Sylwester Szmyd dla Sport.pl: Jadę po koszulkę górala

- Tour de France to wyścig, w którym pięć minut może zmienić całe życie - mówi Sylwester Szmyd, jedyny Polak w najsłynniejszej na świecie kolarskiej pętli. W poniedziałek drugi etap wyścigu. Relacja w Sport.pl od godziny 13.00.
Sylwester Szmyd
Fot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl

Przemysław Iwańczyk: Jeden Polak w Tour de France to dowód zapaści polskiego kolarstwa czy powód do dumy?

Sylwester Szmyd: Ani to, ani to. Można by mówić o regresie, gdyby rokrocznie startowało nas dziesięciu, a teraz tylko ja. Owszem, były lata, kiedy było nas nawet trzech, teraz też na upartego mogło się tak zdarzyć, ale tak po prawdzie, co by to zmieniło...

Pan jedzie jako gregario, najważniejszy pomocnik lidera grupy Ivana Basso, który właśnie dzięki panu wygrał Giro d'Italia.

- Tyle że TdF od Giro pod względem sportowym różni się kolosalnie. We Włoszech inni "wózkowali się" na naszej pracy. We Francji sprawy w swoje ręce wezmą Astana Contadora i Radioshack Armstronga, może dołączy do nich Saxo Bank braci Schlecków. Moi liderzy z Liquigasu, a więc Ivan i Roman Kreuziger, będą chcieli wykorzystać ich pracę, a później - jeśli nadarzy się okazja i Contador będzie ciął się z Armstrongiem - zrobić swoje i zaatakować. Wtedy my wkroczymy do akcji.

Myśli pan, że między Contadorem i Armstrongiem znów dojdzie do bezpardonowej walki?

- Dla Armstronga to ostatni TdF, chce wygrać i już podkreśla, jak cholernie to dla niego ważne. Wiem jedno, po Tour de Suisse, gdzie wreszcie "zaskoczył", jest doskonale przygotowany. Ale najlepszym kolarzem na świecie jest jednak Contador, który wygrał cztery ostatnie wielkie toury, w których startował. Stawiam go na pierwszym miejscu, Armstronga zaś na tym samym poziomie co Schleków, Sastre, Evansa, Mienszowa, a nawet Winokurowa, no i oczywiście Basso.

Z drugiej strony Armstrong ma duży komfort - sprawdzoną ekipę obok siebie, tworzoną przez jego przyjaciela Johana Bruyneela. Tam już nie ma rozłamów, są sami lojalni pomocnicy, którzy w ubiegłym roku podczas walki z Contadorem o wewnętrzne przywództwo w Astanie stanęli przy Amerykaninie. Armstrong nigdy nie weźmie do drużyny nikogo, komu nie ufa w 100 proc.

Czym jest dla pana Tour de France?

- Jak i dla wszystkich - najważniejszym kolarskim wydarzeniem na świecie. Możemy zrobić sondę i zagadnąć przechodniów w Warszawie. Każdy będzie wiedział, co to jest, że jeżdżą tam na rowerze. Jeśli ktoś choć trochę interesuje się kolarstwem, powinien tam być przynajmniej raz. To miesiąc innego życia, bo TdF się żyje, o nim rozmawia, analizuje, prognozuje. To dla kibiców. A dla kolarzy? Nie wiem, jak to opisać. Każdy, kto tam jedzie, wie, że pięć minut może zmienić całe życie. Kiedy oglądasz życiorys kolarza, co rzuca ci się w oczy najbardziej? Oczywiście informacja, ile etapów wygrał w TdF. Kto bym tam mówił o Giro d'Italia albo Vuelcie Espana. Liczy się tylko Tour. To jest stempel w CV na całą karierę.

Spodziewałem się, że będzie pan narzekał, jak ciężką harówką jest trzytygodniowy, liczący ponad 3600 km przejazd.

- Skądże. Pod tym względem to wyścig jak każdy inny. Jeździ się łatwiej niż na przykład w Giro, gdzie przez pierwszą godzinę każdego etapu trzeba dawać z siebie wszystko. Włochy są trudniejsze do przejechania, góry TdF nie robią na mnie wrażenia, nie ma podjazdów o średnim nachyleniu 11 proc. To mój chleb, narzekać nie mam zamiaru.

Jak wygląda życie na TdF?

- Nie różni się od innych wyścigów. Zaraz, stop! Oczywiście, że się różni. Wszędzie tylko nie we Francji kolarze czekają na kolację i mówią, że to najprzyjemniejsza część dnia. Na TdF dobrze zjeść się nie da, dlatego każdy zespół ma swojego kucharza, który nigdy nie poda rozgotowanego makaronu albo podeszwy zamiast steka. Na Giro obaw nie ma, żywimy się tym, co nam podadzą organizatorzy.

Na przyjaźnie, znajomości absolutnie nie ma czasu. Budzimy się 3-3,5 godziny przed początkiem etapu. Śniadanie oczywiście zakończone makaronem, czyli bombą węglowodanową. Dojazd na miejsce, w autokarze ostatnia odprawa taktyczna, godzinę przed startem przebieramy się, bierzemy numery i idziemy na kawkę. Na Giro koniecznie do tego "La Gazzetta dello Sport", we Francji muszę obejść się bez lektury, bo po "L'Equipe" nie sięgam. Później już tylko kask na głowę, jedzenie w kieszenie i w drogę.

