TBL Defensywnie: Z miłości do podawania

Czaruje podaniami, po jego zagraniach ręce same składają się do oklasków, robi rzeczy wręcz niewiarygodne i spotykane niezwykle rzadko. Ronald Moore, rozgrywający Turowa i postać znana tylko wąskiej rzeszy fanów koszykówki, został już porównany do Tyusa Edneya, jednego z najlepszych zawodników w historii koszykówki europejskiej.
Ostatnie sekundy akcji, piłkę po serii zasłon dostaje najlepszy strzelec drużyny. Rzut praktycznie bez obrońcy, piłka odbija się jednak od obręczy i zanim którykolwiek z rosłych podkoszowych jest w stanie do niej dotrzeć, pomiędzy nimi pojawia się mała pchełka, która szybciutko zawłaszcza sobie pomarańczowy przedmiot. Ułamek sekundy później, zanim starający się wrócić do obrony gracze przeciwnika, zdążą się spostrzec, ta sama pchła jest już na połowie boiska. Jej koledzy wiedzą co będzie dalej, dlatego ile sił w nogach starają się nadążyć w szybkim ataku.

W tym miejscu następuje delikatne zwolnienie akcji, bo dwóch obrońców jest równie szybkich i powstrzymało kontrę. Pchełki to nie zraża, wycofuje się jednym krokiem, widzi centymetr wolnego pola i podaje piłkę idealnie w ręce partnera, który zgrzeszyłby, gdyby nie trafił do kosza. Takie podania zdarzają się jej bardzo często i równie często chwilę po nich wszyscy zgromadzeni na halach kręcą głowami w geście niedowierzania i zarazem podziwu.

Tą malutką pchełką przenikającą pomiędzy rosłymi tyczkami, jest filigranowy Ronald Moore, a jego podania i przegląd pola zostały porównane do tego, co na parkietach koszykarskich robił wybitny i wielki gracz, Tyus Edney. Tych porównań było kilka.

Jedno z nich padło po ostatnim meczu Turowa w Pucharze Europy, kiedy to ultraszybki Moore w końcówce meczu przebiegł całe boisko w zaledwie pięć sekund i po wejsciu pod kosz zdobył zwycięskie punkty dla swojej drużyny. Edney podobnego ze swoich najsłynniejszych zdobył 16 lat wcześniej w bardzo podobnych okolicznościach, kiedy to rajdem od kosza do kosza na 4.8 sekundy do końca spotkania rzucił dla UCLA kosza, dającego jego uczelni mistrzostwo NCAA.

Edney był gwiazdą nie tylko w NCAA, kiedy odbierał tytuł najlepszego pierwszoroczniaka całych rozgrywek akademickich, nie tylko wtedy kiedy kilka lat temu pojawił się w Polsce i grał w Turowie, ale także i przede wszystkim w czasach świetności i występów w Żalgirise Kowno, Benettonie Treviso, Olympiakosie Pireus czy Lottomatice Rzym. Ponadto Amerykanin był mistrzem Euroligi, MVP turnieju finałowego Euroligi, dwukrotnie został wybrany do najlepszej piątki zawodników z całej Europy. Patrząc na jego grę widziało się tylko i wyłącznie skoncentrowanego na kreowaniu gry innych, zawodnika chcącego wygrywać. W ważnych momentach domagał się piłki, a przegląd sytuacji i kontrola wydarzeń na boisku w wykonaniu Edney'a były najwyższego poziomu.

