Polka chce medalu igrzysk olimpijskich. "Znalazłam się w dziwacznej sytuacji"

- Pamiętam, jakie wrażenie robiły na mnie posty Justyny Kowalczyk pokazujące, że ona już o 6 rano pracuje na siłowni. Czułam, że muszę podjąć takie same kroki - mówi Katarzyna Niewiadoma. Polka zaczęła trenować kolarstwo dopiero w wieku 15 lat, a i tak zdołała dojechać do światowej czołówki. - Zdecydowanie moim celem jest medal olimpijski - mówi.

Niewiadoma to jedna z gwiazd światowego kolarstwa kobiet. W ubiegłym roku była m.in. druga w Giro Rosa, czyli damskiej wersji Giro d'Italia, i siódma na mistrzostwach świata. Na igrzyskach olimpijskich debiutowała pięć lat temu. W 2016 roku w Rio de Janeiro zajęła szóste miejsce. - Byłam jeszcze dzieciakiem. Miałam 21 lat. Teraz jestem kobietą, a wtedy byłam dziewczyną - mówi.

Zobacz wideo "Jan Błachowicz jest dużym kłopotem dla UFC. Ale ta walka to strzał w dziesiątkę"

Niewiadoma właśnie pokazuje formę w belgijskich klasykach. W środę była druga w Strzale Walońskiej, a w niedzielę była blisko zwycięstwa w Amstel Gold Race. Tam uciekła na ostatnim podjeździe, a jej tempo wytrzymała tylko Elisa Longo Borghini. Włoszka przez cały czas wiozła się za plecami Polki i przez to, że nie chciała współpracować, grupa pościgowa dogoniła uciekinierki na 400 metrów przed metą. Efekt był taki, że Longo Borghini finiszowała na ósmym, a Niewiadoma na 10. miejscu. Kolejny klasyk - Liege-Bastogne-Liege - już w niedzielę.

Łukasz Jachimiak: Gratuluję bardzo dobrej jazdy w ostatnich klasykach i współczuję, bo pewnie czuje Pani duży niedosyt?

Katarzyna Niewiadoma: Zdecydowanie! Mam duży niedosyt. Staram się być cierpliwa i za dużo o tym nie myśleć. Staram się uznać, że to już historia i nie zmienię jej. Ale to jest tak, że drugiego miejsca w Strzale jestem bardzo zadowolona, bo tu wszystko poszło zgodnie z planem. Dziewczyny z grupy bardzo mi pomogły. Pojechały tak, że nie musiałam się martwić pierwszą częścią wyścigu i mogłam się skupić na finałowych kilometrach. Cieszę się, że się nie poddałam i walczyłam na podjeździe pod ostatnią górę. Anna van der Breggen była mocniejsza ode mnie, ale dałam z siebie wszystko i się cieszę. Natomiast jest mi megaszkoda niedzielnego wyścigu. Amstel Gold Race wygrałam w 2019 roku. Teraz też chciałam to zrobić, czułam się bardzo dobrze, forma była, ale znalazłam się w dziwacznej sytuacji. Nie rozumiem, dlaczego na kilometr do mety nie chciała ze mną współpracować zawodniczka z innej ekipy. Przez to doścignęła nas grupka i to z niej odbył się finisz.

Rozmawiała Pani o tym kuriozalnym finiszu z Elisą Longo Borghini czy raczej się unikacie, bo nerwy są za duże?

- Rozmawiamy. Nawet w trakcie Strzały Walońskiej rozmawiałyśmy. Elisa mnie przeprosiła za to, że się tak zachowała. Ja nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego się tak zachowała, a ona mówi, że też siebie nie rozumie, że po prostu nie wie, co w tamtym momencie miała w głowie. Znam Elisę od dawna, od dawna się ścigamy i wiem, że ona zawsze chce wygrać, zawsze jest aktywna, jedzie w każdej ucieczce, zawsze chce walczyć. Nie wiem co się z nią stało w niedzielę, ale już trzeba o tym zapomnieć.

Chyba po prostu kalkulowała sobie, że Pani dociągnie Waszą dwójkę do mety, a ona na finiszu wyskoczy zza Pani i wygra.

- Tak myślę. To chyba jedyne wytłumaczenie.

Miała Pani czas, żeby popatrzeć, jak ten finisz wszystkich zaskoczył? W mediach społecznościowych komentowała go np. Maja Włoszczowska, pisząc, że w kolarstwie górskim takich sytuacji nie ma oraz że Pani na pewno jeszcze się odegra.

- Tak, wpis Mai i inne tego typu opinie przemknęły mi na Twitterze.

To kiedy się Pani odegra? Forma jest, więc może już w niedzielę w Liege-Bastogne-Liege?