Na mecie prysznic, zmiana ubrania, autokar. Mam na siedzeniu książkę, odpisuję na maile. Jak dobrze pojadę etap, wiadomości jest o wiele więcej niż zwykle (śmiech). Dochodzi 20, kiedy jesteśmy w hotelu, z reguły dwie godziny później jest kolacja. Do tego czasu lubię zamknąć się w pokoju, położyć na łóżku, opuścić kotary i... nie myśleć o niczym.

Po kolacji czeka na nas masażysta. Każdy ma dwóch kolarzy, ja dzielę swojego z Ivanem Basso. Mówię o tym, bo to tak samo ważna sprawa jak trening. Traktujemy to tak poważnie, że nie zabieramy ze sobą komórek, nic nie może nas rozpraszać, absolutny relaks. Na wykonanie telefonu mam dosłownie pół godziny, przyznam się, że na ostatnim Giro przez pierwszy tydzień nie zadzwoniłem do rodziców ani razu. Żona przekazała im tylko, że u mnie wszystko ok.

Staramy się z Ivanem zasypiać pół godziny przed północą, dobrze, że żaden z nas nie jest fanem telewizji, chociaż akurat Ivan uwielbia piłkę i teraz na pewno będzie śledził mundial.

Czyli z Armstrongiem na lampkę wina pan nie pójdzie?

- Nie ma na to czasu. Tour jest cholernie wymagający, każdy szczegół jest zaplanowany, wszystko musi grać. My tam przecież pracujemy (śmiech).

Z każdego wielkiego wyścigu zapamiętuję coś na całe życie. Najbardziej wrył mi się w pamięć 2003 rok. Czułem się wyjątkowo, bo obok jechał Marco Pantani. Jechałem z legendą w grupie, rozumiesz? Potrzeba było tabunów ochroniarzy, którzy odciągaliby fanów od autobusu, którym jechaliśmy.

Zapamiętam też rok... 2010. Basso wygrał Giro, choć po jednym z etapów miał dziewięć minut straty. Choć przebiegało nam po głowie zwątpienie, nasz lider był zdeterminowany od początku do końca. Zebraliśmy się, uwierzyliśmy i zwyciężyliśmy w wyścigu, który był nie do wygrania. Podkreślam, wygraliśmy, bo sam Ivan tego nie wygrał. Tego się nie da opisać.

Ma pan jakiś rytuał związany z TdF?

- Gdybym miał pilnować, żeby zakładać najpierw lewego, a później prawego buta, albo myśleć, czy trzeba się golić, czy nie, zakręciłbym się totalnie.

Rozmawiamy trzy dni przed startem, spodziewałem się, że zobaczę skoncentrowanego człowieka, który szykuje się do wielkiego wyzwania, a widzę żartującego non stop luzaka popijającego kawę...

- Spokój przychodzi z wiekiem, to mój 17. wielki wyścig. Jeden z moich pierwszych trenerów we Włoszech powiedział: jeśli zostaniesz w zawodowym peletonie, najbardziej dotkliwe będzie nie ściganie się, nie nerwy, ale życie na walizkach. I to prawda, jak mam wyjechać z domu, pakować się, źle mi się robi. Czasem dopada mnie stres, nie ukrywam, nawet na ostatnim Giro Ivan mnie uspokajał. Gdybym jednak miał przejmować się non stop, z mojej jazdy nic by nie było.

Szczerze? Do startu zostały godziny, a ja nawet nie wiem, jak wygląda trasa. Dzwonią dziennikarze, pytają: który etap będzie kluczowy? Odpowiadam im jak najbardziej serio: nie wiem. Szwagrowi przy obiedzie też tak dzisiaj mówiłem, w końcu w komputerze znalazłem, że tegoroczny wyścig otwiera dziewięciokilometrowy prolog. Słyszałem, że będzie bruk, przełęcz Tourmalet i to wszystko. Nie mogę kłaść sobie za dużo do głowy.

Specjalnych przygotowań też nie było?

- Nie. Zachowuję się normalnie. Tata kupił ostatnio świetną kiełbasę. Upieczona na grillu, do piwa smakowała, jak nie wiem. Jestem normalny, nie popadam w paranoje. Zawsze coś wieczorem popijam: albo piwo - jedno! - albo kieliszek wina.

Jaki jest pana plan na tegoroczny TdF?

- Może wygranie etapu. Na pewno zakręcę się po koszul [tak kolarze mówią o koszulkach - red.] górala. Z drugiego szeregu dobrze się sięga po takie wyzwania. Mam sporo pomysłów na ten wyścig, na pewno nie jadę, żeby przejechać.

Jaką nagrodę przewidział pan dla siebie po udanym sezonie?

- Jechać z żoną do Sopotu do naszego mieszkania, wieczorem iść nad morze, nie myśleć o niczym, nie odbierać telefonu, nie zachowywać się jak złodziej. Tak mówi mój tata: wpadliście jak złodzieje, na chwilę.

Wielki pojedynek po raz drugi: Armstrong kontra Contador II ?

Więcej o: