EuroBasket 2013. Dlaczego nie mamy dobrych rozgrywających? Czy Polska w ogóle "produkuje" dobrych koszykarzy?

- Polscy koszykarze z bilansem 1-4 szybko odpadli z EuroBasketu w Słowenii, a my, obserwując mistrzostwa i zastanawiając się nad słabościami polskiej reprezentacji, wielokrotnie rozmawialiśmy o rozgrywających, których w Polsce nie ma. Dlaczego? Zapytałem fachowców. Okazuje się, że tu nie chodzi tylko o rozgrywających... - pisze Łukasz Cegliński ze Sport.pl, który przepytał trenerów, byłych rozgrywających, skautów.
Łukasz Koszarek, Robert Skibniewski. Krzysztof Szubarga, Łukasz Koszarek. Łukasz Koszarek, Robert Skibniewski. I znów Koszarek, a za nim Szubarga to pary polskich rozgrywających na czterech ostatnich turniejach o mistrzostwo Europy. Robią, co mogą. Ile mogą? Turniej w Słowenii pokazał, że dużo mniej niż np. Czech Tomas Satoransky.

Dlaczego w Polsce od lat nie potrafimy wychować dobrych rozgrywających? Cóż, w rozmowach z fachowcami okazuje się, że nie tylko rozgrywających...

Andrzej Adamek, trener, były rozgrywający reprezentacji

- Przyczyn znajdziemy pewnie wiele, ale ja bym się skłaniał ku dwóm, które od lat są widoczne w polskim szkoleniu młodzieży. Po pierwsze - selekcja i tzw. undersizing. Młody chłopiec, jeśli tylko jest trochę wyższy od rówieśników, nie jest szkolony w kierunku operowania piłką, tylko ustawia się go jako zawodnika podkoszowego. A że ci wyżsi są zwykle chłopcami, którzy dojrzewają wcześniej, a potem już nie rosną, to mamy potem za niskich środkowych, za niskich skrzydłowych itd. Przykładów w lidze nie brakuje. Rozgrywającymi zostają potem ci, którzy w pierwszych etapach szkolenia byli po prostu najniżsi, a nie ci, którzy najlepiej sprawdzali się na tej pozycji. Do drużyn młodzieżowych często wybiera się graczy, którzy dobrze wyglądają w danym momencie, szybciej się rozwinęli. Nie stawia się na tych, co są słabsi fizycznie, choć wiadomo o nich, że mogą urosnąć później.

- Po drugie - pamiętam jeszcze ze swojej kariery, że grając jako rozgrywający lub rzucający, nie czułem się komfortowo z moim kozłem. I wydaje mi się, że wciąż jest tak, że w szkoleniu młodzieży zbyt małą wagę przywiązuje się do uczenia techniki, a za dużo jest uczenia gry - jak ustawić zasłonę, jak bronić strefą itd. A technika indywidualna jest szalenie istotna i jak nie wykształci się jej na samym początku, to potem trudno nadrobić braki. Trenerzy młodzieżowi nie mają możliwości wypracowania tylu godzin treningowych, ile by chcieli - bo brakuje miejsca na sali, bo są inne zajęcia itd. Jak nie ma czasu, to pewne rzeczy się pomija, gubi po drodze. Na dodatek kluby mają za mało pieniędzy na szkolenie młodzieży i to często trener musi szukać środków na koszulki, sprzęt treningowy itp., więc automatycznie ma mniej czasu dla dzieci.

- Koszykówka od dawna jest w Polsce w słabej sytuacji, moim zdaniem powinno rozpocząć się debatę nad zmianami systemowymi w naszym szkoleniu. Trenerzy prowadzący grupy młodzieżowe są słabo wynagradzani, przyznaje im się nagrody za np. zwycięstwa w makroregionie czy w mistrzostwach Polski, podczas gdy należałoby rozważać system premiowania polegający na otrzymywaniu kilku procent wartości kontraktu podpisywanego przez zawodnika w profesjonalnej koszykówce. Może to bardziej motywowałoby trenerów do pracy z zawodnikami, którzy wymagają więcej uwagi, teraz grają słabiej, ale mogą się lepiej rozwinąć?

