Mikrus Miller z "Lakers". Najniższy koszykarz w historii polskiej ekstraklasy?

- W walce nie ma znaczenia, jaki jesteś duży. Liczy się tylko to, jak dużą chęć walki masz w sobie - usłyszał kiedyś Josh Miller od swojego ojca. Amerykanin, który spędził sezon w Siarce Jezioro Tarnobrzeg, czołowy rozgrywający Tauron Basket Ligi, jest - prawdopodobnie - najniższym koszykarzem w historii polskiej ekstraklasy. Mierzy 170 cm wzrostu. Albo 169. A w zasadzie to 168...
Miller jest prawdopodobnie, a nie na pewno, najniższym w historii, bo weryfikacja danych na ten temat jest praktycznie niemożliwa. Nie dość, że dotarcie do skarbów kibica sprzed kilkudziesięciu lat jest trudne, a w gruncie rzeczy to nie ma pewności, że takowe istnieją, to na dodatek te bardziej współczesne nie zawsze są wiarygodne. Uważani do niedawna za najniższych Tomasz Kwasiborski z Pruszkowa i Robert Szczerbala ze Stargardu Szczecińskiego w rubryce wzrost mieli wpisywane po 171 cm, choć ten pierwszy, na pytanie, ile ma wzrostu, odpowiada: - Miarki były różne, ale najczęściej wychodziło, że mam 170 cm bez butów.

Kwasiborski i Szczerbala grali w ekstraklasie w latach 90., po nich tak kieszonkowych rozgrywających na tym poziomie nie oglądaliśmy na pewno. A przed nimi? Jeden z najsłynniejszych Amerykanów w historii ligi, Kent Washington, który na przełomie lat 70. i 80. grał w Starcie Lublin, Zagłębiu Sosnowiec i filmie "Miś", miał 174 cm wzrostu. Pytani o najniższych graczy ekstraklasy byli świetni koszykarze i trenerzy Mirosław Łopatka i Dariusz Szczubiał wspominają właśnie jego. Innych, grających w latach 70. lub wcześniej, nie pamiętają.

Mikrusów nie pamięta też najlepszy polski trener w historii Witold Zagórski, były gracz Polonii i Legii Warszawa, też poniżej 180 cm wzrostu: - Zmobilizowałem resztę moich szarych komórek, ale zawodników poniżej 170 cm nie mogę sobie przypomnieć - mówi z charakterystyczną dla siebie autoironią 81-letni obecnie trener. - Grali wtedy tacy, jak Wicek Wawro, ale on mierzył 176 cm - wspomina Zagórski.

Wawrę warto wspomnieć z dwóch względów - po pierwsze: był wyjątkowo przebojowy. - Kozłował jak Murzyn z Harlem Globetrotters, a robił przy tym takiego zeza, że przeciwnik zupełnie tracił orientację - wspominał 70-krotnego reprezentanta Polski znakomity koszykarski dziennikarz Łukasz Jedlewski. Po drugie: te jego 176 cm wzrostu pozwala nawiązać do czasów przedwojennych, kiedy w lidze, w zespole Polonii, ale także w reprezentacji Polski, która w 1939 roku zdobyła brązowy medal mistrzostw Europy na Litwie, grał mierzący właśnie tyle Bohdan Bartosiewicz, ówczesny... środkowy. Ligowi rozgrywający mogli więc być znacznie niżsi.

Teraz już rozumiecie, dlaczego Miller jest tylko prawdopodobnie najniższym koszykarzem w historii polskiej ligi?

Jak on w ogóle może grać?

170 cm Millera, które podaje oficjalna strona ligowa, też nie są pewne. 24-letni zawodnik ma, co ciekawe, dwa profile w największej na świecie bazie koszykarzy Eurobasket.com - ten, w którym obecny gracz Siarki nazywany jest Cookie, obejmuje dwa lata na niezłej uczelni Nebraska, gdzie Miller grał m.in. z Aleksem Mariciem - znanym z Euroligi australijskim środkowym serbskiego pochodzenia. Drugi, już z Joshem w nazwie, uwzględnia dwa sezony w West Virginia State z drugiej dywizji NCAA oraz obecny pobyt w Tarnobrzegu. Według pierwszego Miller ma 170 cm, według drugiego - 169. Zawodnik, pytany o prawdziwą wersję, zgodnie z amerykańską miarą odpowiada, że ma pięć stóp i siedem cali. Kwasiborski o wzroście koszykarzy z USA pół żartem, pół serio mówi tak: - Amerykanie, nie dość, że czasem mierzą się w butach, to na dodatek często kurczą się w samolocie.

- Josh ma 170 cm w butach, 168 bez nich - mówił w trakcie sezonu Bogusław Jarek, kierownik Siarki. Ale sekundę później, po esemesie od Jakuba Wojczyńskiego, z którym zastanawiałem się nad wielkością Millera, wątpliwości wracają: "168 cm, ale z włosami czy bez?" - pytał z uśmiechem dziennikarz "Przeglądu Sportowego".

Przywołanie nazwiska Wojczyńskiego podczas pisania o Millerze jest istotne, bo to on oglądał przedsezonowy turniej Mazovia Cup w Legionowie, gdzie mikrus z Siarki błysnął po raz pierwszy. "Spiker szczególnie upodobał sobie rozgrywającego Siarki Tarnobrzeg Josha Wendella Millera, który w niedzielę miał na dodatek dzień konia i zdobył 24 punkty w czwartej kwarcie. Amerykanin chyba też nakręcał się dzięki spikerowi. Nie mógł zrozumieć, co pan mówi przez mikrofon, ale krzyki "Weeeeeeeeeendeeeeeell Milleeeeeeeeeeeer" były jednoznaczne." - pisał dziennikarz na swoim blogu.

