykówce? - głosy ekspertów

Poproszeni przez Sport.pl koszykarscy eksperci zastanawiają się, czy jest szansa, by tegoroczne sukcesy koszykarzy Asseco Prokom Gdynia dały wyciągnęły z kryzysu polską koszykówkę.
Asseco Prokom Gdynia odniósł bezprecedensowy sukces, awansując do ćwierćfinału Euroligi. Czy to osiągnięcie będzie miało wpływ na kondycję koszykówki w Polsce?

Mistrzowie Polski po raz pierwszy w historii awansowali do najlepszej ósemki Euroligi - po drodze udawało im się wygrywać z potentatami takimi jak Real Madryt, CSKA Moskwa czy Unicaja Malaga, zwyciężali też solidne Armani Jeans Mediolan, BC Chimki i Żalgiris Kowno. Rywalizację z jednym z faworytów rozgrywek Olympiakosem przegrali 1:3, ale nie były to mecze do jednego kosza.

Jak sukces Prokomu w kontekście niskich popularności i poziomu sportowego całej dyscypliny oceniają eksperci?

Walter Jeklin, prezes Polonii 2011 Warszawa:

Wynik Prokomu będzie miał wpływ na sytuację koszykówki, tylko nie wiadomo w jakim wymiarze. Rangę osiągnięcia zmniejsza już to, że ta dyscyplina nie jest w Polsce na fali. Przebłysk Prokomu na pewno będzie jednak odnotowany za granicą - sposób postrzegania polskiej koszykówki zmieni się na plus.

Ćwierćfinał Euroligi to sukces klubu, ale klubu polskiego, więc nie można traktować go w oderwaniu od całości dyscypliny. Czy wpłynie w jakiś sposób na polskich graczy Prokomu? Na pewno. Adam Hrycaniuk, Adam Łapeta, a także wybity z rytmu przez poważną kontuzję Przemysław Zamojski grali w Eurolidze trochę więcej i trochę lepiej niż w poprzednim sezonie.

Chciałoby się, żeby Polaków w takiej drużynie było więcej, ale poziom Euroligi jest wysoki pod każdym względem i w niektórych detalach trzeba do niego dorosnąć. W tych rozgrywkach nie można od razu rzucić się na głęboką wodę, tylko trzeba stopniowo się uczyć pływać. Widzę kilku polskich koszykarzy, którzy już w tym momencie byliby w stanie pomagać Prokomowi w Eurolidze, ale to nie jest łatwe. To często jest wewnętrzna sprawa zawodnika i tego, jak bardzo jest zdeterminowany, aby sprawdzić się na takim poziomie.

Euroliga jest trudna - wymaga bardzo dużo, a błędów nie toleruje. Ci, którzy do niej aspirują, muszę się naprawdę poświęcić i ciężko pracować. Do tego potrzeba samodyscypliny i odwagi. Czy Polacy mają za małą determinację, żeby do tego dążyć? Być może zbyt wcześnie pojawia się u niektórych zaspokojenie finansowe i sportowe, które likwiduje dodatkowy bodziec i sprawia, że nie wszyscy chcą próbować piąć się wyżej.

Mirosław Noculak, ekspert TVP Sport:

Wielki sukces Prokomu wynika z wieloletnich doświadczeń tego klubu w Eurolidze. Ćwierćfinał osiągnięto po zmianie osoby zarządzającej - teraz jest nią trener Tomas Pacesas - ale to jednak wciąż jest kontynuacja tego, co w Trójmieście robiono od kilku lat. Do najlepszej ósemki nie da się dostać przypadkiem.

To sukces pojedynczego klubu, ale także całej polskiej koszykówki. Nie chce mi się słuchać wypowiedzi osób, które narzekają na to, że w Prokomie nie grają Polacy - jeśli przejrzy się składy najlepszych drużyn Euroligi, to widać, że są to drużyny ponadnarodowe. Nawet w Partizanie Belgrad najważniejsze role odgrywają Amerykanie i Czech. To, że Qyntel Woods chce reprezentować polski klub na arenie międzynarodowej, to jest nasz sukces.

Chcielibyśmy oczywiście, aby w Prokomie w ważnych rolach grali najlepsi Polacy, czyli np. Łukasz Koszarek czy Michał Ignerski. Oni wspólnie z Davidem Loganem po doświadczeniach w Eurolidze mogliby dać reprezentacji nową jakość. Czy Koszarek i Ignerski pomogliby Prokomowi? Trudno odpowiedzieć na to pytanie wprost, bo na funkcjonowanie zawodników w drużynie składa się wiele zmiennych. Pacesas wymaga bezwarunkowego podporządkowania się jego koncepcji, choć gwiazdy takie jak Woods czy Logan słusznie traktuje nieco inaczej. Nie wiadomo, jak odnaleźliby się w takiej sytuacji najlepsi Polacy.

