"To nie mistrz, tylko zwykła świnia. Kradł miliony. Ten teoretyczny rak zmienił go w robota" [nieDawny Mistrz]

Łukasz Jachimiak
- Miałem buteleczkę wody z Lourdes. Wyciągnąłem ją na półtorej minuty przed startem. Mówię: "Teraz albo nigdy, chłopaki!". Każdy złapał łyka, słowo daję, że każdy z nas dostał gęsiej skórki i ruszyliśmy ostro - mówi Zenon Jaskuła. Z byłym kolarzem rozmawiamy o sporcie, pieniądzach, wierze i jej braku oraz o ciężkich grzechach peletonu.

Zenon Jaskuła, urodzony w 1962 roku, jeden z najlepszych polskich kolarzy w historii. Jego największe sukcesy to:

  • srebrny medal igrzysk olimpijskich Seul 1988 (wyścig drużynowy na czas);
  • srebrny medal MŚ 1989 (wyścig drużynowy na czas);
  • wygrany etap indywidualny, etap drużynowy i trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Tour de France 1993;
  • 9. miejsce w Giro d'Italia 1991;
  • 10. miejsce w Giro d'Italia 1993.
Zobacz wideo Prezes PZPS chciał Polaka na trenera polskiej kadry! "Żałuję"

Łukasz Jachimiak: Skacze pan jeszcze na BMX-ie?

Zenon Jaskuła: No pewnie!

Za pół roku skończy pan 60 lat.

- A co tam! Przecież każdy by potrafił zjechać z wieży i skoczyć. Tylko trzeba mieć trochę odwagi.

Raczej mnóstwo odwagi!

- Skoczkom narciarskim na pewno byłoby łatwiej się odważyć. Ale generalnie to naprawdę groźnie wygląda, jak się patrzy z boku, a wcale nie jest straszne. Prędkość jest mała.

Mała jak dla kogoś, kto na górskich etapach Tour de France, Giro d'Italia czy Vuelta a Espana na zjazdach przekraczał 100 km/h i to na leciutkim rowerze z cieniutkimi oponami.

- To prawda, BMX jest o wiele bezpieczniejszy. Na rowerze szosowym bym nie skakał, na nim poleciałbym na zjeździe na główkę. A tu stoi się na małych pedałkach, kółeczka są małe, opony szerokie, jadę sobie z 12-metrowej wieży ze 30 km/h i to wystarczy, żeby mnie wyrzuciło na sześć metrów do góry. Zabawa świetna, jak na rollercoasterze. A kończy się lądowaniem w gąbki z produkcji tapczanów. Dwie wywrotki tego wysypałem i sobie w to wpadam jak w piankę. Trzeba tylko rower przed lądowaniem odrzucić, żeby sobie nie wybić zębów. Polecam pooglądać takie skoki. W internecie jest do zobaczenia pełno zawodów z USA.

A pana skoków w sieci się nie znajdzie?

- Nie bawię się w takie rzeczy. Nie ma mnie na Instagramie ani w żadnym z tych miejsc, w których ludzie pokazują już chyba nawet, jak robią kupę. Żyję w swoim zaciszu, blisko natury. Filmami to się mogłem chwalić, jak zdobywałem medal olimpijski.

Ogląda pan czasem tamte filmy? Na przykład ten z 21 lipca 1993 roku, gdy jako pierwszy Polak wygrał pan etap Tour de France?

- Kiedyś oglądałem. I muszę powiedzieć, że polski film jest przekłamany, bo Tomasz Jaroński dołożył komentarz po 10 czy po 15 latach. Na żywo był tylko komentarz anglojęzyczny.

To też można znaleźć. Komentator w pana nie wierzył, wiele razy powtarzał, że pan odpada.

- Nabrał się na moje czarowanie. Tak samo jak Miguel Indurain i Tony Rominger, których wyprzedziłem. Obaj byli mocni, ale tego dnia akurat ja byłem mocniejszy. A na koniec, po trzech tygodniach wyścigu, znów we trzech stanęliśmy na podium.

