Z "Supermana" została tylko ksywka. Upadek. Zjechał na samo dno

Dawid Gruntkowski
Cztery miesiące - tyle minęło od znakomitego występu Miguela Angela Lopeza w Vuelta a Espana. Dziś 28-letni Kolumbijczyk jest już tylko szeregowym kolarzem zespołu trzeciej dywizji i najpewniej nie pojawi się na żadnym europejskim wyścigu. "Superman" sam jednak wyrzucił się ze światowej czołówki, a do Kolumbii wrócił także po to, aby ukryć się przed kontrolerami antydopingowymi.

Najpierw dwa słowa o tym, z czyjego powodu się tu spotykamy. Uznanie Miguela Angela Lopeza jednym z najlepszych kolumbijskich kolarzy ostatnich lat to zdecydowanie za mało. "Superman", jak nazywa się go w peletonie, należy do czołówki zawodników z Ameryki Płd. w historii, a ma dopiero 28 lat. Na koncie posiada podium Giro d'Italia i Vuelta a Espana, cztery wygrane etapy Wielkich Tourów, w tym królewski etap Tour de France 2020 zakończony wspinaczką na Col de la Loze i szereg triumfów w mniejszych wyścigach cyklu World Tour, takich jak Tour de Suisse czy Volta a Catalunya.

Ale to jedna strona medalu. Lopez dał się też poznać jako trudny człowiek. Na jego koncie znajduje się też kilka bardzo dziwnych ekscesów, jak zejście z trasy na przedostatnim etapie Vuelta a Espana 2021, kiedy to obraził się na dyrektorów sportowych ekipy Movistar, którzy nie nakazali jego kolegom pomóc mu w momencie kryzysu. 

Zobacz wideo "Stupid games" w kadrze skoczków. U Thurnbichlera jak u Heynena

Kontakty i brak ostrożności

2022 rok był dla "Supermana" prawdziwą kolejką górską. Z jednej strony, sportowo jego wyniki w pełni się broniły: czwarte miejsce w hiszpańskiej Vuelcie, gdzie do końca walczył o podium, czy kilka innych lokat w czołówce w prestiżowych imprezach, z pewnością nie były powodem zakończenia z nim współpracy przez ekipę Astana. A mimo to do rozstania doszło. I niemal wszystko wskazuje, że nie o sport tutaj chodziło.

Lopez jest jednym z zamieszanych w "operację Ilex", czyli najnowszą aferę dopingową w hiszpańskim sporcie. Co więcej, zważając na doniesienia mediów i nazwiska przewijające się w sprawie, takie jak znany z przepisywania sterydów anabolicznych i EPO dr Marco Maynar Merina, doskonały wspinacz nie był specjalnie ostrożny i nie miał problemu z kontaktowaniem się z osobami takimi jak ta wymieniona powyżej (pozostałe nazwiska pozostają tajemnicą sądów) zamieszanymi w różnego rodzaju dopingowe ekscesy w ciągu ostatnich 20 lat.

Hiszpańska tradycja

Dlaczego wszystko wciąż należy określać jako domniemaną winę zawodnika? Hiszpanie przyzwyczaili nas, że nie zawsze podejmują przejrzyste decyzje, kiedy należy rozwiązać sprawę dopingową - nie udostępniają nazwisk zamieszanych osób nie tylko opinii publicznej, ale i pracownikom organizacji antydopingowych. 

To nie jest pierwsza sytuacja, w której można odnieść wrażenie, że pewne kwestie są zamiatane pod dywan. Tak samo było w przypadku legendarnej już operacji Puerto z 2006 roku, w którą zamieszana była śmietanka sportowców na Półwyspie Iberyjskim, w tym piłkarze Realu Madryt i FC Barcelony, korzystający z usług dr. Eufemiano Fuentesa.

