Tomasz Pacesas o swoim blogu i koszykówce w Polsce: Chcę poprawić sytuację

- Dużo ludzi do mnie dzwoni i pisze - mówią, że cieszą się, że zabrałem głos. Miejscowi, Polacy, szybko zostaliby zniszczeni, a ja w pewnym sensie jestem niezależny - mogę się spakować, podziękować i wyjechać. Ale w moim blogu nie ma drugiego dna, chcę poprawić sytuację - mówi o swojej blogowej twórczości trener Asseco Prokomu Gdynia Tomas Pacesas.
Litwin, który w Polsce - jako zawodnik i trener - pracuje od 10 lat, niedawno założył blog, na którym krytykuje sędziów, władze ligi i związku. - Uważam, że kredyt zaufania dla tych ludzi, którzy rządzą teraz, wyczerpał się kompletnie - mówi Pacesas.

Łukasz Cegliński: Wielokrotny mistrz Polski jako zawodnik i trener zaczyna pisać bloga, w którym krytykuje sędziów, ligę i związek. Skąd pomysł na tak niespotykaną twórczość?

Tomas Pacesas: Nie wiem, czy przytaczanie faktów, faktów negatywnych, to od razu krytyka. Piszę o tym, co mi się nie podoba, o tym, co nie powinno mieć miejsca. Pojedyncze błędy, problemy można przemilczeć, ale jak przekraczany jest ich dopuszczalny poziom, to dlaczego, o tym nie mówić? Każdy rząd, zarząd organizacji, dostaje na początku swojej działalności kredyt zaufania, a ja widzę, że ten kredyt wobec nowych władz PZKosz się wyczerpał i trzeba zacząć o tym mówić? Uważam, że większość mediów jest na usługach pana Bachańskiego [Grzegorza, prezesa PZKosz] i dlatego ja podjąłem się pisania o tym, co złe. Czuję się związany nie tylko z polską koszykówką, ale w ogóle z tym państwem. Spędziłem tu większość kariery i dorosłego życia.

Jest pan w Polsce już ponad 10 lat - czy teraz obserwuje pan najgorszy okres w polskiej koszykówce w tym czasie?

- Było już źle, ale akurat ja dopiero teraz jestem w stanie wszystko ocenić. Zacząłem pisać teraz, a nie wcześniej, bo wiedza i doświadczenie nie przychodzą od razu. Jak byłem graczem, to nie zwracałem uwagi na sędziów, można byłoby to sprawdzić, ale przez całą karierę chyba nie dostałem żadnego przewinienia technicznego. Trenerem jestem od pięciu lat - pierwszy rok, pierwsze lata były dla mnie wejściem w nową rolę, nie myślałem o tym, co dzieje się dookoła. Ale z czasem przyszły wiedza i refleksje, zacząłem zastanawiać się dlaczego dzieje się to, co się dzieje.

I co wynika z tych doświadczeń? Pisanie bloga zaczął pan od sędziów...

- Bo teraz jest najgorszy poziom sędziowania od kiedy pamiętam. Jak był poprzedni prezes związku pan Ludwiczuk, to sędziowie chyba sami czuli, że mogą zostać ukarani, bo prezes nie jest z ich środowiska. Bat, który nad nimi wisiał, ich ograniczał. Teraz w związku rządzą ludzie z tego samego środowiska sędziowskiego, sami się oceniają, ustalają pensje itd. To jest jakiś żart. Nie oglądam każdego meczu ekstraklasy, ale w tych, które oglądałem, sędziowie popełniali spore błędy.

W pierwszym wpisie użył pan sformułowania "monarchia sędziowska". Czy widzi pan w sędziowskim środowisku jakieś układy?

- Ja pytałem o to, czy taka monarchia jest, to było pytanie retoryczne. Nie mogę powiedzieć, że takie układy są. Ja tylko widzę, że sędziowie owszem, są zorganizowani, ale tylko w dzieleniu się stanowiskami i pensjami. Ta organizacja nie przysługuje się niczym koszykówce.

