Jak Aaron Cel trafił do raju, czyli na trening torem Formuły 1

- Codziennie mnie coś zaskakuje, codziennie widzę coś pięknego. Spotkałem wiele gwiazd, np. Bono czy Novaka Djokovicia, którzy normalnie spacerują sobie po ulicach, mam piękny widok z okna, czekam na weekend Grand Prix Formuły 1. No i moja drużyna wygrywa - mówi Aaron Cel, skrzydłowy reprezentacji koszykarzy i AS Monaco.
Łukasz Cegliński: Nie masz wrażenia, że trafiłeś do raju?

Aaron Cel: Dobre pytanie... Można tak powiedzieć, że tak, bo jeśli chodzi o samo miejsce, to jest ono przepiękne, podobnie jak cała okolica. Zwiedziłem trochę świata, ale Monako jest wyjątkowe. A jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że drużyna gra bardzo dobrze, mamy szanse na dwa trofea, to określenie raj rzeczywiście pasuje do mojej sytuacji. Mogę być tylko szczęśliwy, że przed sezonem dokonałem takiego wyboru.

Jachty, książęca para, zatoka, kasyna, Formuła 1 - z tym przede wszystkim kojarzy się Monako. Z koszykówką - nie bardzo.

- Jak przyjechałem, jak rozegraliśmy pierwszy mecz, to rzeczywiście wyglądało na to, że nie bardzo. W naszej hali jest około 2,5 tys. miejsc siedzących, ale na inauguracyjnym spotkaniu było może 500 osób. Ale to może nawet nie tyle chodzi o koszykówkę, co generalnie o ligowy sport. Monako do miejsce, gdzie się rezyduje - ludzie przylatują, wylatują... Jednak z czasem, jak zaczęliśmy wygrywać mecz za meczem i znaleźliśmy się na czele tabeli ligowej, zainteresowanie się pojawiło. Hala powoli się wypełnia i sam nasz prezes powiedział, że pierwszy cel został osiągnięty, bo w Monako zapełnienie nawet tej małej halki do sukces. Poza tym wygraliśmy Puchar Francji, mamy szansę na mistrzostwo - ludzie z Monako zaczynają nas zauważać.

Monako rzeczywiście jest takie, jak nam się wydaje?

- Tak, zdecydowanie. Codziennie mnie coś zaskakuje, codziennie widzę coś pięknego. Spotkałem wiele gwiazd, np. Bono czy Novaka Djokovicia, którzy normalnie spacerują sobie po ulicach - to taka miła strona tego miasta. A jeśli chodzi o jachty, to z mieszkania mam właśnie widok na port. Krajobraz jest świetny, pogoda też, nie ma się do czego przyczepić. No, może do tego, że jak chcę piechotą wrócić do domu, to muszę iść ostro pod górę, po wielu schodach. Monako jest budowane na skale, która schodzi do morza, różnice wysokości są bardzo duże. Ja mieszkam dość wysoko - na sam dół, w okolice portu, idę około 10 minut. A wracam dłużej. Ale plus miejscówki jest taki, że mam ten ładny widok.

Po Monako chodzisz piechotą czy jeździsz samochodem?

- Raczej samochodem, bo wracając pod górkę można się nieźle zmęczyć. No chyba, że mam dzień wolny, wtedy mogę pospacerować dłużej. Wchodzić, schodzić i zwiedzać, co bardzo lubię. Wtedy pośpiech nie jest mi potrzebny.

Pośpiech w Monako to Formuła 1.

- Wyścig jest za dwa miesiące, ale miasto już się do niego szykuje. Niektóre miejsca są zabarykadowane, trwają przebudowy, stawianie trybun itp. Słyszałem, że będzie duże zamieszanie, możliwości przemieszczania się będą na pewno ograniczone. Ale nie mogę się tego doczekać, obejrzeć całe Grand Prix z bliska, to będzie superprzeżycie.

Interesujesz się motoryzacją?

- Nie jestem jakimś fanem Formuły 1, ale tak, interesuję się, śledzę wyniki, oglądam wyścigu.

Trasę ulicznego toru przejechałeś?

- Przejeżdżam ją codziennie, jak wracam z treningu. Trochę ją już poznałem. To fajne wrażenie, jak oglądasz jakieś powtórki wyścigu, widzisz miejsca, w których ścigają się kierowcy, a potem spokojnie przejeżdżasz je swoim samochodem i domyślasz się, jakie zmiany trzeba zrobić, żeby mógł odbyć się wyścig. Trochę tych rzeczy do przestawienia, przebudowania jest.

Jak się żyje w mieście, w którym się rezyduje, które się odwiedza, a mieszkańców nie bardzo widać?