Choć od operacji wymiaru sprawiedliwości we współpracy z Guardia Civil minęło już prawie 20 lat, nadal nikt oficjalnie nie opublikował listy osób powiązanych z Fuentesem. Ba, nawet nazwisko lekarza nie zostało w publicznych komunikatach połączone z operacją Puerto, choć w 2013 roku oficjalnie skazano go na rok więzienia w zawieszeniu i cztery lata zakazu wykonywania zawodu lekarza.

Do dziś nie wiemy też, kto korzystał z usług Fuentesa, który przygotowywał zawodnikom terapie dopingowe, ale i nie miał problemu z przetaczaniem im krwi u siebie w gabinecie. Winna temu jest decyzja sądu, zgodnie z którą wszelkie dane z komputera Fuentesa, jak i zachowane przez lata torebki z krwią klientów, zostały zniszczone. 

Jaki związek z operacją Puerto ma operacja Ilex? Pod koniec listopada hiszpańscy sędziowie ponownie stwierdzili, że żadne nazwisko - ani Meriny (które i tak od miesięcy przewija się w mediach), ani zamieszanych w sprawę sportowców, nie zostanie przekazane Hiszpańskiej Agencji Antydopingowej. Tym samym sportowcy, którzy prawdopodobnie stosowali doping, nie mogą zostać zawieszeni, gdyż WADA nie może im nic udowodnić. 

Dlaczego ponownie nazwiska sportowców nie są upubliczniane? Możemy się jedynie domyślać. Czy wśród zamieszanych znaleźliby się zawodnicy największych klubów piłkarskich w Hiszpanii i np. czołowi tenisiści?

Więcej niż klient

Wracając do Lopeza: gdyby "Superman" był jedynie klientem Meriny, jego nazwisko cały czas nie pojawiałoby się w żadnej informacji dotyczącej operacji Ilex. Problem Kolumbijczyka polega na tym, że był on więcej niż klientem.

Wszystko zaczęło się w drugiej połowie lipca 2022 r., gdy Lopez wrócił do Hiszpanii z Kolumbii. W sieci bardzo szybko rozeszła się wieść o zatrzymaniu zawodnika przez hiszpańską straż graniczną, która w jego bagażu znalazła leki nielegalne w południowoeuropejskim kraju. Leki, które najprawdopodobniej były potrzebne Merinie w kontynuowaniu - nie zawsze legalnej - pracy.

W efekcie Miguel Angel Lopez został zawieszony przez Astanę. Nie trwało to jednak długo. W końcu zbliżała się hiszpańska Vuelta, podczas której Kolumbijczyk miał być liderem zespołu. Między innymi z tego powodu zawodnik został odwieszony zaledwie po kilku dniach, a jego start w trzecim z Wielkich Tourów był więcej niż pewny.

Gdy "Superman" znów dawał popis jazdy w hiszpańskich górach, później przyzwoicie kończąc sezon startami we włoskich klasykach, wydawało się, że sprawa jest zamknięta. W końcu wszyscy wiedzieli, że Kolumbijczyk ma pewien problem z podejmowaniem odpowiednich decyzji i występek z lipca traktowano jako swego rodzaju roztrzepanie. 

Temat - niestety dla Lopeza - wrócił w połowie grudnia. Choć w środowisku dało się usłyszeć, że współpraca Kolumbijczyka z Astaną zbliża się ku końcowi, mało kto wierzył, że charyzmatyczny Aleksandr Winokurow pozbędzie się lidera przed wygaśnięciem kontraktu. 12 grudnia gruchnęła jednak informacja o natychmiastowym rozwiązaniu umowy na linii kazachski team - kolumbijski góral.

Co więcej, ekipa Astany postanowiła wydać oświadczenie dotyczące powodów rozstania z 28-letnim kolarzem. W nim przyznano, że świetny wspinacz jest bezpośrednio powiązany z Meriną, co dla kolarza było gwoździem do trumny. Milczenie sądów nie mogło go już obronić przed łatką kolarza zamieszanego w proceder dopingowy.

