Michał Kwiatkowski znów może zostać mistrzem świata. Rafał Majka nie dostał zgody na start

- Ekipy miały radio, które bardzo słabo działało. Z kolarzami nie wolno było nam się kontaktować. Telewizorów nie wolno było nam mieć. Ostatnie 15 km to były ciągłe raporty zdawane mi przez syna, który siedział przed telewizorem w Polsce - wspomina Piotr Wadecki. W 2014 roku selekcjoner naszych kolarzy szalał ze szczęścia po tym jak Michał Kwiatkowski został mistrzem świata w Ponferradzie. Czy teraz "Kwiato" będzie najlepszy w Imoli?

Mistrzostwa świata przeniesione przez pandemię koronawirusa ze Szwajcarii do Włoch zaczęły się w czwartek. Jazdę indywidualną kobiet na czas wygrała Holenderka Anna van der Breggen, a Polka Anna Plichta zajęła 14. miejsce.

Mistrzostwa potrwają do niedzieli. Zakończy je wyścig mężczyzn ze startu wspólnego. Wtedy będziemy kibicować Michałowi Kwiatkowskiemu, który niedawno wygrał etap na Tour de France, pokazując wielką formę. Ale duże emocje powinny przynieść również piątkowa czasówka z Maciejem Bodnarem i Kamilem Gradkiem oraz sobotni wyścig pań z Katarzyną Niewiadomą.

Zobacz wideo Michał Kwiatkowski w 'Wilkowicz Sam na Sam': Jeśli ktoś oszukuje przez tak długi czas jak Lance Armstrong, to dobrze, że został wyklęty ze sportu

Łukasz Jachimiak: Czy na mistrzostwach świata w Imoli będą kolejne sukcesy polskiego kolarstwa po takich wynikach jak trzecie miejsce Rafała Majki w wyścigu Tirreno-Adriatico, drugie Katarzyny Niewiadomej w Giro Rosa czy pierwsze Michała Kwiatkowskiego na jednym z etapów Tour de France? Ten dziwny, pandemiczny sezon, wygląda dla nas nieźle.

Piotr Wadecki: Sezon jest bardzo dziwny, bo trzeba go zmieścić w trzech miesiącach. Dla wszystkich drużyn i zawodników to jest ogromne wyzwanie logistyczne. I są tacy, którzy muszą rezygnować z niektórych startów. Jak Rafał Majka i Paweł Poljański z mistrzostw świata.

To oni zrezygnowali czy decyzję podjęto za nich?

- Oni przygotowują się do Giro d'Italia, są już we Włoszech, ale w mistrzostwach nie wystartują, bo chcą ograniczyć do minimum ryzyko zakażenia koronawirusem. To ekipy nakładają na kolarzy zakaz startu w innych imprezach niż te, które ich ekipy wybrały.

Czyli Rafał Majka chciałby, ale nie może się ścigać w Imoli?

- Niestety, kolarze mają podpisane kontrakty z zespołami i jak się zespołowi jakiś start nie podoba, to kolarz nie weźmie udziału. Trochę to dziwne, bo wydawałoby się, że każdej ekipie zależy, żeby mieć u siebie koszulkę mistrza świata. Widocznie jednak włodarze Bory uznali, że Giro jest ważniejsze w tym trudnym sezonie i wobec tego nie można ryzykować.

A może mieli świadomość, że o tęczową koszulkę mistrza świata z Polaków powalczy Michał Kwiatkowski i że "Kwiato" byłby pierwszym liderem, nawet gdyby Majka był w składzie naszej reprezentacji?

- Pewnie tak by było. Ale idealnie byłoby mieć w końcówce wyścigu dwóch mocnych graczy. Wierzę, że i Michał, i Rafał w decydującym momencie byliby wysoko i wtedy łatwiej byłoby nam wszystko rozegrać. Rafała nie ma, będzie trochę trudniej, ale jedziemy ekipą dobrze przygotowaną, zdeterminowaną. Taką, która już jechała z Michałem na mistrzostwach świata i pokazała, że potrafi tak pojechać, żeby lider był odpowiednio zabezpieczony i żeby mógł walczyć o najwyższe cele.

Niedzielny wyścig to 259 km trudnej trasy, z profilem, jaki Kwiatkowski lubi, prawda? Będzie walka o drugi tytuł mistrzowski dla niego?

- Michał pokazał na Tour de France świetną dyspozycję. Wierzę, że uda mu się ją utrzymać. A wtedy przy odrobinie szczęścia, pomocy kolegów i sprzyjających wiatrach powinno być dobrze.

17 września Kwiatkowski wygrał etap Tour de France, a 19 września wielu widziało go bardzo wysoko w czasówce, w której jednak on zupełnie nie powalczył. Odpuścił, żeby oszczędzać siły na mistrzostwa?

- Prawdopodobnie Michał uznał, że nie ma sensu się wypalać, bo zaraz mistrzostwa świata, a tuż po nich ciężkie klasyki w Belgii. Pewnie Michał uznał, że pokonać Roglicia, Pogacara czy Dumoulina byłoby bardzo ciężko, więc lepiej myśleć już o mistrzostwach i następnych startach. Dlatego pojechał asekuracyjnie.

