Robert Skibniewski o Śląsku, odwadze, rzucaniu i graniu głową

- Czego mi zabrakło, żeby wcześniej prowadzić grę czołowego zespołu w Polsce? Odwagi. Poddałem się systemowi, w którym młodego chłopaka, Polaka, można zrównać z ziemią, opierniczyć - mówi Robert Skibniewski, 28-letni rozgrywający Polpharmy i MVP turnieju Final Four o Puchar Polski.
Polpharma - Anwil 75:67 - relacja z finału

Łukasz Cegliński: Pamięta pan, kiedy po raz ostatni został MVP jakiegoś turnieju?

Robert Skibniewski: Myślałem o tym w sobotę i doszedłem, że to było jeszcze w grupach młodzieżowych, chyba w juniorach.

W 2001 roku, kiedy w Lesznie zdobyliście ze Śląskiem Wrocław mistrzostwo Polski juniorów starszych. W finale rzucił pan 12 punktów, miał 13 asyst, a celnym osobistym na dwie sekundy przed końcem przesądził o zwycięstwie 73:72 nad Unią Tarnów.

- To pamiętam, ale rok później chyba też jeszcze coś było... Turniej w Lesznie zdecydowanie był jednak czymś niesamowitym.

Niedługo po nim zadebiutował pan w ekstraklasie, a nawet w Eurolidze.

- Pamiętam to bardzo świetne uczucie - Śląsk był wtedy na fali, grał w Eurolidze, zdobywał regularnie mistrzostwa Polski. Z drugiej strony byłem wrzucony na głęboką wodę, bo drużyna czuła presję wyniku i w Polsce, i w Europie, a ja nie tylko byłem w składzie, ale też grałem - po 10, po 15 minut. To nie były tylko epizody. Wspominam to bardzo pozytywnie.

W grudniu 2001 roku wrocławska "Gazeta Wyborcza" pisała o panu: "Skibniewski to spory talent, ponoć już teraz lepiej prezentuje się na treningach od Michaela Hawkinsa, a być może w niedługim czasie zostanie pierwszym rozgrywającym wrocławskiego zespołu." Było aż tak dobrze?

- Starałem się jak mogłem, wychodziło, było dobrze. Trenerzy chwalili, zawodnicy byli szczęśliwi. Ale to chyba władze Śląska uznały, że jest za wcześnie, żeby postawić na młodego Polaka. Pamiętam potem taki sezon 2004/05, który jako trener zaczynał Tomo Mahorić, a kończył Tomasz Jankowski. Rozgrywającym miał być Michael Watson, ale w końcu przesunięto go na pozycję rzucającego i w pierwszej piątce wychodziłem ja. Jak wygrywaliśmy, to wszystko było fajnie. Jak przegrywaliśmy, to od razu pojawiały się głosy, że Śląsk potrzebuje lepszej jedynki. Że Skibniewski jest za młody, za słaby, że to nie jego czas. Jak rozgrywającym zostawał Amerykanin, to o Skibniewskim znów mówiono dobrze. Był taki okres, w którym we Wrocławiu mówiono na mnie strażak.

A jak pan spojrzy na swoją karierę z perspektywy 10 lat, to co pan czuje - niedosyt, złość, satysfakcję, a może dumę z tego, co udało się osiągnąć?

- Przez te wszystkie lata miałem w Śląsku świetnych szkoleniowców, których nazwiska zna każdy europejski koszykarz - Piero Bucchi, Jasmin Repesa czy Andrej Urlep, który jest legendą polskiej koszykówki i wprowadził do naszej ligi profesjonalizm. Byli też Tomo Mahorić, Zvi Sherf, Muli Katzurin, a potem Saso Filipovski w Turowie. Miałem od kogo uczyć, mogłem też podpatrywać zawodników z najwyższych europejskich półek. W końcu przyszedł jednak czas, żeby to wszystko przełożyć na własną grę na boisku.

Ale nie czuje pan, że to trochę za późno? Dopiero po 10 latach został pan pierwszym rozgrywającym silnego zespołu.