- Bardzo chętnie. Kolejny klasyk faktycznie już za chwilę, a ja za każdym razem chcę wygrać i jestem odpowiednio przygotowana, żeby wygrać. Ale jest dużo czynników, nad którymi nie mamy kontroli. Musi nam sprzyjać szczęście. Mam nadzieję, że będę je miała, że spokojnie przejadę pierwszą część wyścigu i w końcówce będę walczyła o podium.

W środę Anna van der Breggen wygrała Strzałę Walońską siódmy raz z rzędu. W niedzielę najlepsza była Marianne Vos. Obie Holenderki są multimistrzyniami świata i olimpijskimi. Ale chyba o żadnej Pani nie myśli, że to rywalka poza zasięgiem?

- Nie, bo wiem, że wszystko zależy od dnia. Vos, która wygrała w niedzielę, w środę nie dała rady być w najlepszej grupce już na dwie rundy do końca wyścigu. Każdy ma lepsze i gorsze dni. Oczywiście taka Van der Breggen, Vos czy Annemiek van Vleuten to megamocne zawodniczki i trudno się z nimi porównywać. One mają już wielkie tytuły i pokazują, że jak mają się przygotować do najważniejszego wyścigu, to to zrobią i wtedy jest je bardzo trudno pokonać. Są najlepsze na igrzyskach i na mistrzostwach świata.

Adrian TeklińskiPolski mistrz świata złapany na dopingu. To już koniec

Pani brakuje takiego wielkiego zwycięstwa, prawda? Takiej kropki nad i, bo przecież w światowej czołówce jest Pani od kilku lat. Ma Pani np. szóste miejsce z igrzysk w Rio i siódme z ubiegłorocznych MŚ. Jak bardzo się Pani nastawia na Tokio i na walkę o medal?

- Bardzo mocno. Zdecydowanie moim celem jest medal olimpijski. Brąz albo srebro mnie ucieszą, a wiadomo, że złoto jest największym marzeniem. Ale celem jest po prostu przekroczenie linii mety w pierwszej trójce. Wiem, że to jest cel osiągalny. Muszę się jak najlepiej przygotować i mieć wiarę. Igrzyska będą innym wyścigiem niż choćby klasyki, które teraz jadę. W Tokio będzie dużo mniejszy peleton, drużyny będą mniejsze i ściganie się będzie trochę inaczej wyglądało.

Profil olimpijskiej trasy na pewno już dobrze Pani zna - to trasa dobra dla Pani?

- W 2019 roku wybraliśmy się do Tokio z kadrą na rekonesans trasy. Przejechałam całą. To było krótko przed początkiem epidemii koronawirusa, więc mieliśmy szczęście, że zdążyliśmy. Trasa będzie trudna. Nie wiem czy idealna pode mnie, bo będzie 40-kilometrowy podjazd, ale nie megatrudny. A ja się lepiej czuję i mam większą przewagę nad rywalkami na krótszych ale sztywniejszych podjazdach. Ale zaraz po wiosennych klasykach skupię się już na pracy pod Tokio, na większych, dłuższych wysiłkach, a nie krótkich, intensywnych. Wydaje mi się, że najlepsza dziesiątka świata to zawodniczki z podobną specjalizacją. Oceniam, że każda z nas jest w stanie ścigać się i na dłuższych, i na krótszych a ostrzejszych podjazdach. Wiem, że będę musiała jak najlepiej zadbać o to, żeby dzień wyścigu olimpijskiego był moim dobrym dniem. Będę się chciała przyzwyczaić do klimatu, do strefy czasowej, bo to na pewno będzie miało wpływ na formę.

Precyzyjny plan na ostatnie dni przed olimpijskim startem już Pani ma?

- Mniej więcej mam, bo dużo się zmienia przez koronawirusa. Czasy są takie, że trudno jest cokolwiek zaplanować na sto procent. Nie wiem na przykład, ile dni będzie można spędzić w wiosce olimpijskiej. To, niestety, będą całkiem inne igrzyska niż w Rio. Będzie ciągła izolacja, pewnie nie będzie kibiców albo ich liczba będzie ograniczona. Szkoda, że nie przeżyjemy tego, co w Rio. Z drugiej strony przez pandemię zmieniłam tryb życia, jak każdy, ale muszę uczciwie powiedzieć, że my, kolarze, jesteśmy i tak w dobrej sytuacji. Normalnie jeździmy, odbywają się zawody, do których się przygotowujemy, nie musimy czekać miesięcy czy nawet lat na starty. Wiadomo, że są testy, jest stres z tym związany, ale i tak nie możemy narzekać.

Test ślinowy na covid - możliwe, że taki sposób badania olimpijczyków będzie obowiązywał na igrzyskach w TokioJapończycy mają nowy pomysł na testy na covid. W Polsce takich nie ma. "Bardzo duże uproszczenie"

Pięć lat temu, na igrzyskach Rio 2016, nie była Pani tak dobrą zawodniczką jak teraz?

- Zdecydowanie nie byłam.

Ale ambicje już tam miała Pani wielkie. Po szóstym miejscu mówiła Pani tak: "Nie jestem szczęśliwa, bo przyjechałam tu walczyć o medal".