Jak mocno zapowiada się czasówka w Imoli?

- Bardzo mocno. I jest nietypowa, ma tylko 32 km, a zawsze na mistrzostwach to było około 50 km. Trasa nie jest wymagająca, będzie szybka jazda. To pasuje i Maćkowi Bodnarowi, i Kamilowi Gradkowi. W piątek będzie nas reprezentowała ta dwójka. Na czas pojadą wicemistrz i mistrz Polski w tej specjalności.

Nie będzie za łatwo dla Bodnara? Trzy lata temu na Tour de France on wygrał czasówkę w Marsylii, ale tam był jednak element wspinania się.

- Tu też zupełnie płasko nie będzie, jakieś hopki są.

To na co liczycie?

- Maciek jest we Włoszech już od kilku tygodni, mocno się przygotowuje. Wierzę, że będzie walczył o pierwszą "dziesiątkę", może nawet "piątkę".

O medal nie? Rywale są za mocni?

- Oczywiście zawsze chłopaki stając na starcie myślą o medalu, o pierwszym miejscu. I Maciej, i Kamil są w formie, trasa im odpowiada. Ale o medal będzie bardzo trudno. Bardzo. Na pewno nie możemy powiedzieć, że panowie tu sobie urządzą rewanż za mistrzostwa Polski.

Taki rewanż mieliśmy we wspomnianej Marsylii na Tour de France 2017. Pamięta Pan, że wtedy mistrzem Polski w czasówce był Kwiatkowski, a wicemistrzem Bodnar?

- Tak, a na Tourze zamienili się miejscami, Maciek był lepszy o jedną sekundę. Niesamowite, bo jedna sekunda to jeden zakręt wzięty odrobinę lepiej. Pięć-dziesięć-piętnaście sekund to tak naprawdę ten sam poziom. A sekunda różnicy? Kosmos.

W piątek szansa Bodnara i Gradka, w niedzielę Kwiatkowskiego, ale nie możemy pominąć Niewiadomej. Wiem, że Pan prowadzi kolarzy, a nie kolarki, ale na pewno za Kasię będącą w wysokiej formie trzyma Pan kciuki.

- Jasne, że tak. Trener Mazur jest oczywiście bardziej na bieżąco, jeśli chodzi o formę zawodniczek, ale ja jestem pod wrażeniem formy Kasi na niedawnym Giro. Tamta jej dyspozycja i wynik rozpalają nasze nadzieje na jej sukces na mistrzostwach.

Macie czas, żeby na torze Imola zatrzymać się na chwilę w miejscu poświęconym pamięci Ayrtona Senny, który rozbił się tam w 1994 roku?

- Chłopaki bardzo się interesują sportem i wiedzą, z kim najbardziej kibicom kojarzy się Imola. W piątek, w trakcie rekonesansu trasy, na pewno będzie chwila, żeby się zatrzymać na tym feralnym zakręcie i oddać hołd wielkiemu sportowcowi. Ale generalnie czasu na wszystko jest bardzo mało, bo mistrzostwa okrojono do czterech dni, bez wyścigów młodzieżowców, a tylko z elitą kobiet i mężczyzn. Ale dobrze, że UCI w ogóle znalazła kogoś, kto chciał zorganizować mistrzostwa, wobec wycofania się Szwajcarów.

TVP przypomniała ostatnio wideo zatytułowane "Piotr Wadecki show". Pamięta Pan ten hit z Ponferrady?

- Pamiętam, jak mnie Telewizja Polska wpuściła w maliny, ukrywając w aucie kamerę. Nic nie wiedziałem, że mnie nagrywają!

Z kim był Pan na łączach?

- Z moim synem. Tłumaczył mi, co się dzieje na czele wyścigu. Ekipy miały radio wyścigu, które bardzo słabo działało, prawie nie podawało informacji. Z kolarzami nie wolno było nam się kontaktować. Telewizorów nie wolno było nam mieć. Wiedziałem, że Michał ucieka, a syn mnie na bieżąco informował, jaką ma przewagę.

Syn siedział przed telewizorem?

- Tak, przed telewizorem, w Polsce. A że przewaga "Kwiatka" wynosiła 4-5 sekund, to emocje były niesamowite. Ostatnie 15 km to były ciągłe raporty zdawane mi przez syna.

Teraz też tak będzie?

- Selekcjonerzy reprezentacji spróbują przekonać UCI, żeby się zgodziła na łączność radiową z zawodnikami. Trudno powiedzieć czy nam się uda.

W razie czego syn jest gotowy na powtórkę?

- Na pewno bardzo chętnie to powtórzy. Wiem, że po zwycięstwie Michała w 2014 roku ustawiał wszystkich na baczność przed telewizorem, gdy Michał stawał na podium i grano mu hymn.

Ile lat miał wtedy Pana syn?

- Piętnaście, więc już mocno świadomie wszystko przeżywał. I chyba nawet jeszcze mocniej niż ja. Pięknie byłoby to powtórzyć.