Szkoła Mizernej Stabilizacji, czyli dlaczego koszykarski uniwersytet podupada

W zamieszaniu dotyczącym koszykarskiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego chodzi przede wszystkim o to, z czym Polski Związek Koszykówki zmaga się od lat. O brak koncepcji i brak pieniędzy.
PZKosz, jako organ prowadzący SMS w Cetniewie, zdecydował o likwidacji ośrodka, szkoleniową jednostkę chce przenieść do Łodzi. Sprzeciwiło się temu Ministerstwo Sportu i Turystyki, które pokrywa większą część rocznego budżetu szkoły (ok. 850 tys. z 1,3 mln zł). Sprzeciwiła się dyrektor jednostki, sprzeciwili się rodzice uczniów.

W czwartek ma dojść do spotkania czterech stron, każda z nich, także PZKosz, ma swoje argumenty. Problem w tym, że do jakichkolwiek ustaleń by nie doszło, jakiejkolwiek decyzji by nie podjęto, przyszłość SMS wcale nie musi się wyjaśnić. Co za różnica, czy szkoła będzie w Cetniewie, w Łodzi, czy w Wałczu, jeśli i tak nie wiadomo jak będzie działała za rok, dwa, trzy?

Historia SMS to historia zmian. Powstanie w 1996 roku, zamknięcie w 2005 r. Wznowienie działalności w 2010 r. Trzy różne lokalizacje (Warka, Kozienice, Cetniewo). Dziewięć zmian trenerów głównych. Koszykarze, którzy odchodzili ze szkoły przed maturą. Prezesi PZKosz, z których Marek Pałus SMS zamknął, Roman Ludwiczuk reaktywował, a Grzegorz Bachański już tylko "dawał szansę".

Słowem, zamiast stabilizacji, konsekwencji i cierpliwości, które powinny być podstawą szkolenia, w SMS był ciągły galimatias. Zmiana koncepcji goniła trzęsienie ziemi.

Na dodatek zmieniały się warunki wokół SMS. W ostatnich latach mapa programów młodzieżowych się przeobraziła, jest coraz więcej klubów z nowymi obiektami do dyspozycji, z dobrą kadrą szkoleniową, z ciągłością szkolenia polegającą na posiadaniu drużyn w kilku ligach. Radom, Gdynia, Sopot, Wrocław, Zielona Góra, Dąbrowa Górnicza - to te najważniejsze. Z tej rosnącej konkurencji PZKosz mógłby się cieszyć bezwarunkowo, gdyby nie fakt, że jego ośrodek zaczyna odstawać od czołówki.

Jego atuty? Poprzestać można na wspaniałych obiektach Centralnego Ośrodka Sportu... Kadra szkoleniowa zmienia się tak często, że każdy uczeń szkoły ma co najmniej dwóch trenerów w ciągu trzech lat. Występy w drugiej lidze atrakcją nie są, po rozszerzeniu rozgrywek centralnych drużynę na tym poziomie może mieć praktycznie każdy chętny. Ale największy problem to przeciętny poziom koszykarzy, którzy do SMS trafiają. Szkoła, która ma wychowywać reprezentantów Polski, do tej juniorskiej w minionym roku dała tylko jednego gracza.

- W szkole brakuje elity. Graczy najlepszych, wybitnych, którzy mieliby etos pracy i marzenia, do których chciałoby się równać. Dzisiaj za dużo jest średniaków, którzy tworzą średni klimat. To nie są zawodnicy z krajowej czołówki, często nawet nie są to kandydaci do kadry. Wydawanie setek tysięcy na chłopaków, którzy w rankingach z roczników są na miejscach 10-20? Nie wiem, czy nas na to stać - zastanawia się jeden z trenerów.

Nie stać, ale nie stać nas także na zamknięcie SMS. Dofinansowanie z Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej może być przeznaczone tylko na szkolenie, rezygnacja ze szkoły oznaczałaby stratę tych pieniędzy dla koszykówki, która na ich nadmiar nie narzeka. I to pieniądze, a raczej ich brak, są zresztą jedną z przyczyn, dla których PZKosz myśli o przeniesieniu SMS. Związek chciałby, aby szkolna drużyna grała w pierwszej lidze, a utrzymanie takowej w Łodzi, w centrum kraju, byłoby ze względów logistycznych sporo tańsze niż w Cetniewie.

W związku uważają także, że opcja gry w pierwszej lidze byłaby magnesem dla najlepszych. Ale raz, że nawet w obrębie federacji nie wszyscy są przekonani czy to koncepcja słuszna, bo nowi uczniowie, a nawet drugoklasiści nie zawsze są gotowi na pierwszą ligę. A dwa, że ona wcale nie musi być magnesem. - Naszą przewagą nad SMS jest stałość kadry szkoleniowej, stabilizacja - mówi jeden z trenerów klubowych. - Rodzice do nas dzwonią, rozmawiają o Cetniewie. Słyszymy, że nie chcą oddawać dzieci do budynku z napisem SMS. Liczy się jakość oferty, a nie szyld.

W obecnym sporze każdy ma trochę racji. Trudno dziwić się rodzicom, którzy protestują i nie chcą przenosin, skoro w Cetniewie warunki do treningów i nauki są znakomite. Ministerstwo staje w ich obronie, bo raz, że łatwiej bronić tych, którzy czują się oszukani niż federacji zmieniającej zasady w trakcie gry, a dwa, że z ministerialnych dotacji opłacany jest m.in. Centralny Ośrodek Sportu zarządzany przez resort, więc pieniądze wracają do tej samej kieszeni. PZKosz chciałby zmiany, bo liczy, że perspektywa tańszej pierwszej ligi w Łodzi przyciągnie talenty. Czy związkowy pomysł powinien być torpedowany przez rodziców kilkunastu zawodników? Czy PZKosz powinien świetne warunki z Cetniewa zamieniać na byle jakie w Łodzi?

Pytań jest dużo, sytuacja wcale nie jest jednoznaczna, gotowych odpowiedzi na to, jak wykorzystywać ministerialne pieniądze i czym zachęcać najlepszych nastolatków do gry i nauki w SMS, trenerzy wcale nie mają. Apele o szukanie dodatkowych źródeł finansowania, czy nieśmiałe sugestie do powrotu programu "Talent", w którym pieniądze szły za najlepszymi w postaci odżywek i sprzętu, tylko pokazują brak pomysłu na rozwiązanie problemu Szkoły Mistrzostwa Sportowego.

A ten jest taki, że prestiż SMS podupada. Największe talenty preferują kluby polskie, europejskie lub szkoły amerykańskie. I z punktu widzenia dyscypliny, a nie tylko SMS, dobrze, że taka alternatywa jest. O wyborach uzdolnionych koszykarzy decydują lepsze perspektywy rozwoju, większa stabilizacja szkoleniowa, pierwsze pieniądze z kontraktów, wyższy poziom rywalizacji. Ten ostatni w SMS byłby wyższy, gdyby szkoła uczestniczyła w międzynarodowych turniejach, grała w młodzieżowej Eurolidze itp. Ale na to nie ma albo pieniędzy, albo pomysłu. Albo jednego i drugiego.