To wrzód polskiego sportu. "Same niecenzuralne słowa się cisną na ich temat"

Łukasz Jachimiak
- To jest chora sytuacja, same niecenzuralne słowa się cisną na ich temat - mówi o działaczach Polskiego Związku Kolarskiego wicemistrz świata i mistrz Europy w kolarstwie torowym Mateusz Rudyk. - Śmiem twierdzić, że nikt na świecie nie miał takich problemów w walce o igrzyska, jakie mieliśmy my - opowiada o zakończonych właśnie kwalifikacjach do igrzysk olimpijskich Paryż 2024.

Mateusz Rudyk to lider kadry polskich kolarzy torowych. Niespełna 29-latek w swojej karierze zdobył już m.in. brązowy medal mistrzostw świata oraz siedem medali mistrzostw Europy (złoto oraz po trzy srebra i brązy).

Zobacz wideo Michał Probierz odpowiada na głośny tekst Sport.pl. Mocna polemika. "Dobrze, że się prześlizgnęliśmy"

Rudyk to olimpijczyk z Tokio, który teraz wywalczył dla Polski kwalifikacje na igrzyska olimpijskie Paryż 2024 w dwóch konkurencjach - w sprincie i w keirinie. W sumie polskich torowców zobaczymy w Paryżu w ośmiu konkurencjach. I gdy na sto dni przed rozpoczęciem igrzysk analizujemy nasze szanse medalowe, warto zauważyć, że akurat im te szanse bardzo mocno ograniczają polscy działacze. Ci kolarscy nie potrafili nawet znaleźć pieniędzy na starty zawodników w kwalifikacjach.

Łukasz Jachimiak: Zacznijmy od pytania z cyklu "prawda czy fałsz". Uwaga: Na sto dni przed igrzyskami olimpijskimi w Paryżu w polskim kolarstwie wszystko tak bardzo stoi na głowie, że naprawdę dużym sukcesem są już wywalczone przez was kwalifikacje, w tym dwie przez ciebie.

Mateusz Rudyk: Niestety, sama prawda. I zacznijmy od tego, że ja nie mam kwalifikacji, tylko ma je Polska. Bo w kolarstwie nie ma imiennych kwalifikacji, są dla kraju.

Ale chyba nie boisz się o swój wyjazd na igrzyska?

- Liczę, że nie będzie z tym problemu, bo w głównej mierze to ja te kwalifikacje wywalczyłem, swoimi dobrymi wynikami przez ostatnie dwa lata, bo aż przez dwa sezony trwała walka o igrzyska. Trzeba było długo być w światowej czołówce, żeby wywalczyć miejsca na paryskie igrzyska i cieszę się, że to mi się udało. Ale bardzo boli, że zabrakło nam punktów w drużynie sprinterskiej. A tak naprawdę zabrakło startów. Niestety, to jest pokłosie tego, co się dzieje z zarządzaniem naszym kolarstwem. Ono jest na takim poziomie, że w wyścigu szosowców w Paryżu pojedzie tylko jeden polski kolarz.

Umiałbyś wybrać między Michałem Kwiatkowskim a Rafałem Majką?

- Na pewno nie. A to, że trzeba będzie takich wyborów dokonywać, najlepiej pokazuje, jak katastrofalna jest sytuacja polskiego kolarstwa. Polski Związek Kolarski boryka się tak ogromnymi długami i problemami, że już zupełnie nie dba o zawodników.

Wasza drużyna sprinterska przegrała walkę o awans na igrzyska między innymi dlatego, że w marcu nie wysłano was na Puchar Narodów do Hong Kongu, prawda?

- Zgadza się. Po prostu nie było na to pieniędzy. A na ostatnie kwalifikacyjne, czyli na zawody, które kilka dni temu odbyły się w Kanadzie, pieniądze wykombinowaliśmy ja z trenerem Igorem Krymskim. Przez to, jak fatalnie się dzieje w Polskim Związku Kolarskim, ministerstwo sportu przez długi czas miało związane ręce, nie mogło przekazywać środków na szkolenie i szukało pośrednika. Gdyby nie pomógł nam Urząd Marszałkowski Województwa Lubelskiego, to nie byłoby nas również w Kanadzie. Na szczęście lubelskie nam pomogło, przydało się to, że jestem zawodnikiem klubu Lubelskie Perła Polski i pan marszałek Stawiarski zapewnił sfinansowanie pobytu naszej reprezentacji na zawodach w Kanadzie. Ale tak nie powinno być. Wszystko działo się na ostatnią chwilę - do końca się martwiliśmy czy wystartujemy, czy dolecimy na czas, czy jeszcze zdołamy kupić bilety. Przecież to nie do mnie, zawodnika, i nie do trenera, należy ganianie za pieniędzmi dla reprezentacji na to, żeby mogła wystartować.