Pisał pan w blogu, że dziwi się temu, że w polskiej koszykówce ważnych stanowisk nie pełnią byli koszykarze lub trenerzy. Widzi pan wśród nich odpowiednich kandydatów do takich ról?

- W związku rządzą sędziowie, bo koszykarze nie są do niego dopuszczani. Obserwuję to od 10 lat i nie zauważyłem, żeby ktoś z PLK lub PZKosz zaproponował jakieś stanowisko wybitnym trenerom lub zawodnikom. Ostatnio karierę skończył Andrzej Pluta - dlaczego jego nazwisko, jego doświadczenie nie są wykorzystywane przez ligę?

A myśli pan, że Pluta chciałby pełnić jakąś funkcję we władzach ligi lub związku?

- Nie wiem, ale można go zachęcić. Jeśli ktoś jest do koszykówki przywiązany, to trzeba przedstawić mu jakąś wizję i pokazać, że może się przydać. Ja bardzo chętnie widziałbym na stanowisku prezesa PZKosz Adama Wójcika jako "flagę", jako ambasadora. Jest bardzo medialny, ma fajny uśmiech, mówi po angielsku, jest kulturalny. Wójcik byłby prezesem bardzo reprezentatywnym, a reszta - sekretarze itp. - niech pracuje. Związkowi potrzeba znanego reprezentanta. Problem jest taki, że sędziowie i komisarze nigdy nie odnajdą się na innych niż koszykarskie stanowiskach, a koszykarze machną ręką i otworzą jakiś biznes, szkółkę dla dzieci itp. Sędziowie się grupują, przyciągają jeden drugiego tak, jak np. pan Wiesław Zych, który jako prezes ligi żeńskiej, przyciąga na wiceprezesa innego sędziego. Dlaczego nie byłą koszykarkę? Czy w żeńskiej lidze pracują byłe koszykarki, trenerki?

Opisał pan kilku byłych lub obecnych sędziów - m.in. Zycha, Ziemblickiego, Zbigniewa Szpilewskiego - którym wytyka pan działania w konflikcie interesów. Czy pana zdaniem oni nie powinni pracować w koszykówce?

- Niech każdy robi to, co do niego należy. Niech pan Ziemblicki będzie sędzią i tylko sędzią. Przecież jak sędziuje kilka spotkań w tygodniu w różnych krajach i rozgrywkach, to kiedy ma mieć czas na pracę w lidze? Dla mnie dyskwalifikuje się człowiek, który robi różne rzeczy. Dostał szansę bycia kimś w danej roli, ale nie może pełnić kilku funkcji tak, jak np. pan Szpilewski, który jednocześnie był komisarzem i zasiadał w radzie nadzorczej jednego z klubów, a teraz jest przewodniczącym wydziału sędziowskiego w lidze. To jest ewidentny konflikt interesów, którego być nie może.

Ryszard Krauze, właściciel klubu z Gdyni, w którym pan pracuje, jest równocześnie akcjonariuszem ligowej spółki i sponsorem związku. To nie jest problem?

- Pan Krauze ma udziały w lidze, ale to jest kilkanaście procent, które nie dają mu prawa do decydowania. Prezes PZKosz, z dużo wyższymi udziałami, ok. 60 proc., może go blokować. A w lidze żeńskiej prezes Zych razem ze sponsorem ma 51 proc. i może przegłosować kluby w każdej sprawie. A z tego, że pan Krauze jest obecny w polskiej koszykówce, to trzeba się tylko cieszyć. Gdyby nie on, to koszykówka już dawno byłaby bankrutem.

Wyjątkowa rola Krauzego w koszykówce oznacza jednak także to, że związek poszedł Prokomowi na rękę i zwolnił wasz klub z udziału z pierwszej rundy Tauron Basket Ligi, żebyście mogli grać w lidze VTB. Wśród równych i równiejszych w polskiej koszykówce, Prokom był ostatnio tym równiejszym.

