NBA. Gdyby nie Golden State Warriors...

...to teraz zachwycalibyśmy się San Antonio Spurs i Portland Trail Blazers. Spurs ciągle mają szansę na pobicie rekordowego bilansu Chicago Bulls, Blazers mają najlepszy bilans od stycznia. Żeby było ciekawiej, oba zespoły łączy najgłośniejsze nazwisko ostatniego transferowego lata - LaMarcus Aldridge.
Gdy na początku lipca zeszłego roku LaMarcus Aldridge zdecydował, że nie podpisze nowej umowy z Portland Trail Blazers, a wzmocni San Antonio Spurs niewielu spodziewało się, że ekipa z Oregonu na początku marca będzie nie tylko w grze o play-off, ale i na dobre zadomowi się w pierwszej ósemce.

Latem wymagania takich wyników od Blazers logicznie wytłumaczyć się nie dało. Zespół stracił nie tylko Aldridge'a, ale jeszcze trzech innych graczy, którzy regularnie grali w wyjściowej piątce - Wesley Matthews przeniósł się do Dallas Mavericks, Nicolas Batum trafił do Charlotte Hornets, a Robin Lopez został nowym środkowym New York Knicks. W Portland został tylko Damian Lillard, a zadziornego rozgrywającego miała wspierać grupa graczy solidnych i z potencjałem, ale raczej nie aż takim, by już w tym roku myśleć o play-off.

Na początku był tylko Lillard

Początek sezonu był rzeczywiście taki, jakiego spodziewali się sceptycy - w ataku szalał Lillard, czasem strzeleckimi umiejętnościami popisał się C.J. McCollum, ale zespół częściej przegrywał niż wygrywał. Wiele zmieniło się na początku stycznia.

Trener Terry Stotts wziął się przede wszystkim za defensywę. Kilka zmian w ustawieniu graczy na parkiecie zmusiło rywali do większej liczby rzutów z półdystansu, a jego gracze lepiej chronią teraz strefę podkoszową, co było ich bolączką na początku sezonu. O wiele lepiej zaczęli też współpracować ze sobą obwodowi, dobrze przekazując krycie, unikając katastrofalnych wpadek w pojedynkach jeden na jednego. Efekt? Blazers mają ósmą defensywę w całej lidze.

W ataku zespół napędza efektowny duet obwodowych Lillard - McCollum. Ten pierwszy rzuca średnio 25,5 punktu i ma 7 asyst na mecz. Gdy 26 stycznia okazało się, że trenerzy nie wybrali go do Meczu Gwiazd, chciał swoją grą udowodnić, jak bardzo się pomylili - stąd 51 punktów rzuconych w wygranym meczu z Warriors, stąd w ośmiu z ostatnich dziewięciu meczów rzucał 30 lub więcej punktów.

Zielone światło na szaleństwa

McCollum ma średnią 20,9 punktu na mecz przy 45-procentowej skuteczności i jest jednym z zawodników kandydujących do nagrody dla gracza, który w porównaniu z poprzednim sezonem poczynił największy postęp.

Lillard i McCollum w ataku dostali od trenera Stotts "zielone światło" na swoje szaleństwa, ale to nie znaczy, że ich koledzy czekają tylko w rogach boiska na piłkę i szybki rzut. Obrona rywali skupiona na ofensywnej dwójce, często "odpuszcza" innych graczy. A ci świetnie to wykorzystują, gdy tylko dostaną piłkę. Mayers Leonard dobrze ma się w akcjach dwójkowych z obwodowymi, Al-Farouq Aminu, Allen Crabbe i Gerald Henderson mają okazje do indywidualnych akcji, a Mason Plumlee okazał się nie tylko solidnym środkowym, ale i świetnym podającym jak na swoje warunki.

Niedoceniany architekt

To co jeszcze zwraca uwagę w grze Blazers i ma ogromny wpływ na wyniki z ostatnich tygodni, to atmosfera w drużynie, zaangażowanie wszystkich graczy i walka na całego przez 48 minut, a jeśli jest potrzeba to nawet dłużej. To duża zasługa trenera Stottsa, często niedocenianego przez kibiców, który umiał dotrzeć do swoich graczy i sprawić, że niektórzy uważani za ligowych średniaków grają nieco ponad swoje możliwości. Sporą rolę w budowaniu atmosfery w drużynie odegrał też Lillard, któremu po odejściu Aldridge'a przypisano lidera, w której sprawdza się perfekcyjnie.

Efekty styczniowych zmian w Blazers i ciężkiej pracy całej drużyny widać w tabeli. Zespół z Oregonu jest siódmy z bilansem 33 zwycięstw i 28 porażek (taki sam mają Dallas Mavericks). Od 10 stycznia Blazers z 22 meczów wygrali aż 18, pokonując pod drodze m.in. Golden State Warriors, którzy w porównywalnym okresie mają bilans 18-3, czyli tylko o jedną porażkę lepszy od Blazers.