Czy polscy drugoplanowi zawodnicy Prokomu skorzystali na Eurolidze tyle, aby pomóc reprezentacji? Myślę, że Hrycaniuk, Zamojski, Łapeta mają szansę na to, aby się w niej znaleźć, a po występach w Eurolidze nie będą się bali gry z zawodnikami Bułgarii, Belgii, Portugalii czy Gruzji w eliminacjach mistrzostw Europy. To jest korzyść ewidentna, choć nie wiadomo, jak zostanie wykorzystana i czy przełoży się na wyniki reprezentacji.

Sukces Prokomu nie jest dla koszykówki kamieniem milowym, ale dobrym punktem wyjścia, aby jej popularność budować. Konieczny jest jednak równoczesny dobry wynik reprezentacji, bo sport klubowy w Polsce, ale w niektórych dyscyplinach nawet w całej Europie, ustępuje rywalizacji drużyn narodowych.

Na razie wzrost zainteresowania koszykówką widać na poziomie lokalnym, w Gdyni. Teraz Prokom musi zrobić wszystko, aby stać się dobrem krajowym, drużyną ogólnopolską, której kibicują wszyscy. To także nasza rola, mediów - w polskiej koszykówce nie podoba nam się wiele rzeczy i otwarcie to krytykujemy, ale warto promować to, co jest dobre, czyli na pewno Prokom.

Adam Romański, redaktor naczelny Plk.pl:

Osiągnięcie Prokomu jest bezprecedensowe i można je nagrodzić tylko szczerymi gratulacjami. Gdynianie znaleźli się w gronie ekskluzywnym. W ósemce były wyłącznie kluby z ogromnymi tradycjami, zainteresowaniem kibiców i budżetami: Real, Barcelona, Vitoria, CSKA, Maccabi, Partizan i Olympiakos. W pokonanym polu zostali tacy giganci jak Panathinaikos czy Montepaschi. Warto nieustannie przypominać sobie, że to jest elita elit w dyscyplinie bez wątpienia będącej wszędzie na świecie numerem dwa, po piłce nożnej.

Wszędzie, tylko nie w Polsce. Prokom ma bowiem coraz większe tradycje, solidny budżet, ale boryka się z przeciętnym zainteresowaniem fanów. Pół biedy, jeśli chodzi o halę w Gdyni (i tak jest tam nieźle, choć obiekt nie jest za wielki). Gorzej, jeśli mówimy o oddźwięku wielkiego sukcesu wśród kibiców sportu i niekibiców. Na prokomomanię, woodsomanię ani na loganomanię, niestety, nie ma co liczyć, choć jest to całkowicie niezasłużone.

We wzroście popularności koszykówki nie pomógł EuroBasket 2009, nie pomogły transmisje w kanałach głównych TVP, które osiągnęły mizerną oglądalność. 700 tysięcy widzów telewizyjnych podczas finału mistrzostw Europy Hiszpania - Serbia w niedzielny wieczór to wynik fatalny, ale przynajmniej była to jakaś grupa. Tymczasem według moich informacji mecze nr 3 i 4 pary Prokom - Olympiakos oglądało (według badań) po około 17 tysięcy odbiorców Canal+...

Sukcesy tego typu potrzebują większej widowni, a nawet jak na skalę Canal+ to był wynik słaby. Nie ma się też co obrażać na badania, bo często to na ich podstawie ludzie mający w Polsce pieniądze decydują o tym, w co je inwestować. Kłopot w tym, że taki jest realny poziom zainteresowania koszykówką. Szanse na jej wyjście do otwartych kanałów są bliskie zeru. Na wzrost popularności basketu wśród polskich kibiców w tej sytuacji trudno liczyć.

Pomóc może tylko sukces reprezentacji, podobny do tych, jakie odnieśli siatkarze czy piłkarze ręczni. Będzie to piekielnie trudne, bo nie mówimy tu o sukcesach w dyscyplinach popularnych w kilku krajach, tylko o sporcie, którym pasjonuje się pół świata. Skoro jednak ani szaleństwa Marcina Gortata, ani ciekawe mecze EuroBasketu, ani ogromny sukces Prokomu nic nie dały, to chyba tylko walka o medale w mistrzostwach Europy na Litwie w 2011 roku (najbliższy możliwy występ kadry Polski) może dać koszykówce pozytywnego kopa.

Cztery porażki w sześciu meczach... Los Angeles Lakers mają problem ?