Grzegorz FilipowskiKochała go cała Polska. I liczyła na złoto igrzysk. Ale medale dawno były rozdane

Etapowe zwycięstwo i trzecie miejsce w generalce Tour de France to dla pana coś jeszcze cenniejszego niż srebro igrzysk olimpijskich albo srebro mistrzostw świata?

- Na Tour de France jechałem sam, a medale zdobyłem z kolegami z drużyny. Poza tym we Francji wygrałem etap, a w takim Seulu, na igrzyskach, jednak zwycięstwo uciekło, do NRD-owców zabrakło nam 6,5 sekundy. Bardzo niewiele. A przecież Niemcy mieli karbonowe rowery. My mieliśmy dobry, włoski sprzęt, ale oni ponad 30 lat temu dysponowali technologią, której się używa dziś! Zaraz po igrzyskach pocięli te rowery na kawałki, żeby nikt się dokładnie nie przyjrzał i nie skopiował. Nawet nie wiemy, o ile lżejsze były ich rowery od naszych. Ale każdy kilogram robił dużą różnicę. Było jak było — okazali się lepsi, wygrali, a nam zostało srebro.

Czy lepsi to kwestia dyskusyjna. Po latach wiemy, na czym jechali sportowcy z NRD.

- Ale co zrobić? Oni mieli dodatkowe paliwo, a my mieliśmy placebo.

Wodę święconą?

- Tak. Miałem buteleczkę wody z Lourdes. Wyciągnąłem ją na półtorej minuty przed startem. Mówię: "Teraz albo nigdy, chłopaki!". Każdy złapał łyka, słowo daję, że każdy z nas dostał gęsiej skórki i ruszyliśmy ostro. Świetnie pojechaliśmy. Nastawienie psychicznie jest kluczowe. Wiara czyni cuda. Jak się ktoś nastawi na sukces, to zrobi sukces. A jak ktoś się będzie bał, że nie da rady i się wycofa, to faktycznie się wycofa.

Ze wszystkim tak jest - z miłością, z pracą. Moim zdaniem lepiej mieć takie podejście do życia jak Amerykanie niż takie, jak Polacy. Amerykanin piąty raz zbankrutuje, ale jak go zapytasz, co słychać, to się uśmiechnie i powie, że wszystko okej. Amerykanin wierzy, że sobie poradzi. A typowy Polak? Zapytasz, jak idzie, to usłyszysz: "A daj spokój, tragedia". Zdziwisz się na to i zauważysz: "Ale przecież wygrałeś!", to usłyszysz: "Ale ledwo!". Każdy z nas, Polaków, za mało zarabia, nawet jak ma dwie wille, dwa mercedesy i do tego jeszcze apartament w Hiszpanii. Pytasz ustawionego gościa, jak leci, a on ci powie: "Ku..., tragedia, taki kryzys jest!". My się nie lubimy chwalić. Boimy się, że za to oberwiemy. A tacy Włosi czy Francuzi cieszą się tym, co mają. Im bliżej do Amerykanów.

Mówię "sprawdzam" — ma pan dwie wille i dwa mercedesy? Proszę się pochwalić, proszę powiedzieć, czy się pan dorobił.

- No pewnie, że się dorobiłem! I pewnie, że łapię się na takim myśleniu, że ile by się nie miało, to chciałoby się więcej. A po co? Byłem na pogrzebie Kulczyka i tam najmocniej sobie zdałem sprawę z tego, że facet miał wszystko, a do trumny przecież nie wziął nic — ani statku, ani samolotu, ani jednej żadnej rzeczy materialnej. Ale pamiętamy, że pomagał sportowcom, że dawał pieniądze do budżetu Polskiego Komitetu Olimpijskiego. I na wiele innych rzeczy wpłacał, choćby na Świątynię Opatrzności Bożej. Był wierzący czy nie był — nie wiem. Ale miał kasę, to dał, bo umiał dać. I warto zapamiętać takie rzeczy.

Pan się z Kulczykiem przyjaźnił?