- Jaki równy i równiejszy?! Gramy ze wszystkimi w uczciwej koszykarskiej, sportowej walce. Ja, jako trener, wygrałem z Prokomem cztery mistrzostwa, z czego dwa finały po 4-3.

Chodzi mi o ostatnią decyzję administracyjną - firma Prokom zostaje sponsorem reprezentacji, a chwilę później klub Prokom zostaje zwolniony z pierwszej części rozgrywek.

- Ale my walczyliśmy o to zwolnienie przez dwa lata. Prokom jako jedyny punktuje dla Polski w europejskich pucharach w ostatnich latach. Ciągnie na międzynarodowej arenie całą dyscyplinę. Dlaczego temu Prokomowi nie pomóc? Trzy ligi zrujnowałyby zespół logistycznie.

Ale ta rezygnacja rujnuje w pewnym sensie polską ligę. Rozgrywki bez mistrza i jedynej drużyny znanej w Europie, to decyzja zła. Liga straciła na tym prestiż, naraziła się na śmieszność.

- Ale dlaczego wszystko w tym temacie w kontekście ligi przedstawiane jest w negatywnym świetle? Dlaczego nie mówi się, że dzięki temu, że Prokom nie gra w lidze jest więcej gry, gra się co trzy dni, jest więcej transmisji, więcej grają polscy gracze? Powtarzam: Prokom jako jedyny promował Polskę w pucharach i zdobywał dla niej punkty. Osiągnęliśmy sukces sportowy i marketingowy - dlaczego nie należała nam się pomoc?

Czy prezes PLK Jacek Jakubowski to nieudacznik?

- Nie wiem, posługuję się faktami. Pracował u nas w klubie, a jak odszedł, to klub zaczął działać tak, że dwa razy z rzędu był nagradzany za marketing i postęp sportowy. Nie chcę nikogo obrażać, posługuję się faktami. Współczuję zresztą Jakubowskiemu, bo on nie może zrobić nic. Nic. Jest prezesem, ale ma wiceprezesa Bachańskiego, który jest nad nim jako prezes PZKosz. Jakubowski jest "malowanym" prezesem i jako człowieka, to mi go szkoda. On nie może brać za nic odpowiedzialności. U nas w Prokomie jest teraz prezes, który przyszedł z biznesu, z dobrej firmy i jest doceniany w Eurolidze i w dodatku robi to społecznie, za swoją pracę nie pobiera żadnego wynagrodzenia. Oceniam Jakubowskiego przez ten pryzmat.

Nawołuje pan w blogu do dymisji Bachańskiego. Prezes PZKosz nie zrobił nic dobrego?

- Patrzę na fakty dotyczące ligi, które przytaczałem na blogu, uważam, że to on jest za wszystko odpowiedzialny - on zatrudniał ludzi, on ich akceptował. To, co dzieje się teraz w związku, do niczego nie prowadzi. Moim zdaniem koszykówce jest z tymi ludźmi nie po drodze. Takie jest moje zdanie. Nie widzę perspektyw przed kimś, kto chce przeżyć z miesiąca na miesiąc, ale nic więcej.

Widział pan perspektywy, kiedy prezesem związku był Roman Ludwiczuk?

- Nie wiem, ja tylko oceniam, co każdy dokonał. Porównuję sobie jeszcze poprzednie rządy panów Pałusa i Bachańskiego i odczucie mam jedno - kiedy związkiem rządził Ludwiczuk liga, jej finanse i pomoc dla klubów, były większe. Teraz kluby piszczą z biedy, nie mają pieniędzy i zatrudniają takich graczy, którzy obniżają poziom ligi. PLK zbiera pieniądze od sponsorów i od klubów i te pieniądze przejada. Gdyby liga podzieliła pieniądze, które ma, między kluby, to te mogłyby sprowadzić lepszych graczy. Ocena Ludwiczuka? Miał swoje wady, ale też zalety. Nie znam go tak dobrze, by go oceniać - może mówił za dużo, ale patrząc na jego działania, to widzę pozytywy. Najlepsi grali w kadrze, prawie wszystkie reprezentacje młodzieżowe awansowały do dywizji A, podczas gdy za czasów Pałusa i Bachańskiego spadły. Uważam, że Ludwiczuk był bardziej skuteczny niż Bachański - może dlatego, że był w partii rządzącej. Jego pomysłami były też szkoła trenerów i SMS w Cetniewie. A czy były tego efekty? Nie wiem, pewnie każdy ma swoje zdanie na ten temat.