- Nie jest też dobrze, że w minikoszykówce często gra się na wysokie kosze. Do koszykówki przychodzi coraz mniej dzieci, a to jest sport trudny w nauczaniu. Maluchy czy młodzież nie od razu mają satysfakcję z jej uprawiania. W piłkę nożną lepiej lub gorzej umie grać każdy, większość kopnie do bramki. A w koszykówce nie każdy dziesięcioletni dzieciak dorzuci do kosza. Mecze minikosza często kończą się małymi wynikami, punkty zdobywa się rzadko, przypadkiem. Wydaje mi się, że im częściej dziecko miałoby szansę trafiać do kosza, tym bardziej lubiłoby grać w koszykówkę. Jest różnica między wynikiem 8:2, a 40:30. To drobna, ale ważna rzecz, by w minikoszu grać na niskie kosze. Trzeba dawać młodemu zawodnikowi możliwość samorealizacji, to szalenie istotne.

Rafał Juć, skaut Denver Nuggets na Europę:

- Należy sobie zadać pytanie nie tyle o rozgrywających, co o to, czy Polska w ogóle "produkuje" jakichś koszykarzy? W USA 20 proc. osób, które mają ponad 213 cm wzrostu, gra w NBA. To jest właśnie system - rodzice, widząc, że ich syn ma określone warunki fizyczne i predyspozycje do gry, wiedzą, że jeśli będzie pracował, to ma realną szansę na dojście do NBA. A czy w Polsce jest pewien system i myśl szkoleniowa, która pozwala powiedzieć, że klub X szkoli graczy na skalę Y? Hiszpania ma Barcelonę, inne kraje swoje ośrodki. Polska - nie. Maciej Lampe i Marcin Gortat, nasi jedyni zawodnicy grający na światowym poziomie, zostali wyszkoleni poza Polską, ale w przypadku obwodowych się to nie zdarza, bo za granicą niższych ludzi są miliony. Lampe i Gortat byli ciągnięci za uszy do koszykówki ze względu na swoje ponadprzeciętne warunki fizyczne.

- W Polsce gra w koszykówkę, jej trenowanie, zaczyna się dość późno - w czwartej, piątej klasie szkoły podstawowej. W Hiszpanii wstępna, pierwsza selekcja odbywa się w wieku lat ośmiu, kiedy dzieci zaczynają się bawić piłką do koszykówki. Oglądam to, co dzieje się w polskich klubach młodzieżowych, szczególnie na Mazowszu, i widzę, że nie ma spójnego planu. Trenerzy zajmują się wynikami i obecną sytuacją, a nie tym, co z chłopcami, których trenują, będzie za kilka lat. Może rolą PZKosz lub związków okręgowych jest, by szkolenie ujednolicić, pokazać trenerom, co w danym wieku jest najważniejsze?

- Naszym drużynom młodzieżowym, klubowym, brakuje meczów i rywalizacji na dobrym poziomie. Byłem na stażu w Armani Jeans Mediolan, w którym drużyna do lat 17 zdobyła w tym roku mistrzostwo Włoch. Tam każdy rocznik występuje w trzech różnych ligach i rozgrywa w tygodniu trzy spotkania, dzięki czemu uczy się gry pod presją. A trenuje - bez kontaktu. Wykonuje się dużo ćwiczeń z piłkami, gra się jeden na jednego, rozgrywa się szybkie sytuacje meczowe, ale nauka wykonywania ich oraz zagrywek całego zespołu odbywa się w warunkach meczowych, podczas prawdziwej rywalizacji.

- Trenerzy w Polsce, z obawy przed stratami piłki, wynikami, każą rozgrywać chłopcom, którzy są wczesnorozwojowcami i dzięki warunkom fizycznym radzą sobie lepiej lub takim, którzy trenują najdłużej i najlepiej panują nad piłką. Tymczasem w Turcji, gdzie selekcja do kadry do lat 16 rozpoczyna się w grupie dwunastolatków, z około setki chłopców połowa wybierana jest na podstawie obecnych umiejętności i talentu, a połowa ze względu na posiadany potencjał. Inny przykład - w Rydze powstała akademia koszykówki, która skupia wszystkie szkoły podstawowe. Do 14. roku życia każdy przechodzi trening ogólny bez względu na warunki fizyczne, wzrost i obecne umiejętności.

- W Polsce od rozgrywek najmłodszych gra jest bardzo mocno zdominowana przez zagrywki i rola rozgrywających ograniczona jest do przeprowadzania piłki, wywołania zagrywki. Kreatywność jest karcona. To ogromny kontrast w porównaniu z np. Barceloną, gdzie trenerzy uczą chłopców przed sezonem schematów, które są tylko punktem wyjścia do kreatywnych rozwiązań podejmowanych przez zawodników. A właśnie tego brakuje naszym rozgrywającym i obwodowym, którzy tkwią w schematach, a nie potrafią grać kombinacyjnie na małej przestrzeni, pod presją, kreować akcji.

