Kolejna wielka szansa dla Michała Kwiatkowskiego! "Będzie jeszcze mocniejszy"

- Michał jest w znakomitej formie, a czasówki o takim profilu bardzo lubi. Apetyty nam rosną. Mój urósł już na tyle, że doczekać się nie mogę nie tylko soboty na Tour de France, ale też mistrzostw świata. Wierzę, że za tydzień Kwiatkowski może po raz drugi w karierze założyć tęczowy trykot mistrza świata - mówi Lech Piasecki. Ze specjalistą od jazdy indywidualnej na czas i jedynym polskim liderem Tour de France w historii rozmawiamy przed czasówką, w której jednym z faworytów jest Michał Kwiatkowski.

W czwartek Michał Kwiatkowski wygrał 18. etap Tour de France. W sobotę jest zaliczany do grona faworytów 20. etapu, czyli jazdy indywidualnej na czas na odcinku 36,2 km z Lure do Planche des Belles Filles.

Za faworytów są uważani lider i wicelider wyścigu, czyli Słoweńcy Primoż Roglić i Tadej Pogacar (w klasyfikacji generalnej dzieli ich 57 sekund). Ale akcje Kwiatkowskiego też stoją wysoko. W czasówkach w 2017 i 2018 roku Polak zajął odpowiednio drugie i czwarte miejsce. W pierwszym przypadku do zwycięzcy - Macieja Bodnara - stracił tylko sekundę (sześć i pięć sekund za naszymi kolarzami przyjechał wtedy najlepszy w całym Tour de France Chris Froome).

Zobacz wideo Straszny wypadek na Tour de Pologne. "Widziałem mnóstwo krwi na asfalcie"

Łukasz Jachimiak: Czy ludzie pytają pana, dlaczego Michał Kwiatkowski wygrał, ale się nie ścigał?

Lech Piasecki: Tak, bo to rzeczywiście trochę skomplikowane dla kibiców, którzy mniej znają nieuanse świata kolarskiego i nie wiedzą, jaka jest hierarchia w drużynach. Michał zdecydowanie zasłużył na to zwycięstwo ogromną pracą, jaką przez kilka lat wykonał dla drużyny. Myślę, że gdyby kolarze grupy Ineos się nie dogadali sami, to od szefostwa padłoby jednoznaczne polecenie: "Michał to wygrywa". Ale Carapazowi nie trzeba było tego mówić. We dwóch pięknie uciekali, znakomicie pracowali, a na kilkuset ostatnich metrach obaj świętowali zwycięstwo, jakby obaj byli równoprawnymi zwycięzcami. I bardzo dobrze.

Carapaz do grupy Ineos dołączył w tym roku, a Kwiatkowski jeździ dla niej od czterech lat i w poprzednich edycjach Tour de France harował na liderów, będąc choćby największym pomocnikiem Chrisa Froome'a w 2017 roku, gdy Brytyjczyk odniósł końcowe zwycięstwo. O takich zasługach się nie zapomina?

- Dokładnie tak. Dzięki Michałowi Froome wtedy wygrał. A wszystkie zasługi Michała dla grupy można by wymieniać długo.

Carapaz sam o tym napisał w mediach społecznościowych. Podkreślił, że w przeszłości Michał poświęcił dla drużyny wiele indywidualnych zwycięstw.

- Bardzo ładnie się zachował. Moim zdaniem on wie, że wygrać mógłby tylko, gdyby dyrektor sportowy wydał takie polecenie. Wtedy Michał by się dostosował, bo to pokorny chłopak. A gdyby grupa kazała swoim kolarzom normalnie się ścigać, to na finiszu Kwiatkowski pokonałby Carapaza, bo jest kolarzem znacznie szybszym. Dla widowiska, dla oczekiwań kibiców szkoda, że panowie się nie ścigali. Ale dla dobra sprawy, dla dalszej dobrej współpracy takie rozwiązanie było najlepsze. Michał normalnie by to wygrał, ale nie musiał, bo został doceniony przez swoich ludzi i to jest bardzo ważne. Wiem o czym mówię. W 1985 roku zostałem mistrzem świata i do dziś jestem wdzięczny Markowi Szerszyńskiemu. Często się o nim zapomina, a ja zawsze mówię, że pół złota jest moje i pół jego. Zawsze będę pamiętał, że zostałem mistrzem dzięki niemu. Teraz w peletonie są tacy, którzy mają za co dziękować Kwiatkowskiemu

Przypomni Pan zasługi Szerszyńskiego?