Ale co nam zostało? Finalnie zdobyliśmy tylko pojedyncze miejsca na igrzyskach w sprincie, keirinie i omnium, jeśli chodzi o rywalizację mężczyzn, a tak naprawdę to już jest wyczyn. Nie przesadzam: każdy polski kolarz, który wystartuje na igrzyskach w Paryżu, będzie mógł powiedzieć, że już dokonał wielkiej rzeczy, bo wiadomo, że na igrzyska w każdym sporcie trudno jest się zakwalifikować, ale śmiem twierdzić, że nikt na świecie nie miał takich problemów w walce o igrzyska, jakie mieliśmy my.

Mimo to za sto dni kibic włączy telewizor i będzie miał nadzieję, że Rudyk da radę pokonać Niemca, Holendra czy Brytyjczyka i ten kibic pewnie nie będzie miał świadomości albo nie będzie się specjalnie tym przejmował, że podczas gdy ty w ostatnich latach martwiłeś się, czy znajdą się pieniądze pozwalające jechać na zawody, to twoi rywale zastanawiali się, na jakie kolejne nowinki technologiczne wydać pieniądze od swoich federacji.

- Tak będzie, to jest prawda. I powiem tak: już przed Tokio, przed poprzednimi igrzyskami, sytuacja była podobna. Wiem, że nie ma sensu za dużo opowiadać, jak było ciężko, bo ogólnie kibica to nie interesuje. Ludzie patrzą na wynik na igrzyskach, a nie na to, jakie były przygotowania. Brutalna prawda jest taka, że ludzi nie będzie obchodziło to, że w Paryżu stanę do rywalizacji z zawodnikami, którzy nie mieli takich problemów, jakie miałem ja. I okej, przyjmuję to i staram się trenować najlepiej na tyle, na ile warunki mi pozwalają, a trener też staje na głowie, żeby mi stworzyć jak najlepsze warunki. To spoczywa na nas, bo ze strony Polskiego Związku Kolarskiego nie ma żadnej pomocy. A nawet nie ma z nikim kontaktu. Nie ma go z prezesem, nie ma z kimkolwiek z zarządu. To jest chora sytuacja, same niecenzuralne słowa się cisną na ich temat. To jest niepoważne, jak ci ludzie nie potrafią się zachować. Bo to, że nie potrafią zarządzać Polskim Związkiem Kolarskim, to już od jakiegoś czasu wiadomo, a teraz wiadomo też, że nie umieją się zachować w stosunku do sportowców, których przecież związek zrzesza. Ale trudno, ja się skupiam na robocie. Moim marzeniem jest zdobycie medalu i robię wszystko, co tylko mogę, żeby wyszło jak najlepiej. A jak wyjdzie - zobaczymy.

Skoro nie macie żadnego kontaktu z ludźmi z PZKol, to kto wam wydaje sprzęt w biało-czerwonych barwach? Tylko nie mów, że jeździcie w starych strojach z czasów, gdy jeszcze ktoś potrafił je wam przekazać.

- Właśnie tak jest! Mamy wszystko stare. Śmieję się trochę, bo ktoś powie, że kombinezon kolarski sprzed roku nie jest stary, ale gwarantuję, że każdy kolarz powie, że to jest druga skóra i że strój trzeba zmieniać co kilka startów, bo on szybko traci swoje właściwości i jest po prostu do wyrzucenia. Ale ja już na to nie zwracam uwagi. Co do rowerów, to nie należą do PZKol-u, bo zostały kupione z pieniędzy Polskiego Komitetu Olimpijskiego, a więc to PKOl jest ich właścicielem i nam ich użycza. My się teraz powinniśmy zbroić w nowy sprzęt, w nowe stroje, we wszystko, ale nie mamy takich możliwości. Przyjąłem, że tak jest, pogodziłem się z tym i chcę przynajmniej normalnie trenować. Tylko tyle. I liczę, że razem z trenerem i z ludźmi, którzy chcą pomóc, jakoś resztę ogarniemy.