- Znaliśmy się. Spotykaliśmy się towarzysko na różnych wydarzeniach i bankietach. Choćby na urodzinach prezydenta Kwaśniewskiego. Od razu powiem, że do Wałęsy, Komorowskiego czy Dudy też poszedłem. Mam szacunek do urzędu prezydenta. I cieszę się, kiedy władza potrafi docenić ciężką pracę sportowców.

Ludzie często sobie nie zdają sprawy z tego, jaka to jest harówka, żeby być w światowej czołówce. Nigdy nie zapomnę swoich początków. 1981 roku, stan wojenny, ja dostaję pierwsze powołanie do kadry młodzieżowej i jadę na obóz do Zakopanego. Zima sroga — metr śniegu, minus 25 stopni, a my wjeżdżamy rowerami na Morskie Oko. Nie było zmiłuj. Jechaliśmy dwa kilometry, a dwa następne biegliśmy, prowadząc rowery. Tak trzeba było robić, żeby sobie stóp nie poodmrażać. Wtedy nie było termicznych butów. Wtedy się na trening jechało w roboczych waciakach, zakładało się podwójne rękawiczki i jakoś trzeba było przetrwać. Jak do hotelu wracaliśmy, to Leszek Piasecki wyglądał jak Dziadek Mróz, zarost miał całkiem oszroniony.

Robert Korzeniowski na igrzyskach w SydneyCyborg Korzeniowski doprowadził rywala do ruiny. "Nigdy nie widziałem kogoś w takim stanie" [nieDawny Mistrz]

Dzisiaj zimą nasi kolarze jadą na Majorkę i mają plus 20 a nie minus 20 stopni. Czasami myślę, że mają za dobrze, że brakuje im okazji, żeby się zahartowali. Ja jak po takich historiach pojechałem na Zachód, to czułem się jakbym się dostał do raju.

To był rok 1990, wyrwał się pan z jeszcze mocno siermiężnego kraju do całkiem innego świata.

- Italia to naprawdę był raj. Pojechałem do pracy i zasuwałem ostro, a cały czas czułem się jak na wakacjach. Pięknie dookoła i wszystko dostępne, a u nas wszystko na kartki. Jak opowiadałem Włochom, że w Polsce na stację benzynową jechałem ze specjalną kartką i dopiero po wbiciu pieczątki mi pozwalano zatankować, to patrzyli na mnie jak na wariata i pytali, dlaczego ja tankowałem na takiej stacji, a nie na Shellu albo BP. "Tłumaczę wam, że u nas jest tylko CPN!" - powtarzałem. Ale nie dowierzali.

Z Italii wróćmy do NRD. Ścigając się z kolarzami stamtąd wiedzieliście, że mają coś, czego wy nie macie?

- Nikt tego nie wiedział.

Ale każdy podejrzewał?

- Nawet nie. Dopiero po latach wszystkim się otworzyły oczy na to, co się działo. Nie tylko w NRD. Może nawet jeszcze większym skandalem była sprawa Bena Johnsona. Obejrzałem na ten temat różne filmy i widzę to tak, że Carl Lewis był jeszcze większą świnią. Taką samą jak Lance Armstrong. Uważam, że Lewis robił to samo, co Johnson, tylko szedł w zaparte i jemu się udało. A Armstrongowi niby ostatecznie się nie upiekło, tylko co to za satysfakcja, że po latach nie miał wyjścia i musiał się przyznać, skoro wcześniej zniszczył życie bardzo wielu ludziom?

Igrzyska w Seulu w 1988 r. Ben Johnson urywa się grupie i biegnie po złoto oraz nowy rekord świata na 100 m. Trzy dni później zostanie pozbawiony jednego i drugiego po wykryciu w jego organizmie dopingu"Ściągnął Kanadzie gacie na oczach całego świata". Ben Johnson ośmieszył wszystkich dopingowych świętoszków z Zachodu

Pana sprawa Armstronga boli, bo pan długo wierzył w jego uczciwość? Sądził pan, że zazdrośnicy się uwzięli na mistrza.

