Komu pomaga związek koszykówki?

Janusz Wierzbowski, były prezes PLK, który w 2002 roku zastał ligę murowaną, a siedem lat później zostawił ją drewnianą, ma szukać sponsorów dla PZKosz. To kolejny dowód na to, jak źle zarządzany jest związek przez prezesa Romana Ludwiczuka - pisze Łukasz Cegliński z ?Gazety Wyborczej? i Sport.pl.
O tym, że prezes prowadzi koszykówkę donikąd, pisaliśmy w "Gazecie"i na Sport.pl wielokrotnie. Ludwiczuk przespał zeszłoroczne mistrzostwa Europy w Polsce, które mogły być trampoliną dla zapomnianej w kraju dyscypliny. Torpedował wydatki na promocję, skompromitował się, podpisując umowy sponsorskie, których nie był w stanie wypełnić.

O autorytarnym stylu zarządzania związkiem i paraliżowaniu jego pracy poprzez wtykanie nosa w szczegóły, krążą w środowisku anegdoty. Ludwiczukowi zdarzają się sukcesy - była nim sprawa ekspresowego załatwienia paszportu naturalizowanemu Amerykaninowi Thomasowi Kelatiemu, który zagra dla Polski w eliminacjach ME - ale bilans jego prezesury jest zdecydowanie ujemny.

Zatrudnienie Wierzbowskiego tego nie zmieni. Ze związkowego działu marketingu na własne życzenie odeszło dwoje pracowników, którzy mieli dosyć publicznego wysłuchiwania nieuzasadnionych pretensji Ludwiczuka, które ten - senator PO - lubi artykułować językiem nieparlamentarnym. Prezes w ciągu czterech lat nie ożywił ani marketingu, ani promocji, tłumacząc się brakiem pieniędzy, ale teraz znalazł 7 tys. złotych miesięcznie dla Wierzbowskiego, który prezesurę w lidze kończył, bezskutecznie szukając sponsora przez kilkanaście miesięcy.

Ludwiczuk wyrządził przysługę lojalnemu współpracownikowi z PLK, ale nie poszedł na rękę tym, którzy opieki wymagają najbardziej - reprezentantom Polski. Awans kadry seniorów do przyszłorocznych ME jest najważniejszym tegorocznym celem koszykówki, ale związek nie minimalizuje ryzyka niepowodzenia.

Ludwiczuk nie potrafił zachęcić do pracy w Polsce doświadczonych trenerów z zagranicy, więc postawił na Igora Griszczuka, który jako szkoleniowiec z Europą nie miał dotychczas styczności.

Prezes obiecał selekcjonerowi wolną rękę w decydowaniu o kadrze, ale wbrew niemu postanowił, że spotkania o punkty rozgrywane będą w Bydgoszczy, Łodzi i Katowicach. Postawił na promocję w dużych miastach, ale to należało robić dwa lata temu, przed polskimi ME. Teraz trzeba pomagać drużynie, która w griszczukowym Włocławku czułaby wyjątkowe wsparcie.

Prezes nie posłuchał też sugestii sztabu kadry, żeby na poniedziałkowy mecz do Gruzji lecieć czarterem z Bydgoszczy, aby oszczędzić czas i koszykarzy - zespół uda się do Tbilisi rejsowym samolotem z Warszawy przez Monachium. Szkoda, że Ludwiczuk nie słuchał trenera Asseco Prokomu Gdynia Tomasa Pacesasa, który awans do ćwierćfinału Euroligi uzasadniał także wygodnymi podróżami.

Być może prezes przekonałby się do czarteru, gdyby związek potrafił zarabiać pieniądze. PZKosz nie wykorzystuje jednak potencjału reprezentacji z Marcinem Gortatem w roli głównej. Jedynym sponsorem wciąż jest Prokom. Kto jednak miał szukać sponsorów, skoro kierownik działu marketingu Olga Kijewska pełni rolę asystentki i tłumaczki Ludwiczuka? Prezes - od niedawna dumny członek zarządu FIBA Europe - po angielsku porozumiewać się nie potrafi, więc Kijewska ma dodatkowe obowiązki.

Kilka miesięcy temu napisałem, że trzymam kciuki za zwycięstwo Griszczuka w eliminacjach i porażkę Ludwiczuka w związkowych wyborach na przełomie roku. Trzymam je coraz mocniej.