- Na pięć kilometrów przed metą grupa pościgowa doszła pięcioosobową ucieczkę, w której byłem. Z tej nowej, większej grupy, cały czas ktoś próbował odjechać. Szedł atak za atakiem, a Marek absolutnie wszystko kasował. Ja się nie musiałem martwić żadnymi pogoniami, zachowałem siły na rozgrywkę sprinterską. Obaj wiedzieliśmy, że jestem lepszym sprinterem, więc Marek mi pomógł, porzucił swoje indywidualne ambicje, całkowicie się dla mnie podłożył. Ustalenia z trenerem Ryszardem Szurkowskim zrealizował perfekcyjnie.

Był Pan mistrzem świata w jeździe ze startu wspólnego i mistrzem świata na torze, ale był też Pan bardzo dobrym czasowcem, prawda?

- Nie najgorszym.

Dlaczego tak skromnie?

- Dobrze, jeśli mam być nieskromny, to powiem, że żałuję, że w czasach kiedy się ścigałem nie było mistrzostw świata w jeździe indywidualnej na czas. Miałbym szanse dołożyć więcej trofeów, bo były lata, że wygrywałem wszystkie czasówki, rywalizując z najlepszymi kolarzami na świecie w różnych wyścigach etapowych.

W Kwiatkowskim widzi Pan na tyle dobrego specjalistę od czasówek, żeby liczyć na jego zwycięstwo w sobotę?

- Michał jest w tej chwili w znakomitej formie i na pewno też w najwyższej mentalnej dyspozycji. To jest najważniejsze. A czasówki o takim profilu jak sobotnia bardzo lubi. Apetyty nam rosną. Mój urósł już na tyle, że doczekać się nie mogę nie tylko soboty na Tour de France, ale też mistrzostw świata we włoskiej Imoli. Wierzę, że za tydzień Kwiatkowski może po raz drugi w karierze założyć tęczowy trykot mistrza świata.

Zatrzymajmy się na sobocie. Zenon Jaskuła widzi w Kwiatkowskim faworyta i przekonuje, że Michał będzie miał teraz 10-15 proc. więcej mocy dzięki czwartkowemu zwycięstwu. Zgadza się Pan czy nie?

- Myślę, że faktycznie Michał będzie uskrzydlony i jeszcze mocniejszy. On wielokrotnie na Tour de France pokazywał wielką moc i niewiele z tego miał. Widzieliśmy, że jedzie na swojego lidera, chociaż jest od niego mocniejszy. Patrzyliśmy, jak się podporządkowuje. Teraz wreszcie sytuacja ułożyła się dla Michała - Egan Bernal się wycofał i uwolniło się to wszystko, co u naszego kolarza było spięte - on ją wykorzystał i będzie chciał wykorzystać jeszcze lepiej.

Co jest najważniejsze podczas czasówki?

- Głowa. Zdecydowanie.

Jak się takie etapy rozwiązuje taktycznie? Można od początku pójść na maksa i próbować wytrzymać do końca?

- Są dwie szkoły. Pierwsza mówi, że trzeba jechać z jakąś rezerwą i później starać się dokładać. Ja się trzymałem drugiej szkoły - ruszałem na maksa, a potem jeszcze dokładałem. Dzięki temu wygrywałem i na Giro, i na innych wyścigach.

Z czego można dołożyć, skoro już się jedzie na maksa? Właśnie z głowy? Bo na przykład poznało się międzyczas, który uskrzydlił?

- To na pewno. Ale ja przede wszystkim słuchałem roweru. W moich czasach był taki okres, że na czas jeździliśmy z pełnymi kołami i z przodu, i z tyłu. One wydawały specyficzny dźwięk, a im szybciej się jechało, tym głośniejszy i przyjemniejszy był ten odgłos. On mnie nakręcał, to była moja muzyka. Te koła mi naprawdę grały.

Trzy lata temu na Tour de France Kwiatkowskiemu zabrakło sekundy do wygrania czasówki, w której najlepszy był Maciej Bodnar. Pan w 1987 roku był jeszcze bliżej.

- Podobno w archiwalnych wynikach jest informacja, że na prologu przegrałem z Jellem Nijdamem o trzy sekundy, a naprawdę różnica wyniosła 0,02 s. Moje wkurzenie było wielkie, bo zabrakło tak niewiele. Ale od razu sobie postanowiłem, że zrobię wszystko, żeby wywalczyć zółtą koszulkę lidera.

Wywalczył ją Pan następnego dnia. I do dziś pozostaje Pan jedynym Polakiem, który to zrobił.

- Na pierwszym etapie uciekłem razem z siedmioma innymi kolarzami i skupiłem się tylko na tym, żeby ta ucieczka dojechała do mety przed peletonem. Wiedziałem, że Nijdam, czyli lider, jest w peletonie, a więc jeśli dojadę przed nim, to odbiorę mu żółtą koszulkę. Później w jeździe drużynowej na czas zajęliśmy drugie miejsce i utrzymałem koszulkę. A dopiero na następnym etapie moja ekipa o utrzymanie lidera nie walczyła, bo było wiadomo, że jako niezły, ale nie świetny góral, nie mam szans wygrać całego Tour de France.

W czerwcu Kwiatkowski skończył 30 lat, przez kilka ostatnich sezonów wyrobił sobie markę specjalisty od klasyków, ale na wielkich tourach uchodzi za kolarza nie do walki o końcowe zwycięstwo, tylko za świetnego pomocnika. Widzi Pan szansę, że jeszcze będzie mógł powalczyć o generalkę?

- Widzę, że Michał wyraźnie poprawił jazdę po górach. Po dużych górach, bo małe górki nigdy nie były dla niego problemem. Moim zdaniem już mógłby nawiązać walkę z najlepszymi w klasyfikacji generalnej. Ale rzeczywiście jako góral numer jeden w jego grupie był typowany Bernal, czyli szefowie Ineos oceniali, że Michał daje mniejsze szanse na wygranie Tour de France. Może nie docenili tego, jak mocną ma psychikę. On nadal ma predyspozycje bardziej do wygrania wyścigu takiego jak Tour de Pologne, gdzie góry są, ale nie wybitnie ciężkie, niż do wygrania Tour de France. Ale jest tak zawzięty, że staje się zawodnikiem coraz bardziej kompletnym. Nie pęka, nie odpada i może doczeka się swojej szansy.

Tylko że poza Bernalem grupa Ineos ma jeszcze Froome'a i Gerainta Thomasa, co daje łącznie trzech zwycięzców Tour de France, a Carapaz to przecież zwycięzca ubiegłorocznego Giro d'Italia.

- Skład jest gwiazdorski i na pewno Michałowi łatwiej byłoby zostać liderem na wielki tour w innej grupie. Ale zawsze jest coś za coś.

Nigdzie indziej Polak nie zarobiłby tak dobrze?

- Zarabianie w sporcie trwa krótko. To zrozumiałe, że podąża się tam, gdzie można zarobić więcej. Nie zawsze to się przekłada na wynik sportowy, ale to należy zrozumieć. A w przypadku Michała są pieniądze, ale przecież są już też i wielkie sukcesy. No i przed nim jeszcze kilka lat jeżdżenia i na pewno da nam jeszcze wiele radości. Moim zdaniem on kiedyś pojedzie w żółtej koszulce lidera Tour de France. Przypominam, że w przeszłości zabrakło mu dwóch sekund, żeby ją miał [w 2014 roku]. Tak jak kiedyś zabrakło sekundy, żeby wygrał etap. Teraz etap już ma. A na bycie liderem Tour de France w kolejnych latach jeszcze sobie zapracuje.