Gortatów dwóch: koszykarz i bokser

- Boli mnie, że publiczna telewizja nie jest zainteresowana transmisjami meczów z udziałem Marcina. Przecież mogliby odkupić prawa do pokazania jednego czy dwóch spotkań. To byłaby większa promocja koszykówki niż jesienne mistrzostwa Europy - mówi Robert Gortat, były bokser, brat jedynego Polaka w NBA.
Zanim kibice usłyszeli o Marcinie, rodzina Gortatów stała boksem. Janusz, ojciec koszykarza, był znakomitym pięściarzem. Zdobywał brązowe medale na igrzyskach w Monachium i Montrealu, nie miał sobie równych w Polsce i w Europie. Na ringu rywali lał też 37-letni Robert. Starszy brat Marcina to dziewięciokrotny mistrz Polski, a dziś strażnik miejski w Jaworznie i kibic Orlando Magic.

Wojciech Todur: Gdy nosi się nazwisko Gortat, trudno nie być kojarzonym z bokserskim ringiem. Marcin nie chciał zostać pięściarzem?

Robert Gortat: Przede wszystkim to Marcin chciał zostać piłkarzem. Bramkarzem konkretnie. Marzył o tym, że kiedyś zagra w Manchesterze United i zastąpi samego Petera Schmeichela. Gdyby tak nie urósł, to kto wie? Może by i spełnił swoje marzenie (śmiech).

Teraz ma 214 centymetrów wzrostu. Zawsze przewyższał rówieśników?

- Od przedszkola. Myśleliśmy, że coś jest z nim nie tak, bo rósł w nieludzkim tempie! Pan widział jego nogę? Przecież to jakiś kajak (śmiech)!

Pamiętam jak ojciec sprowadzał mu buty na zamówienie, bo w żadnym sklepie nie mieli jego rozmiaru.

Widział Pan kiedyś brata w ringu?

- Nawet razem sparowaliśmy! To było przed jego wyjazdem do Ameryki. Marcin przegrał w ringu, ale potem wziął nade mną rewanż pod koszem. Wynik był na styk, ale to jednak NBA było górą.

Jak on się porusza w ringu?

- No, jak amator. Ma jednak geny pięściarza. Myślę, że wystarczyłby mu miesiąc treningu i już mógłby niejednego postraszyć.

Internauci uważają, że mógłby zatrzymać samego Nikołaja Wałujewa.

- No nie wiem. Fakt, że jest zwierzęco silny i wytrzymały. Mimo tych 214 centymetrów jest bardzo sprawny, to pewnie dzięki treningowi bramkarskiemu. Koszykówkę zaczął trenować na poważne dopiero w wieku 17 lat. Wystarczyło mu osiem lat by wdrapać się niemal na sam szczyt. Nie osiągnąłby tego samą pracą, ma olbrzymi talent.

Stał się Pan kibicem brata? Ogląda Pan i analizuje jego mecze?

- Z tym jest problem. Nie mam w domu Canal+, to dla mnie za duży wydatek. Boli mnie, że publiczna telewizja nie jest zainteresowana transmisjami spotkań z udziałem Marcina. Przecież mogliby odkupić prawa do pokazania jednego czy dwóch meczów. To byłaby większa promocja koszykówki niż jesienne mistrzostwa Europy. Ostatnio zadzwonił do mnie dziennikarz z TVP z prośbą o namiar na brata. Teraz sobie o nim przypomnieli, bo zagrał supermecz? Jestem zdruzgotany taką postawą.

To co z tymi meczami, nic Pan nie widział?

- Szukam skrótów w internecie. Wiem też, że jest strona, która pokazuje całe spotkania. Na pewno z niej skorzystam. Kibicuję bratu na odległość. Zazwyczaj gdy on gra, to ja wtedy śpię. Zaraz z rana sprawdzam jednak, jak mu poszło, jakie miał statystyki. Jesteśmy w stałym kontakcie. Gdy gra na wyjeździe, to do siebie esemesujemy, gdy jest na miejscu, to rozmawiamy przez Skype'a.