Astana Qazaqstan Team odkrył nowe fakty wskazujące na prawdopodobne powiązania Miguela Ángela Lópeza z doktorem Marcosem Maynarem Meriną. W związku z tym zespół nie miał innego wyjścia niż rozwiązanie umowy ze skutkiem natychmiastowym ze względu na jej naruszenie oraz niewywiązanie się z wewnętrznych zasad zespołu

- czytamy w oświadczeniu.

Ucieczka do domu. Lopez szuka schronienia przed WADA?

Już wtedy było wiadomo, że Lopez wykluczył się z kolarstwa na światowym poziomie. Po pierwsze, choć nic mu nie udowodniono, żadna ekipa uzależniona od milionów dolarów otrzymywanych od sponsorów, nie miała zamiaru zatrudniać kolarza będącego tykającą bombą, ale i wymagającego wysokiego kontraktu. Po drugie, wiele zespołów miało już podpisane umowy z maksymalną dopuszczalną liczbą zawodników, co blokowało jakiekolwiek ruchy na rynku. Po trzecie - i najważniejsze - powiązania dopingowe są obecnie w kolarstwie piętnowane.

"Superman" nie miał wielkiego wyboru i wrócił do domu, do Kolumbii, dołączając do Team Medellin. Być może tam, w mieście Pablo Escobara, będącego przez lata światową stolicą handlu narkotykami, kariera 28-letniego zawodnika wróci na odpowiednie tory.

Zejście do trzeciej, najniższej zawodowej dywizji to być może ostatnia deska ratunku dla Lopeza. Zabraknie go na trasach najważniejszych wyścigów na świecie, a jego kalendarz startowy będzie oparty na wyścigach w Ameryce Płd. Ale ekipy kontynentalne nie są pod tak dużą kontrolą UCI i WADA. Kolarze nie muszą posiadać paszportów biologicznych, które potrafiły wykluczyć wielu zawodników z docelowych startów przez m.in. nieprzekazanie lekarzowi zespołu informacji o zażyciu paracetamolu na ból głowy. W wyścigach najniższych kategorii mniej jest też testów antydopingowych, przez co w peletonie przez lata mówiło się prześmiewczo m.in. o Portugalczykach świecących w nocy.

O tym, jak ostra jest walka z dopingiem, przekonał się inny Kolumbijczyk, wciąż pozostający bez ekipy na sezon 2023. Nairo Quintana, doświadczony wspinacz i najlepszy kolumbijski kolarz w ostatniej dekadzie, został zdyskwalifikowany z tegorocznego Tour de France za używanie tramadolu. Tego samego tramadolu, który podczas katarskiego mundialu zanotował szczyt popularności. UCI uznała, że przepisy WADA nie są wystarczające i stworzyła protokół zdrowotny, według którego stosowanie takich środków jak wspomniany tramadol jest zakazane z uwagi na ochronę zdrowia i życia zawodników.

Powrót do elity nie będzie kłopotem?

Wygląda na to, że "Superman" sezon 2023 faktycznie spędzi w Ameryce Płd., jeżdżąc dla ekipy Medellin. Jego dalsze losy są jednak niewiadomą. Być może w ciągu roku dyskusja na temat operacji Ilex przycichnie, a Kolumbijczyk wróci do łask. Być może pomoże mu w tym hiszpański sąd, który ponownie nie udostępni nazwisk sportowców zamieszanych w dopingowy proceder. Być może styl bycia zawodnika się zmieni i nie będzie on bohaterem takich sytuacji jak ta z hiszpańskiej Vuelty 2021. Być może.

Jedno jest pewne - kariera Miguela Angela Lopeza, który w teorii ma przed sobą nawet dekadę ścigania, znalazła się na zakręcie. I nie tylko od niego zależy, czy w przyszłości uda się ją wyprostować. Czy do walki o największe sukcesy wróci zawodnik, który prawdopodobnie brał udział w dopingowym procederze i nie odbył kary? W przypadku Alejandro Valverde nie było to problemem. Jak będzie w przypadku Lopeza?

Więcej o:
Copyright © Agora SA