Gdzie starasz się normalnie trenować?

- W Pruszkowie. Ale przez ostatnie dwa miesiące byłem poza Polską, bo w lutym wyjechałem na trzy tygodnie do Portugalii z moim klubem, Lubelskie Perła Polski, a był tam ze mną trener Krymski, któremu klub opłacił pobyt. Klub nas uratował. A przed Pucharem Świata w Kanadzie byliśmy przez dwa tygodnie na Majorce. Z Pruszkowa po prostu uciekaliśmy przed problemami, które tam nas dotykają.

Ano właśnie - miałem pytać, na ile normalnie da się trenować w Pruszkowie.

- Tor jest siedzibą związku, więc ciągle jest tam niespokojnie. Mimo że praktycznie nikt tam nie pracuje. Ale cały czas ktoś przychodzi, pojawiają się dziennikarze, którzy szukają sensacji, ha, ha! Uciekliśmy, żeby się przygotować do ostatniej szansy w kwalifikacjach w Kanadzie.

A w jakim stanie technicznym jest tor w Pruszkowie? Słyszałem, że z każdym rokiem coraz bardziej niszczeje, co nie dziwi, skoro chyba bywało i tak, że zimą nie był ogrzewany, bo nie było pieniędzy?

- Tor nie należy do obiektów dobrych, to na pewno. Da się na nim trenować, ale - niestety, muszę to powiedzieć szczerze - jest najgorszy ze wszystkich, na jakich w ostatnich latach jeździłem. Związek nie ma pieniędzy, a jest właścicielem obiektu, a więc nigdy nic z tym torem nie robiono: nie remontowano go, nie sprzątano. Wystarczy sobie wyobrazić mieszkanie, które przez 15 lat nie jest sprzątane, o które nikt nie dba - niestety, w takim stanie jest jedyny w Polsce kryty tor kolarski.

Czyli w swojej dyscyplinie trenujesz w złych warunkach, a jeśli trafią się lepsze, to dzięki temu, że przynależysz do drużyny kolarstwa szosowego?

- Tak, Perła to ekipa szosowa. Głównie zbudowana z kolarzy młodzieżowych, czyli do 23. roku życia. Ja do nich dołączyłem, żeby zostać twarzą zespołu, żeby pomóc wizerunkowo, przyciągnąć zainteresowanie. A dzięki temu mam dobre warunki do trenowania i troszkę spokojniejszą głowę w przygotowaniach do igrzysk.

Ale w szosowych wyścigach nie startujesz?

- Nie, nie, tylko tor!

W Lublinie też nie mieszkasz?

- Nie, mieszkam w Pruszkowie. Tam wynajmuję mieszkanie, bo głównie tam trenuję. Muszę być na miejscu.

Podkreślałeś, że marszałek województwa lubelskiego sprawił, że ty i reszta kadry polecieliście do Kanady walczyć o olimpijskie przepustki, a powiedz, jak to się województwu lubelskiemu opłaca? Bo wiesz, może są tam pilniejsze potrzeby niż wykładanie iluśdziesiąt tysięcy na kolarzy torowych?

- Decyzję podjął cały urząd, nie jeden człowiek. Wszyscy zgodnie uznali, że województwo lubelskie zyskuje promocję dzięki nam, kadrze kolarzy torowych. Logo województwa mieliśmy na swoich spodenkach, to była typowa usługa promocyjna.

Logo sobie dokleiliście albo doszyliście do tych starych strojów?

- Nie, sfinansowali nam nawet uszycie nowych strojów. Do teraz, do zawodów w Kanadzie, jeździliśmy w starych. Ale uszycie nowych strojów to już była mała rzecz przy wydaniu pieniędzy na lot do Kanady i na hotel tam.