- Tak, a okazało się, że to nie mistrz, tylko zwykła świnia. Nie ma innego określenia dla kogoś, kto sam brał przez lata, a innych deptał. On brał tony koksu, a innych nazywał koksiarzami za drobniejsze wpadki. I im utrudniał życie. Sam kradł miliony, a innych ścigał za nawet drobne przestępstwa. Z przyznaniem się to też było tak, że zrobił to, żeby uniknąć wielu lat więzienia. Nie widziałem u niego skruchy. On jest spalony jako człowiek. Nie dziwę się, że organizatorzy wielkich wyścigów nie chcą go widzieć. Gdybym ja go spotkał, to nie podałbym mu ręki.

A chyba jest szansa, że pamiętałby pana? Ścigaliście się.

- Tak i nawet z nim wygrywałem. Zanim teoretycznie zachorował na raka.

Dlaczego "teoretycznie"?

- Już w nic mu nie wierzę. Dokumenty o chorobie mógł spreparować. Kto wie, czy nie przekupił lekarzy. Ten teoretyczny rak zmienił go w robota.

Lance Armstrong u boku Floyda Landisa, którego uważa za zdrajcę najgorszego sortu, na podjeździe pod La Croix Fry podczas Tour de France w 2004 r.Wstrząs po filmie Lance'a Armstronga. "Logika przedszkolaka i gwałt na prawdzie"

Armstrong zaczął rządzić w 1999 roku, ale przecież wielkie afery dopingowe w kolarstwie były już przed nim. Panu w żadnej z zagranicznych grup nikt nie zaproponował wspomagania?

- Powiem szczerze, że zastanawiałem się wtedy, jak to jest, że słyszy się, że ten czy tamten wpadł na dopingu, a do mnie nikt nigdy nie przyszedł z taką propozycją. Początkowo to się działo nie na oczach całej grupy. Za moich czasów dawano doping powiedzmy trzem ludziom w grupie. Polaków pomijano, bo kim my byliśmy na Zachodzie? Przyjechało nas paru i byliśmy traktowani trochę tak, jak teraz są traktowani Ukraińcy przyjeżdżający do pracy w Polsce. Czy taki Ukrainiec dostanie stanowisko na przykład dyrektora finansowego w polskiej firmie? Nie ma szans. My byliśmy z bloku komunistycznego, z gorszego świata. Tak naprawdę to do końca nie wiadomo skąd. "Polska? A, byliśmy w waszej stolicy, w Moskwie" - mówili nam Włosi. A jak się wkurzaliśmy, to się poprawiali, że stolicą Polski jednak jest Praga.

Gest Kozakiewicza na igrzyskach w Moskwie. Kadr z filmu 'Po złoto'Kozakiewicz ujawnia po latach: Komar połknął żółtą tabletkę. Pojawiły się drzwi

A w Polsce nikt nigdy nie powiedział: "Zenek, weź, bo ci z NRD i Związku Radzieckiego biorą"? Pytam, bo niedawno Władysław Kozakiewicz opowiadał, że już w 1983 roku w polskiej lekkoatletyce takie rzeczy się działy.

- Nasz doping to były cztery mocne kawy i dwie łyżki miodu. To się wlewało do bidonu i jazda.

I tylko to?

- Nic więcej. Mnie ta mocna kawa pomagała, pobudzała mnie.

Wkurza się pan, kiedy słyszy, że Joachim Halupczok zmarł w wieku 26 lat, bo brał doping?

- Nie wkurzam się. Żyliśmy z "Achimem" w trudnych czasach, ale harowaliśmy i zrobiliśmy piękne rzeczy. Ja wiem jak było i to jest ważne, a nie że ktoś gada. Jak on pojechał na solo po mistrzostwo świata w 1989 roku, to przecież zrobił coś tak pięknego, że do dziś na wspomnienie tej jazdy można się popłakać. Rok wcześniej zrobiliśmy srebro w Seulu. Z kawą w bidonie. "Achim" miał to samo, co ja, nic więcej. Miał talent i ogromną determinację.