- Ci zwykli mieszkańcy, tacy, którzy po prostu żyją w Monako, na pewno są, ale jest ich niewielu. Wiem, że większość tych, którzy prowadzą sklepiki lub pracują w supermarketach, to mieszkańcy Nicei lub innych pobliskich miast, a nawet Włoch, którzy codziennie do Monako dojeżdżają. Ja takich stałych mieszkańców zbyt wielu nie poznałem.

O ile drożej musisz zapłacić za lampkę wina w restauracji, w porównaniu do Zielonej Góry, w której grałeś przez ostatnie dwa sezony?

- Jest bardzo drogo, bardzo. Dlatego wyjścia do eleganckich restauracji ograniczam do maksymalnie dwóch, może trzech w miesiącu. Większość posiłków jem w domu, bo choć knajpy są bardzo dobre, to regularne wizyty w nich byłyby kosztowne. Dlatego w poniedziałek trzeba zrobić porządne zakupy i korzystać z kuchni mojej dziewczyny, która gotuje mi najczęściej, jak tylko się da, bardzo mi pomaga. A te ceny? Na tym najsłynniejszym placu w Monte Carlo, przy kasynie, zwykła kawa kosztuje 12 euro. To pewnie jakieś pięć razy więcej niż w Zielonej Górze.

Jakieś wyjątkowe przeżycia w Monako?

- Na początku wszystko było wyjątkowe - widok z okna, Bono na ulicy... Z późniejszych rzeczy zapamiętałem wizytę w pałacu księcia Alberta II. Przyjął całą naszą drużynę po tym, jak zdobyliśmy Puchar Francji. Byłem pod wrażeniem organizacji wizyty - mnóstwo ludzi, z których każdych miał swoją rolę, odpowiadał za ustawienie nas, poinstruowanie, co możemy robić, a czego nie. Książę pogratulował nam zdobycia trofeum. To było ciekawe przeżycie, fajna przygoda.

Wspomniałeś, że lubisz zwiedzać okolice.

- Tak, lubię to, a Monako jest tak położone, że z każdej strony jest coś ciekawego i innego. Godzinę drogi na północ masz już Alpy i piękne miejsca w górach. Pojedziesz chwilę na wschód i jesteś we Włoszech, gdzie możesz znaleźć wyjątkowe zakamarki. A we Francji blisko są Nicea, Cannes, Saint-Tropez. Tak, jak powiedziałeś, to jak raj. Okolice są cudowne, z tego względu też mam szczęście.

No i ta drużyna, która wygrywa. Jesteście beniaminkiem, a zdobyliście Puchar Francji, zajmujecie drugie miejsce w lidze, macie szansę na mistrzostwo. Skąd bierze się wasza siła?

- Podstawa to dobry trener i odpowiednio zbudowany skład. Oczywiście ważne jest to, że pozwalają na to finanse klubu, bo prezes Serhij Diadeczko zapewnia klubowi taki budżet bez limitu. Nie oznacza to, że w tej chwili, w tym sezonie, wykorzystujemy jego finansowe możliwości do maksimum, bo oficjalnie nasz budżet jest drugi czy trzeci w lidze, Monako w koszykówce nie jest jak PSG w piłce nożnej. Ale za porządne pieniądze zespół został zbudowany mądrze. Zawodnicy są dopasowani na każdej pozycji, koszykarze są doświadczeni. I mieliśmy trochę szczęścia, które też jest potrzebne. Po pierwszym, przegranym meczu, w którym graliśmy bardzo źle, pokazaliśmy charakter. Po tej początkowej porażce nikt się nie denerwował, zrobiliśmy sobie spotkanie, porozmawialiśmy i już wtedy poczułem, że ten zespół ma szansę zrobić coś wielkiego. Gracze są mądrzy, trenują ciężko, problemów poza boiskiem nie ma, a warunki, jakie mamy, są nadzwyczajne. Nic, tylko skupić się na koszykówce i to nam idzie bardzo dobrze.

Czy Diadeczko chce zbudować w Monako europejską potęgę?

- Na to wygląda. Prezes bardzo dobrze zna się na koszykówce, kiedyś był prezesem Szachtara Donieck, ale mimo wszystko jego znajomością tematu byłem zaskoczony. Jest fanem koszykówki, czasami przed lub po naszych treningach gra sobie wspólnie z ochroniarzami. Prezes wie, co robi. Praktycznie przed każdym meczem przychodzi do szatni, ale nie mówi tego, co wszyscy prezesi - że mamy wygrać. Daje nam szczegółowe rady, wskazówki - żeby z tym rywalem walczyć o zbiórki, albo, że w ataku ważne będzie to i to. Prezesi zwykle nie wchodzą w takie szczegóły, mówią ogólnie o celach, bądź krzyczą po przegranych meczach.

