Cel osiągnięty, koszykarze odżyli. Okoliczności trudne, gra bardzo dobra

- Ani razu nie przegrywali, słabsze momenty ograniczyli do minimum, spotkanie w Bonn kontrolowali - mimo nerwowych końcówek obu połów - od początku do końca. Polscy koszykarze awansu na EuroBasket jeszcze nie wywalczyli, ale się do niego zbliżyli, a do tego poprawili nastroje i udowodnili, że nieoczekiwana porażka w Austrii była wypadkiem przy pracy - pisze po wyjazdowej wygranej 88:76 z Niemcami Łukasz Cegliński ze Sport.pl.
Po czterech kolejkach w grupie C Polacy mają bilans 3-1, podobnie jak Austria. Niemcy są na trzecim miejscu (2-2), tabelę zamyka Luksemburg (0-4). Awans na przyszłoroczne mistrzostwa uzyskają zwycięzcy siedmiu eliminacyjnych grup oraz sześć drużyn z drugich miejsc z najlepszym bilansem. Po wygranej w Bonn sytuacja Polaków jest dobra, choć do pełni szczęścia - czyli pierwszego miejsca - potrzebne są dwa kolejne zwycięstwa: w niedzielę z Luksemburgiem w Koszalinie oraz w środę z Austrią w Lubinie.

Ale warto nacieszyć się zwycięstwem z Niemcami, bo Polakom - niezależnie od składu i obecności w nim gwiazd - bardzo rzadko zdarzają się wyjazdowe wygrane z solidnymi rywalami. Na dodatek po niedzielnej wpadce w Austrii forma zespołu trenera Mike'a Taylora była niewiadomą. Oczywiście, słyszeliśmy o koncentracji, mobilizacji i chęci do walki, ale w ostatnich latach słowa koszykarzy zbyt rzadko szły w parze z czynami, byśmy mogli traktować je jako pewnik.

Jednak w Bonn od początku oglądaliśmy zdeterminowany i pewny swego zespół. Polacy byli bardzo skuteczni w ataku (52 proc. celnych rzutów z gry, w tym 12/24 za trzy, a także 16/18 z wolnych), do kosza trafiali po zróżnicowanych akcjach i cierpliwym dzieleniu się piłką, a poza tym dbali o nią w wyjątkowy sposób. Mimo prób agresywnej obrony rywali na całym boisku do przerwy popełnili tylko jedną stratę, w całym meczu - ledwie siedem. Odpowiedzialni za przeprowadzanie piłki Robert Skibniewski, Adam Waczyński i Kamil Łączyński stracili ją tylko raz (Skibniewski), a mieli aż 14 asyst (siedem Waczyński, sześć Skibniewski, jedną Łączyński).

Ale do obwodowych wrócimy, bo ich wyróżnić można szczególnie za drugą połowę. W pierwszej rządzili podkoszowi - Damian Kulig, Adam Hrycaniuk i Aaron Cel rzucili do przerwy 36 z 43 punktów drużyny (odpowiednio 16, 11 i dziewięć), trafili 15 z 19 rzutów z gry. I każdy z nich robił to po swoich ulubionych akcjach - Cel grał mądrze i sprytnie, Kulig trafiał po manewrach tyłem do kosza lub z obwodu, Hrycaniuk przeważnie wykorzystywał dobre podania Skibniewskiego lub Cela. Trudno mówić o szczęściu czy przypadku - każdy z tych graczy dostawał piłkę tam, gdzie lubi, i wykonywał takie zagrania, nad którymi pracuje.

I Polacy prowadzili - 7:2, 26:15, choć do przerwy tylko 43:41. Tylko, bo końcówka drugiej kwarty była bardzo słaba, szczególnie w obronie. Polacy od początku spotkania starali się sporo podwajać, ale z czasem - i upływem sił? - Dennis Schroeder i koledzy mijali biało-czerwonych coraz częściej. A gdy koszykarze Taylora kilka razy spóźnili się z powrotem do obrony, Niemcy zdobywali łatwe punkty. Po drugiej stronie boiska Polacy spudłowali kilka rzutów po nerwowych akcjach i ich przewaga zmniejszyła się do dwóch punktów.

Ale druga połowa rozpoczęła się podobnie do pierwszej - od wyraźnej przewagi Polaków. Różnica polegała na tym, że tym razem punkty zdobywali obwodowi. Waczyński, Skibniewski, a także Przemysław Zamojski i najskuteczniejszy ostatecznie w zespole Mateusz Ponitka rzutami z dystansu doprowadzili do przewagi 60:43. Do tego doszła bardzo dobra postawa w defensywie, Niemcy przez siedem i pół minuty nie trafili do kosza z gry. Czasami dlatego, że piłka wykręciła się z obręczy, ale zdecydowanie częściej dlatego, że nie pozwalali im na to biało-czerwoni.

W czwartej kwarcie Polacy znów jednak stanęli, a rywale postawili wszystko na jedną kartę, czyli szybkie rzuty z dystansu lub wejścia pod kosz. Trafili kilka szczęśliwych rzutów, zmniejszyli straty... Ale wtedy ważne akcje zaczął wykonywać kreowany na lidera drużyny Waczyński. Najpierw trafił za trzy na 77:64. Potem wywalczył zbiórkę w ataku i po faulu wykorzystał dwa wolne na 79:71. A kiedy Niemcy fatalnie zepsuli atak po przerwie na żądanie, trójkę po zespołowej akcji trafił Cel.

I cel - wygrana, poprawa nastrojów, powrót do wiary w wykonaną pracę i możliwości drużyny - został osiągnięty. Oczywiście, nowa reprezentacja Taylora wciąż jest na początku drogi, wciąż nie zrealizowała celu nadrzędnego, czyli awansu do przyszłorocznych mistrzostw Europy, ale pokazała, że dobrze reaguje na porażki, a w teoretycznie najtrudniejszym meczu eliminacji potrafi grać spokojnie i konsekwentnie.

Brawo!