Zamana: Rower daje mi zdrowie

Problem starszych kolarzy jest taki, że nie powinni więcej trenować, ale więcej odpoczywać - mówi 39-letni Cezary Zamana, który wciąż ściga się na rowerze.

Olgierd Kwiatkowski: Wielu Pana kolegów z peletonu, mając 39 lat, zostaje trenerami albo dyrektorami sportowymi. A Pan nadal się ściga.

- Pewnie brakuje miejsca dla wszystkich kolarzy, by zostali potem dyrektorami albo trenerami. Mówiąc poważnie, kiedy zacząłem organizować masowe imprezy dla rowerzystów, zauważyłem, że jestem wręcz młodym kolarzem. To tylko w peletonie jestem najstarszym zawodnikiem, prawie dziadkiem. Nie przeszkadza mi to. Czuję się bardzo dobrze psychicznie i fizycznie. Mam też świetną atmosferę w grupie. To wszystko sprawia, że chcę się dalej ścigać.

Miał Pan szczęście, bo w tym sezonie Pana grupa Intel Action pozbyła się kilku doświadczonych kolarzy.

- Grupy zawodowe się odmładzają. W ubiegłym roku Intel był chyba najstarszym teamem na świecie. Nie może być jednak tak, że totalnie odmładza się drużynę, bo zabraknie wtedy doświadczenia. Starszy zawodnik może przekazać dużą wiedzę na temat ścigania, taktyki. Nie same nogi decydują o wygrywaniu wyścigów.

Powiedział Pan, że dobrze czuje się fizycznie i psychicznie. Nic Pana nie boli?

- Co więcej - od trzech, czterech lat coraz lepiej się czuję, choć miałem dwa lata temu dosyć poważną kontuzję i przeszedłem zabieg wycięcia kawałka mięśnia pośladkowego. To bardzo ważny mięsień u kolarza. Decyduje o jeździe w górach. Po tym zabiegu lekarze uważali, że muszę dochodzić do siebie przez trzy, cztery miesiące. Ale ja już po czterech tygodniach wsiadłem na rower. Kiedy lekarze to zobaczyli, stwierdzili, że przy takich schorzeniach będą chorych w ramach rehabilitacji kierować na rower.

Jaka jest recepta na formę zawodowego kolarza w tym wieku?

- Gdy byłem młodym zawodnikiem, po ciężkim treningu czułem się nieźle już po dwóch, trzech godzinach. Teraz potrzebuję pięciu, sześciu godzin, aby się zregenerować. Trzeba się po prostu położyć i odpocząć. Przedtem rzadko to robiłem. Teraz konsekwentnie, zwłaszcza po sezonie, dbam o odpoczynek. Organizm musi odreagować olbrzymi wysiłek, jaki kolarz ponosi w sezonie. Problem starszych kolarzy jest taki, że nie powinni więcej trenować, ale więcej odpoczywać.

Ile Pan trenuje?

- Przejeżdżam rocznie 36-38 tys. km, a na nartach przebiegam 4-5 tys.

Tylko odpoczynek, trening daje Panu siłę?

- Duży sekret w osiągnięciu wyników sportowych tkwi w żywieniu. Od kilku lat wypracowałem własny model diety. Stosuję więcej węglowodanów. Jem dużo makaronów, ryżu, a przy mniejszych obciążeniach przechodzę na białka, warzywa. Oczywiście odrzucam fast foody, ciastka z supermarketów. Ale nie odmówię sobie kiełbasy, pod warunkiem jednak że pochodzi z dobrego uboju. Wręcz stosuję kuchnię tradycyjną. Jak jestem w górach, to zamówię i góralskie jadło, i golonkę, ale bez skóry.

Do diety dochodziłem wiele lat i wypracowałem własny model. Odrzuciłem niektóre, które mnie oszukiwały. Co gorsza, nadal się o nich pisze w czasopismach sportowych. Wiele lat temu nawet na zgrupowaniach kadry mówiono nam, że nie można jeść jajek, bo cholesterol jest zły. Nagle okazało się, że cholesterol produkuje sam człowiek i że jest to tylko kwestia ograniczenia złych tłuszczów.

Przy takich obciążeniach, jakie mają kolarze, nie obejdzie się Pan bez medycyny.

- Stosuję medycynę naturalną. Najpierw zetknąłem się z chińską, teraz od kilku już lat pomaga mi lekarz z Mongolii. Jest doktorem nauk medycznych, skończył uczelnię w Polsce, ale swoją wiedzę zdobył również od ojca, a jego ojciec od dziadka.

Medycynę współczesną stosuję tylko w naprawdę trudnych sytuacjach. Biorę zioła, wyciągi z korzeni, oprócz tego akupunkturę, masaże. Po takich zabiegach mam spokój wewnętrzny, a to z kolei szybko mnie regeneruje. Bardzo pomaga mi to walczyć ze słabościami na trasie, np. z głodem. Kiedyś bardzo dużo odżywiałem się podczas wyścigów, ale wtedy organizm był obciążony wysiłkiem trawienia. Dziś szukam gdzieś wewnętrznych rezerw. Odpowiednia dieta, kontakt z medycyną naturalną mi to umożliwiają.

Nie chcę mi się wierzyć, że kolarz taki jak Pan nie stosuje leków, odżywek? Nie przejedzie Pan bez nich Tour de Pologne czy innej wieloetapówki.