- Moje plany zostały pokrzyżowane, kiedy dwa lata temu rozpadł się Śląsk. Wróciłem do Wrocławia po sezonie w Zgorzelcu, trener Rimas Kurtinaitis postawił na mnie, jako pierwszego rozgrywającego i miałem zacząć z wysokiego c. Nie wiem, czy Kurtinaitis postawił na mnie ze względu na złą sytuację w klubie czy z jakichś innych względów, nie obchodzi mnie to. Mówił, że widzi mnie na tej pozycji. Niestety Śląsk się rozpadł, musiałem szukać pracy gdzie indziej, plan się załamał.

Pan udanie debiutował w lidze i grywał w Eurolidze, a trenerzy - Dariusz Szczubiał, a potem Andrzej Kowalczyk - do kadry powoływali rok młodszego Łukasza Koszarka. Pamięta pan tamte lata?

- Pamiętam. Wydaje mi się, że swoje zrobiła renoma Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Warce. Ja, po ukończeniu szkoły podstawowej w Bielawie, chciałem się do niej dostać, pamiętam, jak rodzice zawieźli mnie na testy. Nie zostałem jednak przyjęty, powiedziano mi, że jestem za słaby. Wracałem do domu załamany, ale akurat wtedy trener Grzegorz Krzak otwierał we Wrocławiu klasę koszykarską w jednym z liceów. Tak trafiłem do Śląska, ale w SMS nie grałem. Był w niej Koszarek, o którym już wówczas dużo się mówiło. Chyba miał lepsze poparcie.

Koszarek, a potem Krzysztof Szubarga stali się rozgrywającymi, po których sięgały czołowe polskie kluby, dając im role pierwszych rozgrywających. Pan tego progu nie przeskoczył - czego zabrakło?

- Odwagi. Poddałem się systemowi, w którym młodego chłopaka, Polaka, można zrównać z ziemią, opierniczyć. Ja po prostu chciałem w 100 proc. robić to, czego wymagał trener. Ja zarabiałem grosze, inni w składzie dostawali ogromne pieniądze. Musiałem się podporządkowywać. Wchodziłem do koszykarskiego świata z góry, a Koszarek i Szubarga krok po kroku atakowali go od dołu. Ich chwalono za postępy, a kiedy mi szło dobrze, to we Wrocławiu i tak mówiło się raczej, że Śląsk i tak potrzebuje lepszego rozgrywającego.

Jak pojawia się temat Skibniewskiego, to zawsze jest mowa o podaniach najwyższej klasy - w tempo, z wyczuciem, w trudnych sytuacjach. Skąd ta umiejętność?

- To chyba przyszło ze mną na świat. Już nawet za młodzika, czy kadeta w Bielawie wychodziły mi takie zagrania. Nigdy tego specjalnie nie trenowałem - ktoś się rodzi z talentem do rzutów za trzy punkty, ktoś inny z talentem do podań.

Kto był pańskim idolem w młodości?

- Wiadomo, Michael Jordan zawsze był na topie, ceniłem też Magica Johnsona, który jednak kończył karierę, kiedy ja zaczynałem trenować koszykówkę. Podziwiałem też Penny'ego Hardaway'a, duże wrażenie zrobił na mnie Steve Smith, kiedy grał w Miami Heat. Był rzucającym, ale porównywano go do Magica, bo umiał fajnie podawać. A w lidze polskiej - wiadomo: przyszedł Ray Miglinieks do Wrocławia i się zaczęło.

Jak pan go wspomina ze wspólnych treningów, meczów?

- Ray niesamowicie czytał grę, przewidywał ruchy obrońców. I zapamiętywał zagrywki - od pierwszej chwili. Trenerzy często muszą pokazywać jakieś zagranie po kilka razy, albo nawet do znudzenia, a on po prostu łapał wszystko za pierwszym razem. Pamiętam, że kiedyś rozpracowywaliśmy obronę rywali przy jednej z zagrywek - co zrobimy, jak przeciwnik zrobi to, a co, jeśli postąpi inaczej. Trener spytał w końcu Ray'a, co o tym myśli - on rzucił piłkę nad kosz do Adama Wójcika, Adam dał z góry, a Ray powiedział tylko: - Tak to się skończy.

Dużo pracuje pan nad swoim rzutem? Kiedyś mówiło się, że Skibniewskiego można odpuszczać, bo pudłuje z półdystansu i za trzy, ale ostatnio trafia pan regularnie.

- Mój rzut to dla mnie bardzo ważny temat, bo kiedy trafiłem do Śląska, to w rozgrywkach kadetów, a potem juniorów praktycznie w każdym meczu byłem czołowym strzelcem. Nie miałem z tym żadnych problemów i nieważne było czy rzucam za dwa, czy za trzy. I w końcu doszło do kontrowersyjnej sytuacji, o której wcześniej nie mówiłem - w grudniu 2002 roku graliśmy w Eurolidze w Moskwie z CSKA. Trenerem był wówczas Jacek Winnicki, który objął zespół po Zvim Sherfie. W pewnym momencie dostałem piłkę na obwodzie, miałem czystą pozycję do rzutu za trzy. Rzuciłem, nie trafiłem. A trener Winnicki opieprzył mnie strasznie. Tak, że w szatni normalnie się popłakałem. Na szczęście miałem w tamtej drużynie fajnych kolegów - Dainius Adomaitis i Maciej Zieliński pocieszali mnie i mówili, żebym robił swoje. Od tamtego momentu zaczęło się jednak to, że robiłem to, co kazał trener Winnicki, a on powtarzał, żebym organizował grę i nie patrzył na kosz. Z meczu na mecz, z sezonu na sezon wpłynęło to na moją psychikę tak, że przestałem wierzyć w swój rzut. I to jest po części wyjaśnienie tego braku odwagi, o którym mówiłem wcześniej - w pewnym momencie kariery nie potrafiłem udźwignąć tego psychicznie, dałem się w ten sposób ograniczyć.

A gdyby teraz, w analogicznej sytuacji do tamtej z Moskwy, rzut oddał nastoletni Szymon Radomski, który jest z wami w Polpharmie, to jakby pan zareagował?

- Jak ma się wolną pozycję, to trzeba rzucać. I ja tak zrobiłem w Moskwie. Byłem wtedy młodym szczylem, miałem za złe trenerowi jego reakcję, ale teraz wiem, że sam też byłem winny, bo pozwoliłem mu potem tak się zablokować. Nie czuję jednak urazy do trenera Winnickiego.

Jak się mówi o Skibniewskim, to też w końcu pojawia się temat słabej fizyczności, która przeszkadza panu w rywalizacji z silniejszymi przeciwnikami.

- Po pierwsze, to chętnie spotkam się z tymi, co tak mówią i porozmawiam z nimi twarzą w twarz. A po drugie, to znam wielu koszykarzy, którym brak umięśnionej sylwetki nie przeszkadzał w grze. Zoran Sretenović, mój trener w Polpharmie, jest tego najlepszym przykładem. Nie był tytanem siły lub szybkości, ale grał głową. Mi natura nie dała wzrostu i wielkiego bicepsa, staram się nadrabiać głową. A jak ktoś mówi, że brakuje mi fizyczności, że słabo bronię, to niech mi powie dlaczego wygrywamy.

Sretenović mówi o panu: "Lubię rozgrywających, którzy tak jak ja grają głową. "Skiba" to robi, ufam mu".

- Bardzo miło coś takiego usłyszeć, szczególnie, że trener jest małomównym człowiekiem i rzadko wykracza poza swoje zwięzłe komunikaty. Współpracuje mi się z nim świetnie - czuję, że nadajemy na tych samych falach. Nie, że myślimy tak samo, tylko że czujemy koszykówkę w podobny sposób.

W jaki sposób Sretenović poprawił atmosferę w zespole po czterech przygnębiających porażkach?