Były prezes ligi Janusz Wierzbowski rozdawał pieniądze klubom, ale te je przejadały, a potem upadały. Dofinansowywanie klubów do dobra droga?

- Pamiętam sezony, nie tak znów odległe, że z polskiej ligi grało nawet pięć klubów w pucharach - Sopot, Włocławek, Wrocław, ale też Polonia Warszawa i Stal Ostrów w rozgrywkach regionalnych. To na pewno nie sprawiało, że spadał poziom - Polonia z Elliottem, Jeklinem, Koszarkiem, O'Bannonem była słaba? Nie wiem, co prezesi robili z pieniędzmi w klubach, ale ja widziałem, że drużyny są mocniejsze. Jasne, liga powinna kontrolować kluby - mówić, że np. pół otrzymanej kwoty trzeba przeznaczyć na szkolenie młodzieży, 20 proc. na marketing itp. Pieniądze ligi naprawdę można dobrze wykorzystać.

Bachański i Jakubowski mogą odpowiedzieć, że powołali do życia ligę kontraktową, w której - dzięki zniżkom wpisowego - gra więcej młodych Polaków, pracuje więcej polskich trenerów. To ma się przysłużyć reprezentacji, by ta za kilka lat poszła w górę. Pana zdaniem to zły pomysł?

- Liga kontraktowa to dla mnie pomysł beznadziejny. Nie ma w niej sportowej rywalizacji i nie będzie - zobaczycie, co będzie po Nowym Roku. Kluby nie będą w stanie utrzymać obcokrajowców. Poziom ligi od dwóch lat idzie w dół, teraz spadnie do poziomu pierwszej ligi. Polacy? Grają między sobą w lidze, ale reprezentacja nigdy, nigdy nie będzie dobra, jeśli jej gracze nie będą rywalizować na najwyższym poziomie. Możesz grać pięć meczów w tygodniu między sobą, ale nic to nie da, jeśli nie będziesz rywalizować z najlepszymi, zbierał doświadczenia. Trzeba grać w Eurolidze, VTB, Pucharze Europy - jak tego nie będzie, nie będzie postępu. Nie idźmy w ilość, ale w jakość - wystarczy, że kluby będą musiały mieć trzech, czterech, pięciu polskich graczy w składzie. Jeśli równocześnie drużyny będą grały na wysokim poziomie, to prędzej czy później to pozytywnie odbije się też na reprezentacji.

To co trzeba zrobić z ligą i reprezentacją, żeby polska koszykówka się odrodziła?

- Koszykówki nie tworzą instytucje i biura, tylko ludzie. I tych ludzi trzeba zmienić przede wszystkim.

Na kogo?

- Już mówiłem - widziałbym we władzach Wójcika czy Plutę, ale też Jacka Krzykałę, Daniela Blumczyńskiego, a także innych. Jest kilku trenerów, menedżerów, np. Waldek Łuczak, prezes Turowa. Są ludzie, którzy pokazują, że są w stanie dobrze zarządzać klubami i tych sprawdzonych ludzi, trzeba wprowadzić do ligi i związku. Ale ci ludzie muszą potem móc decydować, bo kto wie, może nawet Jakubowski sprawdziłby się jako prezes ligi, gdyby mógł podejmować decyzje. Ogólnie uważam, że kredyt zaufania dla tych ludzi, którzy rządzą teraz, wyczerpał się kompletnie. Od zmiany ludzi trzeba zacząć, a potem wymyślić polski model funkcjonowania ligi i związku - popatrzeć na to, co się dzieje u sąsiadów w Niemczech czy na Bałkanach i to dopasować do Polski, a nie robić drugie NBA.

