Marcin Iwo Kosiński o streetballu: Nie ma odpuszczania

Często byłem mocno faulowany, co nie przeszkadzało, bo muszę się z tym liczyć. Tu każdy chce pokazać, co potrafi, ja też muszę to zrobić, dlatego też gram twardo - mówi o grze w turnieju ?Hoops with Kicks? Marcin Iwo Kosiński, zawodnik I-ligowej Rosy Radom, były reprezentant Polski.
Michał Owczarek: Zanim podpisałeś kontrakt w Radomiu, grałeś w Warszawie na turnieju streetballowym "Hoops with Kicks". Dlaczego wziąłeś w nim udział?

Marcin Iwo Kosiński: - Organizatorem turnieju jest mój przyjaciel, dlatego zdecydowałem się wziąć udział. Lubię grać w streetball. Pierwsze siedem lat mojej przygody z koszykówką wiązało się właśnie z graniem na ulicy, bo w Raciborzu nie było klubu, w którym mógłbym trenować. Z bratem godzinami graliśmy na różnych boiskach, dlatego miło mi się to kojarzy. Poza tym, traktowałem to jako element powrotu do formy.

Nie bałeś się kontuzji? Ryzyko nie jest większe?

- Po pierwsze byłem ubezpieczony, po drugie dodatkowo zabezpieczony odpowiednimi stabilizatorami, które ograniczają trochę ruch, ale gwarantują, że po takim turnieju będę cały i zdrowy.

Czy gdybyś miał podpisany kontrakt z klubem, zagrałbyś w takim turnieju?

- Nie, byłaby to podstawa do zerwania umowy. Każdy klub się zabezpiecza przed takimi wypadkami. Gdyby miał klub, pewnie czegoś takiego bym się nie podjął bez jego zgody.

Z perspektywy zawodowego koszykarza, jaki jest poziom zawodników streetballowych?

- Przede wszystkim jest tu dużo zabawy, ale też ambicji i serca do gry. Każdy wychodzi i daje z siebie wszystko. Gra jest bardzo twarda, przerasta oczekiwania.

A czy rywala inaczej traktują Ciebie, zawodowca, na takich turniejach?

- Oczywiście. Często byłem mocno faulowany, co nie przeszkadzało, bo muszę się z tym liczyć. Tu każdy chce pokazać, co potrafi, ja też muszę to zrobić, dlatego też gram twardo.

Dla ludzi, którzy nigdy nie mieli szansy zagrać na najwyższym poziomie, to świetna okazja by się sprawdzić i się wykazać. Wiadomo, że jeśli grasz przeciwko lepszym od siebie, starasz się zrobić wszystko, by wspiąć się na wyżyny sowich umiejętności. Pamiętam, gdy jako junior w Śląsku miałem możliwość gry z Robertem Kościukiem, to każdy z nas grał na 150 procent - częściej trafialiśmy, szybciej biegaliśmy. Adrenalina nam skakała i od razu graliśmy lepiej.

A Ty w takich turniejach dajesz z siebie wszystko?

- Muszę grać trochę zachowawczo, by wyjść z tego cały i zdrowy. Na pewno nie ma odpuszczania. Więcej rzucam z dystansu, mniej wchodzę pod kosz, bo mogę łatwo skończyć na betonie.

Byłeś w Paryżu na Quai54, jednym z największych streetballowych turniejów świata. Jak wygląda taka impreza? Poziom jest dużo wyższy niż w Polsce?

- Turniej odbywał się pod wieżą Eiffla. Organizacja bardzo dobra, a poziom wysoki. Uważam jednak, że gdyby zgłosiła się ekipa z Polski, to na pewno nie odpadłaby w pierwszej rundzie. Oprócz amatorów grają tam także profesjonaliści z różnych lig i chętnie bym się z nimi zmierzył. Jeśli będzie taka możliwość, to chciałbym w takim turnieju zagrać. Ale to już zależy od tego, czy będę miał podpisany kontrakt czy nie.

Wolisz grać na parkiecie czy na asfalcie?

To dwa zupełnie inne światy, inny klimat, inna adrenalina, doświadczenia. Nie mogę powiedzieć co jest lepsze. I to i to ma swój urok.