Stroje to mała rzecz i tu się udało, a co myślisz, jak patrzysz na te większe rzeczy, które mają rywale, a na które ty sobie nie możesz pozwolić? Bo dobrze sobie wyobrażam, że takie elementy w ich sprzęcie widzisz?

- No jasne! My się ciągle tylko jakoś ratujemy, my się martwimy, żeby mieć, w czym i na czym wystartować, a inni myślą, gdzie i na czym urwać kolejne setne sekundy. Mają więc cały czas nowe stroje, nowe materiały, nowe rowery, kierownice, koła, cały osprzęt. To jest całkiem inna skala.

To będą twoje drugie igrzyska?

- Tak, jeżeli pojadę.

Było kiedyś normalnie? Czy odkąd jesteś w kadrze, to zawsze były kłopoty i zawsze była prowizorka?

- Zawsze była prowizorka, ale jak wchodziłem do kadry, to była ona trochę mniejsza, jakoś lepiej wszystko było poukładane. Inny był prezes, inny zarząd, trochę się starali, było lepiej. Kłopoty są od zawsze, odkąd tor powstał [oddano go do użytku w 2008 roku] i związek wpadł w długi, ale kiedyś chociaż dbano o to, żeby zawodnicy mieli zapewnione wyjazdy na starty i na zgrupowania i generalnie do zawodników kiedyś dochodziło znacznie mniej złych wiadomości. Teraz na dwa dni do wylotu my nie wiemy, czy będą pieniądze. Nie ma pieniędzy dla nas, reprezentantów na najwyższym poziomie, a już nawet nie ma co mówić o pieniądzach na szkolenie, na rozwój młodzieży, na zapewnienie jakiejś ciągłości. Na szczęście w ostatnich dniach ministerstwo sportu ogłosiło program, wiemy, kto jest operatorem i machina ruszyła. Za późno, bo przygotowania olimpijskie powinny już być w ostatniej fazie, ale oby już wreszcie szło ku lepszemu.

Jeśli pójdzie i jeśli w Paryżu wystąpisz w sprincie i w keirinie, to w której z konkurencji dajesz sobie większe szanse na medal?

- Szanse na pewno są, nie będę oceniał ich procentowo, ale wierzę, że medal jest możliwy. Nie powiem, że w jednej konkurencji mam większe szanse niż w drugiej. Sprint jest moją koronną konkurencją, ale już i w kerinie pokazałem, że potrafię walczyć, choćby zdobywając srebrny medal na ostatnich mistrzostwach Europy.

Za to srebro przysługuje ci ministerialne stypendium - dostajesz je czy bałagan jest tak wielki, że nikt ci go nie wypłaca?

- Już zostało mi to wypłacone. Długo nie było operatora i ministerstwo nie miało jak płacić, ale - mówię - machina ruszyła i w kwietniu wypłacono mi to, co mi się należało od stycznia, odkąd zdobyłem medal. Super, że posucha chyba się skończyła i że chyba będzie normalniej. Oby tylko zdrowie dopisało.

A propos zdrowia - jak jest? Przypomnijmy, że jesteś cukrzykiem, co warto podkreślać w każdej rozmowie z tobą, bo na pewno możesz inspirować innych chorych.

- Jest dobrze, cały czas cukrzycę kontroluję i bardzo dobrze mi to idzie, bo wszystkie wyniki są dobre. Oczywiście przykładam do tego dużą wagę, żeby choroba jak najmniej mi przeszkadzała w treningach i w rywalizacji, i bardzo dobrze mi to wychodzi. Generalnie cieszę się, że ludziom, a zwłaszcza dzieciom, pokazuję, że z cukrzycą można normalnie żyć, a nawet osiągać bardzo dobre wyniki w sporcie.

Mówisz o dzieciach, bo u ciebie cukrzycę wykryto bardzo wcześnie?

- Tak, miałem 12 lat i dopiero zaczynałem treningi. Cukrzyca jest ze mną w kolarstwie od samego początku.

Gorzko żartując, można powiedzieć, że zahartowała cię tak, że dzięki temu i kłody rzucane pod nogi przez działaczy dajesz radę omijać.

- Coś w tym jest, ja się naprawdę nie poddaję. A gdyby mimo tych wszystkich trudności udało się wywalczyć olimpijski medal, to byłaby piękna historia!

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.