- Zastanawiam się też nad charakterem, mentalnością Polaków. Wiadomo, że rozgrywający musi być wyrazistą osobowością, że w trudnym momencie krzyknie, albo weźmie odpowiedzialność na siebie. W Polsce takich "łobuziaków" albo w ogóle nie dopuszcza się do sportu, albo oni nie są zainteresowani koszykówką, która nie jest popularną dyscypliną. Ale słyszałem też teorię, że dobrzy rozgrywający się rodzą, a nie są szkoleni. Ich jednak nie ma, bo w kosza zaczynają grać, nikogo nie obrażając, "resztki" po piłce ręcznej czy siatkówce. Tam selekcja rozpoczyna się wcześniej, a sport jest pokazywany w telewizji, atrakcyjny dla rodziców. I oni to tam, a nie na koszykówkę, zapisują dzieci.

Wojciech Kamiński, trener, były rozgrywający

- To nie jest tak, że w Polsce cierpimy na brak dobrych rozgrywających, my generalnie nie mamy zawodników zdolnych do gry na poziomie mistrzostw Europy. Nie wychowujemy ludzi do grania w koszykówkę i dlatego mamy potem tak marny wybór. Widać to po szkołach - byłem nauczycielem, z własnego doświadczenia wiem, że dzieci, które do nich przychodzą, są coraz bardziej pokrzywione, nie chce im się ćwiczyć, nie ma mody na sport, a pierwsze trzy klasy w szkole podstawowej to są zajęcia z wychowawczyniami. A czwarta klasa to już trochę za późno, by poważnie myśleć o sporcie. Można i niektórzy to pokazują, ale wiadomo, że im wcześniej się zacznie, tym później jest łatwiej. I widać to w każdej dyscyplinie sportu, ale akurat koszykówka należy do tych trudniejszych.

- Czego przede wszystkim brakuje polskim koszykarzom? Wzrostu i fizyczności. Spójrzmy na czeskiego rozgrywającego Tomasa Satoransky'ego - jest wysoki, ale też piekielnie szybki. Słoweniec Goran Dragić jest trochę niższy, ale za to silniejszy, twardo przebija się pod kosz. A u nas zawodnikom na każdej pozycji czegoś brakuje - albo wzrostu, albo siły, albo szybkości. Dlaczego tak jest? Bo w 40-milionowym kraju jest tak mało ludzi, którzy grają w koszykówkę, że trzeba relatywnie niewiele umieć, by być materiałem na reprezentanta Polski. Nie mamy w kim wybierać. Nawet do kadry od kilku lat bierzemy tych, którzy są i chcą grać - poza nimi nie ma innych kandydatów.

- Zmienić tego nie da się ani łatwo, ani szybko. Błąd tkwi w głowach i trenerów, i zawodników - wszyscy zadowalamy się półśrodkami, małymi osiągnięciami. A może to w ogóle leży w mentalności Polaków? Ludzie, którzy wyjeżdżają trenować, grać za granicę, korzystają na tym znacznie. W szkoleniu trzeba mieć wizję i ją realizować, a u nas - patrząc od uczenia najmłodszych, po kluby z seniorskimi drużynami - tego nie ma. U nas chodzi o to, by wygrywać. Nie szkolić, tylko wygrywać. Nie uczyć ludzi grać, tylko wygrywać. A najlepiej jeszcze zarabiać na tym pieniądze.

- Mówi się, że problemem rozgrywających jest to, że trenerzy klubów ekstraklasy na nich nie stawiają, że nie mają gdzie się uczyć najwyższego poziomu. Ja, w większości przypadków, gdy byłem odpowiedzialny za prowadzenie zespołu ligowego, starałem się stawiać na polskich rozgrywających. Nie wierzę w to, że trener widząc dobrego polskiego gracza na tej pozycji, nie chciałby na niego postawić, szukałby obcokrajowca. Dwa sezony temu w Polpharmie wprowadzałem do gry 18-letniego wówczas Daniela Szymkiewicza, który ma odpowiednie ciało i głowę, by grać na europejskim poziomie. Miał trzyletni kontrakt, grał raz lepiej, raz gorzej, ale klub miał cele, które chciał realizować, do walki o play-off zaangażował trenera z zagranicy, a tym niekoniecznie zależy na polskiej koszykówce. A jak się spojrzy na całą ligę, to zdecydowaną większość stanowią właśnie trenerzy z zagranicy.