I jeszcze chore serce.

- Prawda. Arytmię mu stwierdzono na długo przed śmiercią. I zawsze lekarze na to przymykali oko. No bo jak nie przymykać, kiedy to był taki mistrz? Niestety, syn Joachima też ma arytmię. I nawet kilka lat temu przechodził operację. Chłopak jest niesamowicie podobny do "Achima". Jak go widziałem, to się czułem, jakbym patrzył na kumpla sprzed lat.

Maja Wloszczowska podczas dekoracji po wyscigu kolarstwa gorskiego na igrzyskach olimpijskich w RioWłoszczowska o dramacie: ta dziewczyna przeskoczyła i upadła. Kilka godzin później zmarła

Joachimowi próbowali pomóc Włosi. Robili mu operację, zatrzymali jego serce i po kilku sekundach prądem je na nowo pobudzili. Nie pomogło, jego serce dalej wariowało i chłopak musiał skończyć karierę. Dzisiaj by mu na pewno pomogli. Może w sporcie by nie został, ale dalej by żył. To wielka strata. To był mój kolega z pokoju. Malutkie dzieci zostawił, ani syn, ani córka go nie pamiętają.

Powiedział pan kiedyś, że wy nie mielibyście jak oszukać, bo na kontrolę antydopingową musieliście wchodzić na golasa.

- Tak było. Trzeba było zdjąć z siebie wszystko i na golasa wejść na siku. Oddawało się tylko mocz, dopiero w końcówce mojej kariery zaczęli też nam pobierać krew z ucha, żeby sprawdzić hemoglobinę. Sikać chodziliśmy kompletnie rozebrani, żeby kontrolerzy widzieli, że nie kombinujemy, żeby wlać do próbki nie swój mocz, tylko gdzieś ukryty.

W takim razie jak oszukiwali ci, którzy w końcu wpadli?

- Byli ludzie, którzy za dobrą kasę sikali za jedną czy drugą gwiazdę. Wchodziło się do kontrolera i słyszałem, że taki kontroler dostawał nawet 100 tys. dolarów za to, że nasikał za dopingowicza. Nikogo za rękę nie chwyciłem, ale słyszałem, że jeden czy i drugi kontroler potrafił przywieźć z wyścigu 300 tys. dolarów. Niezła kasa za trzy tygodnie pracy, prawda? Były ekipy z wielkimi pieniędzmi i byli mistrzowie, dzięki którym kasa się kręciła. Niektórzy mogli szarżować.

Adam Korol"To jest oszustwo i ci oszuści nie są godni nosić biało-czerwonych koszulek"

Nie odechciewało się panu kolarstwa?

- Ale ja się tego dowiedziałem po latach, gdy już nie jeździłem. Ullrich, Zabel i inni przyznawali się sporo po fakcie. Wcześniej można tylko było mieć podejrzenia. I pewnie, że je miałem! W 1995 roku byłem trzeci w Tour de Suisse, a Amrstrong nie ukończył wyścigu. Widziałem jak się męczył, był jak inni kolarze. A później nagle fruwał, wygrywał Tour de France siedem lat z rzędu, był kompletnie nie do zatrzymania. Dziwiłem się, że aż taką ma przewagę nad resztą świata. Myślałem, że może tak dobrze się dla niego wszystko poukładało, że wzmocniła go ta walka z rakiem.

Zostawmy Armstronga i cofnijmy się do Seulu - tam plotkowano, że są kolarze, którzy przetaczają sobie krew?

- Tak, NRD-owców się podejrzewało. W NRD były wielkie pieniądze wydawane na medale i było korzystanie ze wszelkiej możliwej pomocy. W Związku Radzieckim też. Na własne oczy widziałem, jakie batoniki dostają radzieccy kolarze.

Jakie?