- Bardzo go chciałam mieć. Odkąd zaczęłam się ścigać, celuję w najwyższe miejsca. Wiem, że stać mnie na nie. Ale pięć lat temu byłam jeszcze dzieciakiem. Miałam 21 lat. Teraz jestem kobietą, a wtedy byłam dziewczyną. Dziś wiem, czego chcę, wiem, co mi pomaga, co sprawia, że jestem mocniejsza. W Rio byłam dopiero początkującym zawodowcem i teraz widzę, że jeszcze miałam niewielkie pojęcie o zawodowym ściganiu. Bardziej się wtedy skupiałam na innych niż na sobie.

Na igrzyska w Rio Pani pojechała chyba po zaledwie kilku latach trenowania kolarstwa?

- Zgadza się. Kolarstwem zachwyciłam się dzięki tacie. On nigdy nie był zawodowcem, ale dużo jeździł ze swoimi znajomymi, a że ja zawsze lubiłam różne dyscypliny sportu, to i kolarstwa spróbowałam. Spodobało mi się. Tym bardziej, że w mojej miejscowości nie było żadnego kolarza, więc chciałam spróbować czegoś nowego. Od pierwszego wyścigu mój trener ocenił, że mam do tego talent. Od początku trafiłam na świetnych ludzi, którzy mnie poprowadzili.

Ile miała Pani wtedy lat?

- 15. Zaczęłam późno, ale naprawdę miałam dookoła wspaniałych ludzi, którzy zawsze we mnie wierzyli i pomagali mi robić wielkie progresy z roku na rok.

Miała Pani w peletonie jakiś wzór? Marzyła Pani, że będzie kiedyś tak dobra jak jakiś kolarz albo jakaś kolarka?

- Moją pierwszą idolką była Marianne Vos. Kiedy zaczynałam, ona była na topie. Wygrywała wszystko. Na szosie, na torze, w przełajach. Wydaje mi się, że każda dziewczyna z mojego pokolenia miała Marianne za idolkę. Mam też wzór spoza kolarstwa. Od dziecka podziwiałam Justynę Kowalczyk. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się osiągnąć takie wyniki, jakie ona miała.

World Press Photo 2021. Polak i dwie Polki wśród nagrodzonychJakobsen wrócił do kolarstwa po 250 dniach z twarzą pełną blizn, bez 10 zębów. Rywalowi nie wybaczył

Justyna Kowalczyk to dla Pani wzór szczególnie ze względu na katorżniczą pracę, jaką wykonywała?

- Śledząc profil Justyny na Facebooku uświadamiałam sobie, jak ciężko muszę pracować, chcąc dojść na szczyt w swojej dyscyplinie sportu. Pamiętam, jakie wrażenie robiły na mnie posty, pokazujące, że ona już o godzinie 6 rano pracuje na siłowni. I że później ma trening na nartach, a po południu jeszcze coś innego. Uświadamiałam sobie, ile czasu ona codziennie poświęca na treningi. Czułam, że muszę podjąć takie same kroki. Justyna była dla mnie megainspiracją.

Czyli swój dzień zaczyna Pani od siłowni o szóstej rano?

- Nie powiem, że już od szóstej, bo lubię pospać troszeczkę dłużej. Ale zawsze przed śniadaniem robię ćwiczenia core, czyli pobudzające mięśnie. Po śniadaniu jadę na rower, a później wiele czasu poświęcam na odnowę biologiczną swojego ciała. Po wielu latach ścigania są już takie rzeczy, o której muszę zadbać dużo bardziej niż pięć lat temu. Generalnie staram się od rana do nocy działać tak, żeby wszystko co robię składało się na formę, która później da wynik.

Wolnego czasu Pani już nie ma? Zwłaszcza na trzy miesiące przed igrzyskami. Pytam, bo kiedyś czytałem, ze Pani maluje i rysuje. I że zainspirował Panią Taylor Phinney, czyli Pani partner, który po karierze kolarskiej zajął się malarstwem.

- Czas zawsze się znajdzie, ale ostatnio mniej się tym zajmowałam. W ogóle to podczas kwarantanny uświadomiłam sobie, jak to jest potrzebne, ale też zauważyłam, że szczególnie przebywanie w kuchni - pieczenie, gotowanie - jest dla mnie najlepsze. To jest jak forma medytacji. Odcinam się wtedy od wszystkiego, mam spokojną głowę i coś pysznego tworzę.

Ale teraz, podróżując z wyścigu na wyścig, swojej ekipie Pani nie gotuje? Sztalugi w hotelu też Pani raczej nie rozstawia?

- To prawda, ale zainteresowałam się fotografią i lubię wyjść z aparatem. Przez pandemię zatrzymujemy się nie w hotelach, tylko w wynajętych domach, więc łatwiej jest mi znaleźć wokół takiego domku piękną naturę. I lubię się w niej zgubić.