Po meczu nr 3 finału TBL: Ewing, najcichszy bohater Prokomu

Prokom zdominował walkę o zbiórki, uruchomił słabego w dwóch pierwszych meczach Ratko Vardę, równą, twardą obroną zamęczył w końcu koszykarzy Turowa. Przebieg spotkania w dużym stopniu, ale - jak zwykle - z drugiego rzędu kontrolował też jednak Daniel Ewing. W finale Tauron Basket Ligi mistrzowie Polski prowadzą 2-1.
Czwartkowy mecz nr 3 w Zgorzelcu Asseco Prokom Gdynia wygrał aż 81:56 grając tak, jak na mistrza przystało. Goście prowadzili od początku do końca z ledwie kilkunastosekundową przerwą pod koniec drugiej kwarty, kiedy to PGE Turów wygrywał 37:35. Prokom poprawił wszystkie mankamenty z przegranego u siebie meczu nr 2. Jak to zrobił?

Po pierwsze: szybko uruchomił Vardę. Doświadczony środkowy, który w dwóch meczach w Gdyni zdobył w sumie ledwie 10 punktów i osiem zbiórek, już w pierwszej akcji wymusił faul i trafił dwa wolne, po chwili wyprowadził zespół na prowadzenie 6:3. Do przerwy miał 12 punktów i sześć zbiórek i to właśnie jego akcje odebrały chwilowe prowadzenie Turowowi.

Varda skończył spotkanie z 18 punktami (6/9 z gry, 6/8 z linii) i dziewięcioma zbiórkami, z czego aż pięć miało miejsce w ataku. Bośniak grał aktywnie, zastawiał wysokich Turowa i wymuszał ich faule - to głównie przez przewinienia na Vardzie boisko przedwcześnie opuścił Robert Tomaszek, który w 16 minut nie zebrał ani jednej piłki i miał nędzne 1/4 z gry.

Po drugie: koszykarze Prokomu bardzo dobrze bronili. Wczesną przewagę zbudowali na przechwytach, aktywnie poruszali się w polu trzech sekund wyłuskując piłki, nie pozwalali na łatwe rzuty z kilku metrów - Turów trafił za dwa ledwie 25 proc. rzutów, a Tomaszek, Konrad Wysocki, David Jackson i Daniel Kickert, którzy najczęściej rzucają sprzed łuku mieli razem w tym elemencie 3/16.

Turów ratował świetny w pierwszej połowie Thomas (19 punktów w 20 minut) i skuteczność za trzy (8/13 do przerwy), ale ciągły nacisk Prokomu przyniósł w końcu skutki - po przerwie zgorzelczanie opadli z sił, Thomas jedyne punkty zdobył przy wyniku 51:71, rzuty gospodarzy wyglądały na niecelne już w momencie wypuszczania piłki z rąk. W drugiej połowie gospodarze mieli tylko 3/15 z dystansu.

Po trzecie: Prokom trafiał rzuty wolne. W dwóch pierwszych meczach gdynianie mieli ledwie 60 proc. z linii (27/48), w meczu nr 3 - 82 proc. (23/28). Goście wykorzystywali większość szans na łatwe punkty, co odbierało nadzieję rywalom po kolejnych faulach.

Po czwarte i ostatnie, ale nie najmniej ważne: świetnie zagrał Ewing. Wszechstronny obwodowy o wzroście 191 cm to skarb dla każdego zespołu, który akurat w poprzednich latach w Prokomie nie błyszczał przy gwiazdach Davida Logana i Qyntela Woodsa. Teraz, kiedy pierwszego nie ma, a drugi wrócił bez formy, to Ewing jest liderem drużyny. Ale cichym, cichutkim.

W tegorocznym finale 28-letni Amerykanin rzuca średnio po 18,3 punktu, ma po 5,0 asysty. Jest bardzo skuteczny - ma 61 proc. z gry (17/28), 67 proc. za trzy (6/9) i 83 proc. z linii (15/18). Ewing rzadko forsuje rzuty, ale często trafia w ważnych momentach. W meczu nr 3 to właśnie on zdobył pierwsze punkty z serii, która dała Prokomowi wysoką przewagę i zwycięstwo.

W 23. minucie Michael Kuebler trafił za trzy i było tylko 47:44 dla Prokomu, ale kilkadziesiąt sekund później to właśnie Ewing zdobył punkty niełatwym rzutem po wyjściu zza zasłony. Następne punkty dla gości zdobył trójką Krzysztof Szubarga, którego w rogu boiska znalazł właśnie Ewing.

Amerykanin z przeszłością w Los Angeles Clippers przed tym sezonem "zmniejszył" numer na koszulce z 32 na 5, ale zdobywa więcej punktów. Jest najlepszym strzelcem Prokomu (średnio 14,3 punktu, także 3,3 asysty), ale poza boiskiem wciąż nie wychodzi na pierwszy plan. Jest małomówny, z boku trzyma się nawet w gronie rodaków z Prokomu, rzadko udziela wywiadów.

Zanosi się jednak na to, że będzie musiał. Prokom prowadzi w finale 2-1 i jest faworytem do kolejnego mistrzostwa, a Ewing - jedynym na razie kandydatem do nagrody MVP.