- Cały czas nam powtarzał, że jesteśmy bardzo dobrą drużyną. Mówił, że potrafimy grać w koszykówkę, że jesteśmy świetnymi zawodnikami itd. Śmieję się, że to taka izraelska szkoła, bo tak samo mówili nam w Śląsku trenerzy Katzurin i Sherf. W pewnym momencie, kiedy słyszy się to po raz setny, to w końcu zaczyna się w to i w siebie wierzyć. Sretenović wprowadził też mnóstwo nowinek do naszej gry, czasem można się w tym pogubić. My się jednak rozwijamy, a drużyny przeciwne mają z tym problem.

Grał pan w klubach u trzech poprzednich selekcjonerów - Igora Griszczuka, Mulego Katruzina i Andreja Urlepa. Jak porównałby pan do nich Sretenovicia?

- Każdy z tych trenerów jest tak różny, że bardzo łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Griszczuk chce wszystko kontrolować - tu podaj, tam rzuć, teraz wchodź. Czujesz się jak robot. Katzurin niczego nie uczył, a wszystkiego wymagał. Mówi do mnie "Broń!", to ja się pytam "Jak?". "Nie tak, jak robisz to teraz?" "Ale jak?" "No, nie tak" - innej rozmowy nie było. Urlep z kolei uczył wszystkiego, od podstaw. A Sretenović wymaga myślenia - u niego trzeba się wykazać własną inwencją.

Czym jest dla Polpharmy Puchar Polski?

- Największym sukcesem w historii klubu. Rok temu zespół zajął trzecie miejsce w lidze, która, wiadomo, jest ważniejsza. Ale to było jednak trzecie miejsce, a tu, w pucharze, skończyliśmy na pierwszym. I ja wolę zdobyć Puchar Polski niż zająć trzecie miejsce w lidze. Wiemy, że i Prokom, i Anwil, i Trefl chcieli zdobyć to trofeum w Gdyni, więc możemy być z siebie dumni.

Co dalej? O co walczycie w lidze?

- Nie rozmawiamy o tym, nie myślimy. Puchar to przeszłość, już się nim nacieszyliśmy. Zaczynamy się przygotowywać do meczu z Polonią w Warszawie, chcemy podtrzymać dobrą passę. Polpharma zaczęła sezon od bilansu 0-4 i już mówiono, że mamy walczyć z Siarką o utrzymanie, tymczasem jesteśmy w pierwszej czwórce wyprzedzając zespołu z wyższymi budżetami.

Widzi pan różnicę w poziomie ligi z początku wieku, a obecnego sezonu?

- Jak zaczynałem to do Śląska, ale nie tylko, przychodzili koszykarze o wielkich nazwiskach - znanych nie tylko w Europie, ale i w USA. Prokom ściągał gwiazdy europejskiego formatu, Śląsk trzymał się mocno, po znanych graczy sięgał Anwil Włocławek, inne drużyny też miały takie zapędy. Teraz gwiazdy - Qyntela Woodsa, Daniela Ewinga i Ratko Vardę - ma tylko Prokom, a reszta sięga po młodszych, czyli przeważnie tańszych graczy.

Z drugiej strony organizacja gry, świadomość trenerów poszła do przodu.

- Widać, że trenerzy się uczą i starają się upraszczać grę w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Kiedy Andrej Urlep wprowadził do Polski gruntowny skauting i dogłębną analizę gry rywala, to pozostali trenerzy to przechwycili, ale zrobił się przerost formy nad treścią. Teraz jest tak, że trenerzy najpierw patrzą na najważniejsze rzeczy, a dopiero potem zaczynają kombinować w szczegółach.

Co z poziomem polskich graczy?

- Wydaje mi się, że idzie w górę i to nawet pomimo nakazu gry dwóch Polaków, który jest sztuczny. On jest jednak konieczny, jeśli chcemy podnieść poziom polskiej koszykówki - Polacy chcą się pokazać, że nie są gorsi od obcokrajowców i często wychodzi na to, że są lepsi. No i teraz mamy Marcina Gortata w NBA, który doszedł tam z Łodzi. Ja pamiętam mistrzostwa Polski juniorów w Stargardzie Szczecińskim, kiedy 18-letni Marcin nie miał wielkiego pojęcia o koszykówce. A gdzie jest teraz, każdy widzi.