Też mogą przegonić Bulls

18 z ostatnich 21 meczów wygrali także San Antonio Spurs. Jeśli jednak dokładniej rzucić okiem w terminarz, to od 26 grudnia mają bilans 25-3. Tak, to lepiej niż Warriors. Z bilansem 50-9, drugim nie tylko na Zachodzie, ale i w całej lidze, czają się za plecami mistrzów NBA i, choć się o tym głośno nie mówi, przecież oni ciągle jeszcze mają szansę, tak jak Warriors, na pobicie wyczynu legendarnych Bulls z sezon 1995-1996, którzy pod wodzą Michaela Jordana zakończyli rozgrywki z bilansem 72-10.

Rewelacyjny bilans to niejako efekt uboczny planu trenera Gregga Popovicha. Wielki strateg i psycholog, który od blisko dwóch dekad buduje drużyny co roku walczące o tytuł (mistrzostwo zdobył pięciokrotnie), po sprowadzeniu w lecie Aldridge'a - transferze wyjątkowym nawet jak na Spurs, bo oni w ostatnich latach w ściąganie gwiazd się nie angażowali - założył sobie jak najlepsze zgranie nowego nabytku z resztą ekipy i przekazania "kluczy" do drużyny z rąk doświadczonych, ale już myślących powoli o życiu po NBA, Tima Duncana, Manu Ginobiliego i Tony'ego Parkera do nowych szeryfów - Kawhiego Leonarda i właśnie Aldridge'a.

MVP o wielkich dłoniach

Cały proces idzie nadspodziewanie gładko, nawet jak na Spurs. Zespół ma najlepszą obronę w całej lidze, która na 100 posiadań piłki pozwala rywalom na 95,7 punktu. Atak też należy do czołówki - 109,2 punktu to trzeci wynik w lidze - za Warriors (112,4) i Oklahoma City Thunder (110,1). Spurs są także w czołowej trójce procentów zbiórek (52,6 procent zbiórek w meczach wpada w ich ręce) i efektywnej skuteczności z gry (53,5 proc.), a to wszystko mając bardzo wolne tempo gry - na 48 minut Spurs mają 96,4 posiadania, co jest siódmym wynikiem od końca. Warriors mają o blisko sześć posiadań na mecz więcej.

Spurs korzystają na wszechstronnym rozwoju Kawhiego Leonarda. MVP finałów z 2014 roku i najlepszy obrońca poprzedniego sezonu, który słynie z nienaturalnie dużych dłoni, z roku na rok staje się coraz lepszy. Rzuca średnio 20,5 punktu i ma 6,7 zbiórki oraz 2,4 asysty na mecz. W obronie może grać przeciwko takim turom jak LeBron James, ale radzi sobie właściwie ze wszystkim graczami z pozycji 1-4.

Aldridge, który ma kompletnie inną rolę niż w Blazers, potrzebował czasu, by przystosować się do systemu Spurs, ale widać, że w porównaniu z poprzednią drużyną, jego gra jest bardziej efektywna. Spurs starają się jak najlepiej wykorzystać jego umiejętności w grze bliżej kosza.

Wiedzą, jak wygrywać

Świetna forma imponuje tym bardziej, że przez kontuzję zespół stracił na kilka tygodni Ginobiliego i trener Gregg Popovich musiał zmienić rotację. Więcej szans i zaufania dostali głębocy rezerwowi Kyle Anderson, Jonathon Simmons i Rasual Butler. Jak to zwykle bywa w Spurs, grają o wiele lepiej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

Wszystko, co dobrego dzieje się w San Antonio jest nieco niedostrzegane przez, a może bardziej dzięki rewelacyjnej grze Warriors. A Spurs dobrze czują się w sytuacji, gdy uwaga nie jest na nich skupiona. Jeśli zdrowie dopisze najważniejszym graczom, będą najtrudniejszą przeszkodą dla Warriors na drodze do drugiego z rzędu mistrzostwa. To, w jaki sposób bronią i grają w ataku, może obrońcom tytułu sprawić nie lada problemy. Na Spurs trzeba uważać. Oni, jak mało kto w tej lidze, wiedzą, jak wygrywać.



NBA tabela

Dywizja/ZespółZw.Por.bilans
EASTERN CONFERENCE
SOUTHEAST
Miami1660.727
Orlando11110.500
Charlotte9150.375
Washington7140.333
Atlanta5170.227
ATLANTIC DIVISION
Boston1650.762
Toronto1560.714
Philadelphia1670.696
Brooklyn13100.565
New York4190.174
CENTRAL
Milwaukee2030.870
Indiana1580.652
Detroit9140.391
Chicago8150.348
Cleveland5170.227
WESTERN CONFERENCE
SOUTHWEST
Dallas1660.727
Houston1570.682
San Antonio9140.391
Memphis6160.273
New Orleans6170.261
PACIFIC
L.A. Lakers2030.870
L.A. Clippers1670.696
Phoenix10120.455
Sacramento8130.381
Golden State5190.208
NORTHWEST
Denver1470.667
Utah13100.565
Minnesota10110.476
Oklahoma City9120.429
Portland9140.391