- Rozgrywających wielu nie ma, bo też trudno ich wyszkolić. Dużo łatwiej jest nauczyć kogoś rzucać, postawić na obwodzie i później go rozwijać. Z rozgrywającym jest turniej - trzeba go nauczyć wszystkich elementów gry od kozłowania, przez rzut, podanie, czytanie gry, do kontrolowania gry. Prowadzący grę musi widzieć, że jeden z jego kolegów spudłował trzy ostatnie rzuty i idzie mu źle, a tam stoi inny, który nie może doczekać się na piłkę i już się gotuje. Musi wiedzieć, kiedy i jak uruchomić zawodnika, a któremu dać odpocząć. To przychodzi dopiero z wiekiem. Na dodatek trzeba być liderem, ale takim pozytywnym - nie takim, który na wszystkich krzyczy.

- Wzrost nie ma znaczenia w tym sensie, że jest mniej ważny od wyżej wymienionych cech. Dobry rozgrywający może mieć 170 cm, a może mieć i 190. Ale ja pamiętam, jak kiedyś jeden z trenerów wybierał kadrę makroregionu w moim roczniku i wziął po prostu 12 najwyższych graczy, mówiąc najniższemu, że będzie klepał. To pewnie odosobniony przypadek, możliwe, że tak się już nie dzieje, ale takie myślenie, być może, jeszcze przetrwało.

Mirosław Noculak, trener, komentator, dyrektor sportowy PZKosz

- Na początku zauważę, że mimo niepowodzenia seniorów w mistrzostwach Europy, to ten rok był udany, bo po awansie kadry do lat 20 do dywizji A wszystkie drużyny młodzieżowe - poza żeńską do lat 16 - mamy w najlepszych grupach. To oznacza, że z tym szkoleniem nie jest tak tragicznie, tak źle. Ale nie jest też tak dobrze, jak byśmy chcieli.

- Mam wrażenie, że przy selekcji, przy szukaniu ludzi do grania w koszykówkę, wybieramy głównie wysokich. Najchętniej szkolilibyśmy takich, którzy mają powyżej 190 cm wzrostu, a najlepiej więcej niż dwa metry. Realizujemy filozofię, w myśl której koszykówka jest grą dla wysokich, a to przecież tylko częściowa prawda. W związku z tym często zawodników sprawnych, ale niższych, takich, którzy nie rokują, że będą mieli dobre warunki fizyczne, albo odrzucamy, albo się nimi nie interesujemy itd. Czyli nabór skoncentrowany jest głównie na wysokich.

- Druga sprawa, że potem, już podczas szkolenia, właśnie tych niższych graczy zatrzymać jest najtrudniej. Ci chłopcy mogą uprawiać różne dyscypliny - mogą grać w piłkę nożną, ręczną, pływać itd. i my często ich gubimy. Zostają ci, którzy chcą, selekcja znów się zawęża. Choć warto zauważyć, że problem z rozgrywającymi mają też Litwini, którzy przecież są jednym wielkim ośrodkiem szkoleniowym.

- Dobry rozgrywający powinien mieć wiele cech - oprócz tych motorycznych, sprawnościowych, musi umieć zarządzać. Ta ostatnia jest ważna, ale nie występuje powszechnie. Czy chłopak, który ma zadatki na wysokiego gracza, a zdradza cechy przywódcze i ma dobre pole widzenia, powinien być szkolony na rozgrywającego? Dobre pytanie. To przywództwo i ponadprzeciętne widzenie to są cechy, z którymi trzeba się urodzić i jak ma się takiego gracza, to warto to wykorzystywać. Poza tym w nowoczesnej koszykówce rozgrywający i rzucający powinni mieć zbliżone umiejętności, grać wymiennie. Trochę tak, jak teraz Hiszpania, gdzie rzucającym jest Jose Calderon, de facto rozgrywający. On zastępuje nieobecnego na EuroBaskecie Juana Carlosa Navarro, ale zespół na tym korzysta.

- Polskim rozgrywającym, których ostatnio próbowano w kadrze, czegoś brakuje. Albo wzrostu, albo skoczności, albo rzutu, albo siły, albo kilku rzeczy naraz. Kompletnego gracza na tej pozycji nie mamy i wynika to z tego, o czym mówiłem wcześniej - błędów w naborze i braku diagnozy, co do przyszłości młodych graczy. Podejrzewam - nie wiem tego na pewno, bo nie oglądam wszystkich trenerów w Polsce, którzy szkolą dzieci - że na rozgrywających wybiera się najniższych i potem nie patrzy na wysokich pod względem tych cech, o których mówiłem. Generalnie - graczy dopasowuje się do potrzeb drużyny, która ma wygrywać, a nie szkoli.