- To było jedzenie dla kosmonautów. Maksymalnie stężone kalorie. Mały batonik miał 2000 kalorii. Myśmy wcinali bułki albo batony Mars, jeśli daliśmy radę je kupić w Peweksie, a ci mieli coś, o czym nawet nie wiedzieliśmy, że to istnieje. My mieliśmy robione jakieś podstawowe badania, z których wyszło, że przed startem nie powinniśmy jeść pomidorów, a powinniśmy ryż i makaron z oliwą. Dzięki temu na wyścigu się nam nie odbijało. To było nasze naukowe odkrycie, a nie jakieś kosmiczne technologie. A i do tego doszliśmy dopiero po latach Wyścigu Pokoju, na którym zawsze przed startem jedliśmy kogel-mogel. W tych żółtkach jaj z cukrem i dosypanym kakao kalorii było dużo, ale co z tego, skoro to było tak ciężkostrawne, że przez 100 kilometrów się bekało.

A propos 100 kilometrów - tylko tyle w całym swoim życiu przejechał pan na igrzyskach olimpijskich. Jeden start i jeden medal.

- Niestety, szansa na więcej uciekła. W 1996 roku w Atlancie byłem i forma była, ale dzień przed startem na treningu potrącił mnie samochód i wylądowałem w szpitalu. Biodro miałem wyrwane, noga była połamana. Jak mnie samochód uderzył, to wyleciałem w górę jak na filmach rysunkowych. Jak na BMX-ie na tej mojej skoczni. Nie mogłem się po tym pozbierać. Płakałem w poduszkę. Z bólu i z żalu. Po tym wypadku wróciłem i nawet w 1997 roku wygrałem trudny Volta a Portugal. Ale wróciłem na chwilę. W 1997 roku skończyłem karierę.

nieDawny mistrz"Sex, drugs, shot put" na koszulce, a na szyi dwa olimpijskie złota. Tomasz Majewski, nieDawny Mistrz

Nie chciałem dłużej jeździć, chociaż siłę jeszcze miałem, a pieniądze były fajne. Jednak czułem, że trzeba o rok-dwa przyspieszyć decyzję o zakończeniu, bo zdrowie jest najważniejsze. Nie chciałem, żeby mi się znowu coś stało. Nie mogę odżałować, że Rysiu Szurkowski na stare lata rozbił się na amatorskim wyścigu. Miał końskie zdrowie, żyłby jeszcze długo, gdyby się tam tak bardzo nie pokiereszował. On mnie wiele razy namawiał, żebym z nim startował. Ale ja się trzymam tego, że w wieku 50-60 lat nie można się ścigać z chłopakami mającymi po 25-30 lat. Tak, mógłbym im pokazać, że ciągle jestem od nich lepszy. Ale musiałbym ćwiczyć codziennie. Wtedy żaden taki amator by mi nie dorównał. Ale skoro nie ćwiczę, to po co mam startować i na siłę się ścigać? Nie ma co ryzykować. Swoje pięć minut miałem. Powygrywałem, pozajmowałem wiele dobrych miejsc, dałem się zapamiętać, zarobiłem pieniądze. I to wystarczy.

W Atlancie był wypadek, w Seulu medal, a między tymi igrzyskami uciekła panu Barcelona.

- Bo jeszcze wtedy mogli startować tylko amatorzy. A ja w 1990 roku przeszedłem na zawodowstwo. Wiadomo, że na tym amatorstwie my tak naprawdę byliśmy zawodowcami, bo mieliśmy fikcyjne etaty, a zajmowaliśmy się trenowaniem i startowaniem.

A jaka była różnica finansowa? O ile więcej zaczął pan zarabiać po wyjeździe do Włoch?

- Mój pierwszy kontrakt to było 80 tysięcy dolarów. A w Polsce miałem tak, że jak za srebro z Seulu dostałem 5 tysięcy dolarów, to szalałem ze szczęścia, bo dom za to można było kupić. Na Zachodnie z każdym rokiem pieniędzy było coraz więcej. Podstawa przekraczała 100 tysięcy dolarów, a jeszcze dochodziła kasa z nagród. Jak się wygrało 200 tysięcy dolarów za jakiś wyścig, to kwota szła do podziału na zawodników którzy jechali, a 10 proc. oddawało się na obsługę - mechanika, masażystów. Z premii było drugie tyle, co z podstawy.