A wie Pan, z kim Marcin rywalizuje o miejsce w pierwszej piątce Orlando Magic?

- Z Howardem. Gdy po meczu w Filadelfii jeden z graczy "Sixters" powiedział, że Orlando z Gortatem jest lepszą drużyną od tej z Howardem, byłem bardzo dumny. Mimo wszystko uważam, że Marcin będzie miał olbrzymie problemy, żeby wygrać z nim rywalizację.

Koszykówką zainteresował się Pan dzięki bratu?

- E, nie. Pamięta pan ten okrzyk: "Hej, hej, tu NBA!"? To mówił Włodzimierz Szaranowicz. To wtedy dowiedziałem się, że za oceanem są ludzie, którzy potrafią wyczyniać cuda z piłką do koszykówki. Jestem z pokolenia największych sukcesów Chicago Bulls. Pippen, Jordan, Kukoc - mogłem ich oglądać godzinami.

Między wami jest aż 12 lat różnicy. Ratował Pan młodszego brata z opresji?

- Przy jego wzroście? Sam był postrachem osiedla (śmiech).

Ma jakieś słabości?

- Jak każdy. Ale to profesjonalista. Jest zdeterminowany, żeby odnieść sukces. Wiem, że jest już bardzo zmęczony, ale nie odpuszcza, bo walczy o swoją przyszłość. Na słabości nie ma miejsca. Zarabia olbrzymie pieniądze, ale kontrakt, który go obowiązuje, też jest olbrzymi. To niemal książka, która opisuje głównie to, czego mu nie wolno. W NBA nie ma miejsca na frytki i coca-colę. Przyłapią go w fast foodzie i już sypią się wielotysięczne kary.

A Pan nigdy nie chciał zostać koszykarzem?

- Grałem, ale tylko dla przyjemności. Postawiłem na boks, chociaż ojciec mnie na to wcale nie namawiał. Wiedział, ile to kosztuje ciężkiej pracy i wyrzeczeń.

Ciężko było się zmierzyć ze znanym nazwiskiem?

- Nie życzę nikomu mieć za ojca słynnego sportowca i iść potem jego drogą. Wszyscy będą cię do niego porównywać. Ojciec był na dodatek bardzo wymagający. "Tego nie potrafisz zrobić? Ja to umiałem, gdy miałem dwa lata!". Tak, takie teksty też się zdarzały. Pamiętam swój pierwszy mecz ligowy w barwach Legii. Na halę Gwardii przyszło ponad 3,5 tysiąca ludzi. Wszyscy szeptali: "Popatrz! To przecież ten młody Gortat!". Byłem w takim szoku i pod taką presją, że do dziś nic nie pamiętam z tamtej walki.

Ciągle miałem pod górkę. Na zgrupowanie młodzieżowej reprezentacji Polski też pojechałem jako ostatni z klubu. Dla ojca tak naprawdę liczyła się tylko szkoła. No i na szczęście żaden kierownik czy trener nigdy mi stopni nie poprawiał.

Pięć tytułów indywidualnego mistrza Polski, cztery złote medale w drużynie pokazują, że poszedł Pan dobrą drogą.

- Czuję się niespełniony. Brakuje mi medalu na dużej imprezie. Dwa razy przegrywałem w ćwierćfinałach mistrzostw świata i Europy krzywdzony przez niedowidzących sędziów.

Nie pojechał Pan też na igrzyska olimpijskie.

- Do dziś się o to sprzeczam z ojcem. On mówił: "Nie zbijaj wagi! Zmień kategorię" - ale ja się uparłem i nie dałem rady. Potem, już w klubie, udało mi się zejść do tych 71 kilogramów. Ale zrobiłem to tylko raz w życiu i pracowało na to mnóstwo osób. Sparowali ze mną, grali w piłkę, przychodzili na dodatkowe treningi. Tylko ja wiem, ile mnie to kosztowało. Nawet największemu wrogowi nie życzę! Za cały komentarz niech wystarczy to, że zrobiłem to tylko raz w życiu.