Miller w Legionowie dostał trzy nagrody - dla MVP i najlepszego strzelca turnieju, a także za miejsce w piątce. A Wojczyński od siebie dodawał: "Ten koszykarz kompletnie nie przypomina... koszykarza. 168 centymetrów wzrostu i strasznie krótkie ręce. Widząc go przed rozgrzewką zastanawiałem się jak on w ogóle może grać..."

Po kilku tygodniach przekonaliśmy się wszyscy, że może. I to bardzo dobrze.

Lider Lakers

Skąd Miller wziął się w Tarnobrzegu? Zawodnika, który przez dwa lata solidnie grał w Nebrasce (w swoim drugim, lepszym sezonie Miller miał po 7,3 punktu oraz 3,6 asysty w meczu), a potem ze względów rodzinnych przeniósł się do Zachodniej Wirginii (w słabej drużynie był gwiazdą rzucającą ponad 30, a nawet 40 punktów w meczu) wypatrzył Szczubiał, który do przebojowych graczy z USA ma wyjątkowe oko.

- Kiedy wybierałem go do Siarki, nie miałem świadomości jego wszystkich atutów - przyznaje trener. - Na kampie w USA widziałem go w dwóch meczach, ale wiadomo, że takie spotkania znacznie różnią się od ligowych. Oglądałem też jednak Josha na DVD, a przy wyborze kierowałem się także względami ekonomicznymi - jako świeży absolwent słabej uczelni był relatywnie tani. Stwierdziłem, że zaryzykuję i choć może jeszcze za wcześnie na podsumowania, to wydaje mi się, że to był dobry ruch - mówi Szczubiał.

Miller dowodził Siarką, która w dużej mierze dzięki niemu była efektownie grającym zespołem, że żartobliwy przydomek Lakers pochodzący od Jeziora w nazwie bywa adekwatny. Amerykanin długo myślał co prawda, że nazwa jego zespołu to Rekiny, bo wymowa słowa "siarka" przypominała mu angielskie "shark", ale Lakers też mu się podobają.

Miller gra jak typowy mikrus - jest szybki, piekielnie szybki, piłkę kozłuje tuż nad boiskiem, momentami sprawia wrażenie, jakby toczył ją po parkiecie. Potrafi łatwo minąć swojego rywala, a że zostawianie go bez obrońcy kilka metrów od kosza jest czekaniem na stratę punktów, to do Millera doskakują pomagający obwodowym wysocy. Amerykanin doskonale wie jednak, co robić w takich sytuacjach - podawać do wysokich kolegów, od których odszedł obrońca. Wielkim beneficjentem takiego sposobu gry był m.in. 19-letni Przemysław Karnowski, który często kończy akcje łatwymi wsadami po podaniach Millera.

Amerykanin na koniec sezonu był szóstym strzelcem ligi (średnio 15,6 punktu w meczu) i jej siódmym podającym (4,8 asysty).

Liczy się chęć walki

Miller grał dla zespołu, ale bywał też egzekutorem - w 2. kolejce rzucił 31 punktów Polpharmie Starogard, w 12. zdobył 29 i miał do tego 11 asyst w pamiętnym spotkaniu z Anwilem Włocławek, który Siarka wygrała 109:104 po dogrywce. Grał dość równo, choć zdarzały mu się wpadki w meczach z Kotwicą Kołobrzeg i Treflem Sopot po dwa razy nie potrafił zdobyć 10 punktów.

Problemem bywa też, rzecz jasna, wzrost. - Zastawianie i wypychanie spod kosza swoich graczy oraz gra w obronie, kiedy rywal ustawia się tyłem do obręczy - tak Miller określa swoje oczywiste słabsze strony. O tym, jak mali powinni sobie z tym radzić, mówi Kwasiborski: - Niscy gracze muszą wywierać presję na atakującego jak najdalej od kosza. Na środku boiska liczą się siła, szybkość, dynamika i tam niskim jest łatwiej.

Kwasiborski, Szczubiał, a zresztą każdy zwraca uwagę na to, że kieszonkowi rozgrywający zawsze mają wielkie serce do walki. - Mój ojciec, który też grał w kosza i był niski, jak ja, powtarzał mi, że w walce nie ma znaczenia, jaki jesteś duży. Liczy się tylko to, jak dużą chęć walki masz w sobie - mówi Miller.

Szczubiał tłumaczy: - Charakter i waleczność u niskich graczy są naturalne, bo oni mają i trudniejszą drogę kariery, i większą konkurencję, bo wiadomo, że w populacji większość ludzi ma sporo poniżej dwóch metrów wzrostu. Niskim koszykarzom jest się znacznie trudniej przebić.

Miller się przebił i potrafi prowadzić swoje drużyny do zwycięstw. Widać to w Siarce, która w tym sezonie gra zaskakująco dobrze, ale też widać to było w Zachodniej Wirginii, gdzie po tym, jak na początku 2011 roku Miller rzucił 27 punktów i miał pięć asyst w jednym ze zwycięskich spotkań, jego trener Bryan Poore powiedział: - Nie ma znaczenia, że Cookie jest kontuzjowany lub chory. W ważnym meczu chcę go mieć na boisku. To gracz, który wykonuje zwycięskie akcje.

tekst ukazał się w grudniowym numerze "MVP"