Co do celów długofalowych, to prezes za wiele o nich nie mówi, ale wiadomo, że jak najszybciej chce grać jak najwyżej. Nie wywiera presji, ale nie słyszymy też od niego: "Spokojnie, mamy czas". Monako ma być coraz lepsze.

Zdarza się prezesowi, że wchodzi do szatni po waszym dobrym meczu i wyciąga z kieszeni np. 15 tys. dolarów ekstra premii dla drużyny?

- Aż tak to nie, ale po Pucharze Francji premie nam podwyższył. Wyobrażam sobie, że jak w play-off dojdziemy daleko, to coś miłego będzie na nas czekało.

Monako w cztery lata weszło z czwartej ligi do najwyższej, teraz ma szansę na mistrzostwo.

- Czuć ten entuzjazm i to w całej Francji. Jesteśmy nową drużyną, czymś świeżym w lidze, z ciekawym, bogatym prezesem. Jesteśmy zaskoczeniem, ale takim bardzo pozytywnym. I na tym też staramy się budować atmosferę i dobre wyniki. Chcemy płynąć na tej fali, na razie widzimy same zielone światła. Oby tak dalej.

Będziecie pewnie blisko do wywalczenia miejsca w Eurolidze, ale w tej małej hali Monako w elicie nie będzie mogło grać.

- W takiej sytuacji zespół grałby prawdopodobnie w Nicei, gdzie hala jest duża, a odległość do niej z Monako to 20-30 minut. A ta nasza hala to też jest coś, co mnie podczas pierwszej wizyty zaskoczyło. Bo jak przed pierwszym treningiem zapytałem, gdzie mam być, to usłyszałem: "Spotkajmy się na stadionie". No to pojechałem, przed stadionem czeka jeden z pracowników klubu i zaprasza nas do środka. Idziemy na stadion, a potem schodzimy pod boisko. Bo właśnie tam, pod ziemią, znajduje się hala. No, pod ziemią jest parkiet i część trybun, sufit jest już ponad poziomem gruntu. Ale niżej są np. basen czy siłownia. I właśnie tak, w pionie, zbudowane jest Monako.

Jesteś zadowolony ze swojej gry? Wchodzisz z ławki, grasz średnio po 16,2 minuty, zdobywasz po 6,8 punktu oraz 3,3 zbiórki.

- Wygrywamy, więc jestem bardzo zadowolony. Roli nie mam najłatwiejszej, wchodzę z ławki i od razu muszę być produktywny, nie zawsze jest czas na poczucie gry. Początkowo miałem też mieć inną rolę w drużynie, ale w czasie EuroBasketu klub pozyskał trzeciego wysokiego skrzydłowego, więc na te minuty, które mam obecnie, musiałem sobie zapracować. Wiadomo, zawsze chciałoby się grać więcej niż 15-20 minut, ale rzucając po blisko siedem punktów w roli rezerwowego, w drużynie, która wygrywa, nie mogę narzekać.

W czym zrobiłeś postępy?

- W polskiej lidze gra jest twardsza, ale z kolei we Francji jest wyższy poziom, jeśli chodzi o fizyczność. Musiałem się do tego zaadaptować - do szybkich graczy, bardzo skocznych rywali itp. Liga francuska, jeśli chodzi o styl gry, zbliżona jest raczej do NBA niż do Europy. Musiałem się przyzwyczaić, że jak będę atakował kosz swoim dwutaktem, to pewnie zostanę zablokowany. Dostosowałem się jednak, gram wszechstronnie, staram się robić wszystko po trochu. Myślę, że w każdym elemencie zrobiłem jakiś postęp.

Jaki masz kontrakt z klubem?

- Roczny z klubową opcją przedłużenia. Po sezonie usiądziemy, porozmawiamy, zobaczymy, jak będzie. Na razie nie wiem za wiele, ale zdaję sobie sprawę, że w tym klubie, z tak ambitnym prezesem, może być dużo zmian. Przed obecnym sezonem drużyna, która awansowała z drugiej ligi, była całkiem mocna, ale ostał się z niej tylko jeden zawodnik. Rewolucja może się powtórzyć, ale na razie chyba nikt z drużyny się nad tym nie zastanawia.

Selekcjoner Mike Taylor do ciebie dzwonił?

- Tak, mamy regularny kontakt. Wiem, co nasz czeka w wakacje - kiedy zaczniemy zgrupowanie w Wałbrzychu, jak wygląda nasz terminarz eliminacji. Nie mogę doczekać się gry w reprezentacji.