- Co zrobić, by to zmienić? Popularyzować koszykówkę, poszerzać grupę dzieci i młodzieży, z której selekcjonujemy graczy. W najważniejszym etapie szkolenia, na przełomie szkoły podstawowej i gimnazjum, kłaść duży nacisk na szkolenie fundamentów. To nic nowego, ale chodzi o konsekwencję. Dążymy też do tego, by nagradzać trenerów nie tylko za wynik, ale też za efekty szkolenia, czyli np. za to, że ich wychowanek trafi do którejś z reprezentacji. Chodzi o to, by zachować proporcje między rywalizacją i szkoleniem. Nie można uczyć gry w koszykówkę bez rywalizacji, ale nie można wszystkiego jej podporządkować.

- Od 2014 roku kadry wojewódzkie będą prowadzone przez ludzi z okręgów, ale wyznaczonych, po konkursach, przez PZKosz, którzy będą realizować program przygotowywany na ten etap szkolenia. Chcemy też wykorzystać dla koszykówki ministerialne programy Mały Mistrz i Multisport. Dobre programy mamy, ale trzeba je łączyć i, co najważniejsze, realizować. A do tego potrzebna jest współpraca - między związkiem, okręgami, klubami.

Jerzy Szambelan, trener młodzieżowy

- Problem jest generalny, nie dotyczy tylko rozgrywających. Proces szkolenia składa się z etapów, w którym najważniejszy jest ten drugi, kiedy uczymy podstaw. To wtedy kształci się nawyki, wyrabia się automatyzm w ofensywie i w defensywie. Ale my tego w klubach dzisiaj nie robimy. Trenerzy są poza kontrolą, nie szkolą, tylko chcą grać, wygrywać. I to jak najszybciej. Każdy chce się lansować poprzez wygrywanie, a nie nauczanie. Ostatnio prowadziłem reprezentację do lat 16 w mistrzostwach Europy i w składzie byli rozgrywający, którzy mieli problemy z kozłowaniem, nie potrafią podawać i wchodzić pod kosz. Nie stwarzają zagrożenia i to nie jest ich wina. Po prostu nikt ich tego nie nauczył. Ale czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał.

- Na innych pozycjach też to widać, bo - powtórzę - my nie nauczamy, nie szkolimy, tylko od małego trenujemy dzieci, by wygrać. Nie przerabiamy treści na poszczególnych etapach - pierwszym powinna być zabawa, oswajanie dzieci z piłeczką, usprawnianie. Dopiero później dodajemy technikę i ją głównie ćwiczymy, by przygotować zawodnika, którego w okresie juniorskim możemy już wkomponować w zorganizowane obronę i atak. On musi mieć już na tyle wykształconą technikę użytkową, żeby na pełnej szybkości kozłować, podawać, dobrze się zatrzymać. Mieć kontrolę nad ciałem, mieć kontrolę nad piłką. Tylko że jeśli ktoś realizuje proces szkoleniowy w ten sposób, prawidłowo, to nie będzie wygrywał. Więc wygrywać uczymy zawodników, którzy nie potrafią się zatrzymać w stabilnej pozycji pozwalającej oddać dobry rzut, nie potrafią się uwolnić obrońcy albo podają kolegom piłkę w kolana. Nie mają kontroli nad ciałem, więc trudniej im jest też np. wchodzić pod kosz.

- Szkolenie wygląda smutno, ale wiem, co mówię - mam 65 lat, siedzę w tym długo. Nic się nie zmienia. W tej chwili w zasadzie nie ma zawodu trenera, daje się dodatek w wysokości 300 czy 500 złotych komuś, kto trzy razy w tygodniu prowadzi sobie jakąś grupkę, jeździ na mecze. Ale nikt nie ma nad tym kontroli, kluby nie są zainteresowane szkoleniem młodzieży, stawiają na zawodową koszykówkę - sponsor daje pieniądze i wymaga. Co zrobić, by to zmienić? Polski Związek Koszykówki musi mieć pomysł na nowy system organizacyjno-szkoleniowy w obecnej sytuacji ekonomiczno-społecznej. Kiedyś kluby były zakładowe, dostawały pieniądze, obowiązkowo szkoliły młodzież, byli zawodowi trenerzy. Potem to państwo nakazów upadło, nowy system nie powstał.

- PZKosz ze swoim pomysłem powinien pukać do ministerstw odpowiedzialnych za sport, za oświatę. Trzeba szukać modelu szkolnego, bo to tam są i dzieci, i baza. Przez szkołę można odbudować też zawód trenera, czyli nauczyciela, który na terenie szkoły organizuje sport młodzieżowy. Na dodatek sport jest najlepszą formą wychowania, wartością społeczną. Tyle że nasze obecne władze, politycy, nie zwracają na to uwagi. Zajmują się sobą.