Podobne cechy widać w grze Moore'a, który tak jak w opisywanym na początku fragmencie, kocha podawać, rzucić piłkę w stronę kolegi w niekonwencjonalny, wydawało by się niezwykle chaotyczny i ryzykowny sposób, często kilka centymetrów od rąk obrońców, ale w pełni kontrolując jej lot i to gdzie ma dotrzeć. W wykonaniu większości graczy takie zagrania uznane by były za nonszalancję. W wykonaniu Moore'a to zwykłe, proste zagranie, które wykonywał setki tysięcy razy i kolejny element, który tak bardzo upodabnia go stylem gry do Tyusa Edney'a. Czasem patrząc na rezerwowego rozgrywającego Turowa, ma się nawet wrażenie, że gdyby zakazano mu rzucać, byłby najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Gdyby z kolei nie pozwolono mu podawać, niczym małe dziecko, szlochałby w kącie, aż w końcu trafił na kozetkę psychoterapeuty.

Porównanie Moore'a do Edney'a jest niewątpliwie najwspanialszym komplementem jaki ten młody zawodnik może usłyszeć.

Ale przygoda Moore'a z koszykówką w Polsce wcale nie jest usłana różami, jego niezwykle efektowne zagrania przysłania kilka ciemnych chmur. Jednym z szarych kłębków na niebie jest porównanie do innego gracza, ulubieńca zgorzeleckiej publiczności i lidera ubiegłorocznej drużyny Turowa.

- To nie Torey Thomas! - krzyczeli przed sezonem kibice PGE Turowa Zgorzelec. Fora internetowe grzmiały, bo fani chcieli za wszelką cenę, aby lider wicemistrzów Polski pozostał w drużynie. Torey, który wylądował w Rosji, rozminął się z władzami klubu zapewne w kilku kwestiach, a jedną z nich były pieniądze. Thomas nie chciał złotych gór, co sam podkreślał, a potwierdzali przedstawiciele Turowa. Ale na podwyżkę zgorzelczan nie było stać.

Moore, od chwili podpisania kontraktu stał się tym, który miał wejść w buty Thomasa.

Nie wszedł i zapewne nigdy nie wejdzie, bo Moore to zupełnie inny zawodnik. Po pierwsze kreator gry, dopiero dużo, dużo później, ktoś na kim będzie ciążyła odpowiedzialność za wynik spotkania. I to też różni go nie tylko od Thomasa, ale także od wspomnianego wcześniej Edney'a.

Brak pewnych cech wolicjonalnych u Moore'a było widać szczególnie w dwóch przegranych meczach Turowa. To do niego bowiem najwięcej pretensji mógł mieć Jacek Winnicki, szkoleniowiec wicemistrzów Polski, choć nigdy głośno tego nie powiedział i zapewne nie powie. A właśnie te przegrane mecze, to kolejne znaki zapytania i ciemne chmury nad głową Moore'a. Rezerwowy rozgrywający Turowa w meczu z Treflem przy trzech punktach przewagi, powinien i miał faulować w ostatniej akcji regulaminowego czasu gry. Nie sfaulował, nawet mimo tego, że przebiegł obok Łukasza Koszarka przez prawie całe boisko. W kolejnym meczu, Moore w kilkadziesiąt sekund wyprowadził swój zespół na pięciopunktowe prowadzenie i prawie został bohaterem rywalizacji z Czarnymi Słupsk. Prawie, jak wiemy dzięki reklamom, robi wielką różnicę, bo Moore w czterdzieści sekund, to co odrobił stracił z nawiązką. Popełnił trzy głupie błędy, które kosztowały jego zespół sześć punktów i w efekcie kolejną porażkę.

Rehabilitacja przyszła szybko, a wygrana nad Dexią w EuroCup i opisywana wcześniej świetna akcja Moore'a oczyściły konto zawodnika.

Ale czy ekscytujący fanów gracz, porównywany do najlepszych graczy w historii koszykówki w Europie Moore, sprosta oczekiwaniom? Talentem przewyższa na pewno Torey'a Thomasa, ale na szczyt czeka go długa, kręta droga i niezwykle wiele pracy oraz hektolitry wylanego na treningach potu.

P.S. Na blogu Difens można zobaczyć trzech kochających podawać zawodników, którzy grali w Polskiej Lidze Koszykówki.