Przeszedł Pan na zawodowstwo w wieku 32 lat. Nie za późno?

- Mądry Polak po szkodzie. Pewnie, że mogłem wcześniej. Chociażby 1999 roku, razem z Tomkiem Adamkiem i Maćkiem Zeganem. Zabrakło mi odwagi. Nie sądziłem, że boks amatorski tak szybko się skończy. A wie pan, co jest temu winne? Piłka nożna! Walczyłem w trzech polskich klubach - Ostrowcu Świętokrzyskim, Elblągu i moim Jaworznie. Wszędzie boks wykończyła piłka, a na koniec i tak nie ma niczego. Tylko afery i korupcja.

Wiem, że prowadził Pan specjalny zeszyt - taką kronikę zmagań na ringu. Jakie zdanie ją kończy?

- Nie ma ostatniego wpisu. Kto wie, może życie dopisze kolejny rozdział? Podczas niedawnej gali w Jaworznie kolega zaproponował mi, żebym wrócił na zawodowy ring. Jak tak patrzę na tych 19-latków, którzy są zmachani po dwóch rundach, to myślę, że bez problemu dałbym sobie radę.

Chce Pan kolejnych medali, pucharów?

- Z medali chleba nie ma. Wiele z nich oddałem prezesowi klubu z Jaworzna, żeby sobie powiesił w gablocie. Po prostu ciągnie mnie na ring. Ciężko tak raz na zawsze zerwać ze starym życiem.

Ale przecież Pan ma nowe życie. Jest Pan strażnikiem miejskim.

- Teraz jest w porządku, ale zaraz po tym, gdy przestałem boksować, to czułem się koszmarnie. Brakowało mi tego poklepywania po plecach.

Lubię swoją pracę. Czasami spotkam kogoś, kto mnie pamięta z ringu. Jedni chcą się ze mną zmierzyć, inni biorą mnie na "panie mistrzu" i proszą o mniejszy mandat. Nie brakuje też takich, którzy myślą, że skoro uprawiałem boks, to muszę być małym bandziorkiem. Wbijcie sobie raz do głowy, że do boksu trzeba mieć głową i charakter, a nie wyłącznie mocne i szybkie ręce!

Trenuje Pan też dzieci. Nie brakuje Panu cierpliwości?

- A brakuje, teraz już się tak mojemu ojcu nie dziwię (śmiech). Czasami złapię jakiegoś chłopaka na piciu piwa na mieście, a potem spotykamy się na treningu. Martwi mnie to, że młodzież taka chuderlawa. Niektórzy to nawet biegać nie potrafią, nie mówiąc o skoku przez kozła czy skrzynię. W szkolę nauczyciel rzuca dzieciom piłkę i myśli, że jest po sprawie, a potem przychodzą igrzyska i cały naród się dziwi - dlaczego tak mało medali?







NBA tabela

Dywizja/ZespółZw.Por.bilans
EASTERN CONFERENCE
SOUTHEAST
Miami1660.727
Orlando11110.500
Charlotte9150.375
Washington7140.333
Atlanta5170.227
ATLANTIC DIVISION
Boston1650.762
Toronto1560.714
Philadelphia1670.696
Brooklyn13100.565
New York4190.174
CENTRAL
Milwaukee2030.870
Indiana1580.652
Detroit9140.391
Chicago8150.348
Cleveland5170.227
WESTERN CONFERENCE
SOUTHWEST
Dallas1660.727
Houston1570.682
San Antonio9140.391
Memphis6160.273
New Orleans6170.261
PACIFIC
L.A. Lakers2030.870
L.A. Clippers1670.696
Phoenix10120.455
Sacramento8130.381
Golden State5190.208
NORTHWEST
Denver1470.667
Utah13100.565
Minnesota10110.476
Oklahoma City9120.429
Portland9140.391