W Polsce jest jednak o tyle trudno, że popularność koszykówki jest mizerna. Co konkretnie zrobić, żeby to zmienić?

- Reprezentacja i gry w europejskich pucharach dają popularność dyscypliny wśród kibiców. Jeśli chodzi o reprezentację, to popełniono dużo błędów, jeśli chodzi o strategię, wybór trenerów kadry. Andrej Urlep, który pracował w Polsce wiele lat i zrobił dla polskiej koszykówki wiele, wprowadził do niej nową jakość, zostawił swój ślad. Uważam, że wciąż powinien pracować w Polsce - dobrze zna się i na tutejszej mentalności i koszykówce. Inni: Ja, Dainius Adomaitis, Jacek Winnicki, Jerzy Binkowski, Andrzej Adamek, Tomasz Jankowski z Wrocławia, Igor Griszczuk. Wszyscy wychowali się u Urlepa, on miał bardzo duży wpływ na spojrzenie na koszykówkę. Szkoda, że tak szybko Polska pozbyła się Urlepa, że ma takie podejście do niego. Uważam, że takie podejście nie daje nic dobrego, więc powinniśmy zmienić swoją mentalność, szanować fachowców. Naprawdę boli mnie to, jak traktuje się w Polsce byłych zawodników lub trenerów. Nie widzę szacunku do nich.

Wracając do pańskiego bloga - krytykując wszystkich, postawił się pan w opozycji do tych, którzy rządzą związkiem i ligą, a także sędziów. Co chce pan w ten sposób osiągnąć?

- Chcę poprawić sytuację i to wszystko. Dużo ludzi do mnie dzwoni, pisze i mówi, że cieszą się, że zabrałem głos. Miejscowi, Polacy, szybko zostaliby zniszczeni, a ja w pewnym sensie jestem niezależny - mogę się spakować, podziękować i wyjechać. Ale w moim blogu nie ma drugiego dna, chcę poprawić sytuację.

Plotki słychać jednak różne, np. taką, że ma pan być dyrektorem sportowym ligi VTB?

- A dlaczego nie prezesem? [śmiech]

Różne głosy słychać - także takie, że stoi za panem jakaś grupa, która chce przejąć władzę w związku i lidze, i wprowadzić swoje porządki.

- Piszę sam i sam za wszystko odpowiadam. I powtarzam - jeśli piszę nieprawdę o łączeniu stanowisk prezesów ligi, związku czy sędziów, jeśli piszę nieprawdę o sumach, które liga musi przelewać na konto związku, to proszę, niech ktoś mnie poda do sądu za pomówienia czy oskarżenia. Piszę sam. Zastanawiam się, kto mógłby być we władzach polskiej koszykówki, ale mi osobiście nie zależy na władzy w polskiej koszykówce. Nie rozmawiałem z Plutą czy z Wójcikiem, ale wiem, że powinno ich się zachęcać do działalności w związku. Ja dostałem kilka propozycji bycia trenerem, ale nie mam propozycji zostania dyrektorem sportowym. Ludzie w Europie widzą, że walczymy z Prokomem w takim składzie z najlepszymi ekipami jak równy z równym i to doceniają. Ja nie narzekam na sytuację w klubie, bo i tak jestem odpowiedzialny za wszystko. A o związku czy lidze chcę mówić, że jest źle, bo kiedy dowiedziałem się o pewnych sprawach, to nawet nie chciałem wierzyć, że takie rzeczy są możliwe. Ale, jak widać, są.

Mówi pan, że zwróci się pan do ministra sportu.

- Napiszę do Pani Minister pismo o tym, co opisałem na swoim blogu.