- Mówię głównie o okresie posezonowym i przygotowawczym. W sezonie odżywki są niezbędne. Nie mogę przecież zjeść schabowego, bo jest zbyt ciężkostrawny i zawiera zbyt mało białka, abym zregenerował mięśnie po wysiłku. Odżywki dobrych firm pozwalają szybciej dojść do siebie.

Ma Pan za sobą również wpadki dopingowe...

- Wielu znanych i szanowanych kolarzy także miało takie problemy.

Ale dlaczego akurat Panu się przytrafiły?

- W przypadku Tour de Pologne wynikało to z niewiedzy. Stosowałem wtedy różne diety, jedna z nich pozwalała mi utrzymać niską wagę. Brałem ogólnodostępny lek na lepszą przemianę materii. W sumie nic mi to nie dało, a nagle okazało się, że jeden ze składników leku był na liście środków niedozwolonych. Straciłem drugie miejsce w wyścigu, konsekwencje okazały się więc makabryczne.

Nasza drużyna miała niski budżet, a ścigaliśmy się na dużych wyścigach. Lista środków zakazanych liczyła kilkaset pozycji. To wszystko jest skomplikowane, bo np. lek nie jest na takiej liście, ale składniki, które wchodzą w jego skład, są zakazane. Można się było w tym wszystkim pogubić.

Ma Pan taką listę środków zakazanych?

- W ogóle odszedłem od leków. Taka lista nie jest mi potrzebna. Opieram się na medycynie naturalnej i na odżywkach sportowych renomowanych firm.

A zioła są na takiej liście?

- Mak w dużej ilości ma w sobie opium. Gdybym zjadł za dużo makowca na święta, wpadłbym na kontroli antydopingowej.

Jest jeszcze czyste kolarstwo?

- Kolarstwo jest na celowniku. Najgorsze jest to, że środki ogólnodostępne mogą być na liście środków zakazanych. Na przykład wziąłbym aspirynę we Francji i miałbym od razu kłopoty. Z kofeiną są też problemy. Za dużo kawy nie mogę pić. A ja strasznie lubię kawę. Ale moda na doping w kolarstwie jest, nie da się temu zaprzeczyć.

Przybywa wpadek, i to najlepszych kolarzy. W zeszłym roku zdyskwalifikowany został zwycięzca Vuelta a Espana Roberto Heras...

- Dziwię się temu. Heras mógł spokojnie wygrać Vueltę, nie biorąc dopingu, skoro przez tyle lat, przez tyle etapów był badany i wszystko było OK. Coś się mogło wydarzyć. Nie wiem co. Zadziałał jakiś impuls. Może presja, przecież w kolarstwie są ogromne pieniądze.

Zresztą cały sport ma z tym problem. W Formule 1 też są przekraczane normy - jedni stosują płaty dociskowe, inni nie. To jest jak doping w kolarstwie.

Może pozwolić sportowcom na jawne stosowanie dopingu?

- Dobrze, że są granice i kontrole. Jeżeli mam 39 lat, to stosując doping, długo bym nie pociągnął. Każdy lekarz potwierdzi, że wszystkie środki z czasem wyjdą z człowieka.

Kolarze, biorąc doping, działają na własną rękę?

- Czasami młodzi, niedoświadczeni, o słabszych charakterach. Uważam, że większość jest uczciwa. Istnieje zbyt duże ryzyko wpadki.

Młodzi kolarze sami się eliminują. Jeśli nie wpadają na kontrolach, to po dwóch-trzech latach ścigania przestają istnieć. Doping ich wypala. To jest jak dodanie do samochodu koni mechanicznych. Jeżeli nie zmienimy czegoś w podzespołach, to się auto rozpada.

Kolarstwo zawodowe to ciężka praca na treningach. Nie da się być mocnym tylko na chwilę. Dopiero w wieku 27, 28 lat człowiek staje się dojrzałym zawodnikiem. Junior, który zaczyna od dopingu, nie da rady.

Niech mi Pan powie tak naprawdę, dlaczego jeszcze się ściga i kiedy Pan skończy?

- Rower jest po prostu zdrowy, jazda w zawodowym czy w amatorskim peletonie daje mi siłę. A skończę z kolarstwem wtedy, kiedy mi zabiorą rower.

Był w grupie z Armstrongiem

Cezary Zamana 39 lat skończy w listopadzie. Na rowerze jeździ od 35 lat. Pod koniec lat 80., gdy był jeszcze juniorem i jechał z reprezentacją Polski na wyścig do Meksyku, został wraz z Andrzejem Mierzejewskim w Nowym Jorku. Polski związek zawiesił go na dwa lata, ale Zamana zaczął się ścigać w Stanach w wyścigach zawodowców. Potem dołączył do grupy Subaru Montgomery, którą stworzył w USA polski trener Edward Borysewicz. Jeździł tam m.in. z późniejszym siedmiokrotnym zwycięzcą Tour de France Lance'em Armstrongiem. Ze słynnym Amerykaninem spotkał się również w drużynie Motorola, swej ostatniej zagranicznej grupie zawodowej. Brał udział w Tour de France, zajmując 100. miejsce w 1994 roku. Za swój największy sukces uznaje zwycięstwo w Tour de Pologne w 2003 roku, w wieku 35 lat. W ostatnich czterech latach trzykrotnie wygrał challange PZKol. na najlepszego polskiego kolarza (w rankingu brane są pod uwagę punkty zdobyte w krajowych i zagranicznych wyścigach). Od roku organizuje maratony rowerowe w okolicach Warszawy, w których startuje blisko tysiąc osób.

ok

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.