Dziś jest pan bogaty, bo zarobione pieniądze umiał pan zainwestować?

- Tak, powiodło mi się.

Inwestował pan w nieruchomości i w sztukę? Wiem, że nawet sam pan malował.

- Zajmuję się nieruchomościami. Kupnem i sprzedażą domów i ziemi. To mi sprawia przyjemność, to jest taki styl życia, że dzięki niemu człowiek się nie starzeje. Nie zawsze chodzi o wielkie pieniądze, chociaż wynagrodzenia są porządne. A malarstwo mi się spodobało i się w malowanie bawiłem, ale praktycznie przestałem, gdy na świat przyszły dzieci. Mam dwóch synów. Teraz są już nastolatkami i mam więcej czasu, ale już raczej nie maluję. Dbałem o to, żeby dzieciaki miały koniki, pieski - wszystko, co im pokaże, jak trzeba i można fajnie żyć. A teraz cały czas pracuję, żeby chłopców wyciągać z TikToka i innych tego typu rozrywek. Nie chcę, żeby byli mistrzami świata w bawieniu się smartfonami.

Musi pan mieć dużą posesję, skoro jest na niej miejsce dla koni.

- A kto bogatemu zabroni?! Ha, ha! Jako dzieciak jeździłem na koniach, bez siodła. Później w trakcie kariery marzyło mi się mieć konie i owczarki niemieckie długowłose. I mam. Na razie koniki są tylko dwa, ale będzie ich u mnie więcej. Życie tak pędzi, że marzeń nie ma co odkładać, trzeba je spełniać, kiedy tylko można.

Sylwia GruchałaSylwia Gruchała tłumaczy swoje zniknięcie: Zawsze byłam pod ostrzałem [nieDawny Mistrz]

To ile tej ziemi pan ma?

- Nie będę mówił, ile mam hektarów, bo niektórzy będą źle spali. Mam swój świat. Blisko natury, ze zdrowym jedzeniem, ze świętym spokojem. Zjeździłem świat. Całą Australię i Stany rowerem. Kostarykę, Kubę, całą Europę i pół Azji. Widziałem tak dużo, że mi wystarczy. Nie marzy mi się mieszkanie w Dubaju, wolę swój Kórnik pod Poznaniem. Naprawdę mam porównanie. Trzy lata mieszkałem w Monte Carlo i to piękne miejsce jest nie dla mnie. Lubię bardziej artystyczny krajobraz, a nie taki, gdzie wszystko jest równiutko przycięte. Chodzenie codziennie w garniturze to nie mój styl.

Mieszkał pan w Monte Carlo, żeby płacić mniejsze podatki?

- Mieszkałem tam, bo tam był fajny klimat, były przyjemne górki do treningu i zimą mi się tam świetnie pracowało. A że byłem rezydentem i przebywałem tam co najmniej pół roku w roku, to przy okazji też sobie zaoszczędziłem. I jeszcze zakolegowałem się z wieloma znanymi postaciami, nabrałem ogłady, co mi się w życiu przydało. Do dziś się przydaje w interesach.

Kogo z wielkich tego świata pan poznał?

- Książę Albert był sponsorem grupy Aki-Gipiemme, która była zarejestrowana w Monte Carlo. Ja się dla tej grupy ścigałem w 1994 i 1995 roku. Z księciem wiele razy się umawialiśmy na kawę. Na wyścigu w Wielkiej Brytanii poznałem świętej pamięci księżną Dianę, a we Włoszech na przykład Berlusconiego, Armaniego i duet Dolce i Gabbana. No i Jana Pawła II w Watykanie. Papież miał wspaniałą pamięć. Jak zaczął wspominać różne edycje Wyścigu Pokoju, to okazało się, że ani ja, ani Rysiu Szurkowski nie wiemy o tej imprezie aż tyle, co on!

Tu znajdziesz wszystkie rozmowy z cylu "nieDawny Mistrz"

Więcej o: