"Reżyserka rzuciła Armstrongowi linę, ale on się na niej powiesił"

Po co był Armstrongowi film "Lance", pewnie nawet on nie wie. Więcej tu przekleństw niż łez, więcej pogodzenia z koniecznością szprycowania się niż skruchy. Ale ogląda się to świetnie. I jest w tej brutalnej historii ktoś, kto nie przeklina, dobrotliwie się uśmiecha, a przeraża najbardziej.

Zaczyna się jednym wielkim bluzgiem. A potem wjeżdża ból, buta, ambicja, socjopaci, dużo cwaniackiego wdzięku, trochę męskiej przyjaźni, cele, które uświęcają środki i bardzo dobre dialogi. Telewizja ESPN przed niedzielną premierą filmu dokumentalnego o Armstrongu ostrzegła widzów: kto ma wrażliwe uszy, niech wybierze ten kanał, na którym "Lance" będzie ocenzurowany. Recenzenci uprzedzali, że dokument jest dwa razy krótszy niż "Last Dance" o Michaelu Jordanie, a przekleństw pomieścił więcej. Ale to ciągle mało powiedziane: tu już w scenie otwarcia fuck-o-metr przebija skalę, gdy Armstrong opowiada o tym, jak został zwyzywany przed barem w Denver. Nie skarży się. Raczej dziwi, że to trwało aż pięć lat: po tym, jak go zdemaskowano jak szprycera, który oszukał Amerykę, czekał pięć lat na kogoś, kto będzie miał odwagę wykrzyczeć mu to na ulicy prosto w twarz: "Hej, Lance! Pier**lony oszuście! Wypier**laj!"

Zobacz wideo Michał Kwiatkowski w 'Wilkowicz Sam na Sam': Jeśli ktoś oszukuje przez tak długi czas jak Lance Armstrong, to dobrze, że został wyklęty ze sportu

To nie jest nowa historia, Lance opowiedział ją już w 2019 w wywiadzie dla NBC. Nie jest też prawdą, choć to obiegło świat, że Lance właśnie w filmie ESPN (w niedzielę była premiera pierwszej części, druga zostanie wyemitowana za tydzień, w Polsce można film obejrzeć w ESPN Player) przyznaje się, że zaczął brać doping jeszcze zanim został w 1993 mistrzem świata. Też powiedział to już wcześniej w 2019 w NBC: że już mając 20 lat, podczas wyścigu we Włoszech, poszedł do lekarza i poprosił o coś, co mu pomoże być mocniejszym.

Michael Jordan dupkiem i tyranem? To potrzymajcie Armstrongowi piwo

Nie to jest siłą dokumentu ESPN, że odkrywa jakieś rewelacje. Tylko że brutalną prawdę o życiu i sporcie serwuje w tak mocnym stężeniu i właściwie bez komentarza. Nie ma – przynajmniej w pierwszej części – łatwych osądów, chwytania za serce. Reżyserka Marina Zenovich, autorka dokumentów m.in. o Romanie Polańskim i Robinie Williamsie, po prostu oddaje głos bohaterom. Z samym Lance’em zrobiła w 2018 i 2019 osiem rozmów do tego filmu. Miała dostęp do jego rodziny, kolegów, wrogów. Połączyła to w tempie teledysku, ze świetnymi zdjęciami, perełkami z archiwum i bez znieczulenia.

Michael Jordan w "The Last Dance" bywał dupkiem i tyranem? To teraz wjeżdża Lance i mówi: potrzymajcie mi piwo. – To cud, że nie zostałem seryjnym mordercą – mówi o swoim wychowaniu. A właściwie o braku wychowania przez matkę, która pozwalała mu na wszystko, bo urodziła go jako siedemnastolatka i przez całe życie była dla niego raczej jak starsza siostra. I o bezlitosnym wychowaniu, jakie dostał, razem z nazwiskiem Armstrong, od ojczyma. – Tresowałem go jak zwierzę, ale to zrobiło z niego mistrza – mówi Terry Armstrong.

Sympatyczny, uśmiechnięty pan, który opowiada z pewną czułością, jak wymierzał kary nawet za to, że któraś szuflada była niedomknięta, bo Lance miał domykać. - Gdybym ja moje dzieci lał za to, za co sam obrywałem, to by dostawały cały czas. Kogo to obchodzi, czy szuflada jest zamknięta? – mówi Lance. Różne miał z ojczymem momenty, myślał nawet, czy nie wrócić do nazwiska swojego biologicznego ojca, Eddiego Gundersona. Ale potem doszedł do wniosku, że Lance Armstrong to jest fajne nazwisko dla sportowca. Lance Gunderson? Jakoś dziwnie.

Trzeba było dorwać sk**wysynów, bo mieli EPO, a Lance nie

– To chyba przez moje pięć lat szkoły wojskowej. Dawałem mu zadania, ale nie przytulałem go. A może to ja go nauczyłem wygrywania za wszelką cenę? – pyta Terry w scenie, pyta Terry w scenie, która hipnotyzuje I przeraża bardziej niż późniejsze opowieści Lance’a o tym, że być może miał raka przez hormon wzrostu, który brał akurat w 1996, w roku choroby. I że gdy podniósł się z łoża śmierci i siadł znowu na rower, nie bał się brać EPO, bo EPO – "wiem, to źle zabrzmi" – jest bezpieczne, jest wiele gorszych rzeczy, które można sobie wpuścić do organizmu w pogoni za wynikami. A gonić trzeba.

Lance, dzieciak bez dobrej koordynacji ruchowej, bez szybkości, odrzucany w sportach, które w Teksasie szanowano: futbolu amerykańskim czy baseballu, zrobił wielką karierę na rowerze, bo zawsze miał jakichś sk**wysynów, których musiał pogonić. Na EPO przesiadł się, bo zobaczył, że wszystkie sk**wysyny wokół już to biorą. I musiał ich dorwać. Opowiada, jak z doktorem-szprycerem Michele Ferrarim poznał go sam Eddy Mercxx, pomnik kolarstwa. A gdy już Lance zaczął brać poważny koks, a nie jakiś kortyzon jak na początku kariery, musiał też zacząć kłamać. Nawet i 10 tysięcy razy, jeśli go 10 tysięcy razy pytali, czy bierze, czy nie. Przyznaje, że czasami przy tych kłamstwach używał raka jako tarczy.

Czy musiał, czy chciał, to już każdy ma rozsądzić sam. Jest w dokumencie sporo wywiadów z kolarzami z tamtej epoki, którzy opowiadają i o tym, jak piękne jest kolarstwo, i jak mocno jest w nie wpisany doping. I np. Duńczyk Michael Rasmussen tłumaczy, że wyczynowa jazda na rowerze jest sama w sobie takim ryzykiem dla zdrowia i życia, że nie sposób kogoś odstraszyć argumentami, że doping szkodzi. Ale jest też wiele głosów tych, którzy demaskowali oszustwa Armstronga, są z nim od lat na wojennej ścieżce i oceniają go bez litości. Że zawsze był dupkiem, choć – jak niektórzy przyznają, uroczym. Krzysztof Wyrzykowski, były polski dziennikarz "L’Equipe", który znał tego pierwszego Lance’a, sprzed choroby, sprzed siedmiu zwycięstw w Tour de France, które mu potem odebrano za doping, powtarza, że on naprawdę był uroczy. Jednocześnie chamski i uroczy.

W 1993, gdy się poznali, bo "L’Equipe" wysłała Wyrzykowskiego, by zrobił wywiad z Jankesem, który wygrał etap Tour de France, Lance przywitał go, nie odwracając wzroku od jakiejś durnej kreskówki, powiedział mu na wstępie, że "L’Equipe" to gówno, bo nie dość go pochwaliła po którymś etapie. Ale potem spojrzał na akredytację, zobaczył polskie nazwisko, i zaczął opowiadać o swojej polskiej paczce w Boulder w Kolorado, gdzie trenował. To ci kumple go uczyli polskiego. I gdy wchodził na konferencję prasową w zalanym deszczem Oslo 1993 jako nowy mistrz świata i zobaczył przy wejściu Wyrzykowskiego, krzyknął na całą salę, jakby byli tam tylko oni dwaj: "Chris, I won! Ku**a mać!". Gościł go w swoim domu nad jeziorem Como. Ten czarujący Lance. Bo ten, który wrócił po nowotworze, już nie miał czasu dla dawnych znajomych.

Armstrong: kocham Jana Ullricha. A Floyd Landis jest kawałkiem gówna

Dziś, jako Lance upadły, po przeżyciu, jak to nazywa, katastrofy nuklearnej, ocenia dawnych znajomych i rywali według bardzo różnej miary. Niemca Jana Ullricha, który za sukcesy i oszustwa zapłacił kompletnym upadkiem, traktuje jak członka rodziny. Pojechał go odwiedzić podczas kręcenia "Lance’a", gdy Ullricha wypisano ze szpitala psychiatrycznego. - Dlaczego pojechałem go odwiedzić? Bo go kocham – mówi Armstrong. A Floyda Landisa, który za swoje sukcesy i oszustwa też zapłacił bardzo pokręconym życiem, a jego donos sprawił, że legenda Armstronga zaczęła się kruszyć, Lance nazywa w filmie "kawałkiem gówna".

Po co mu w ogóle był ten film? Marina Zenovich odpowiada, że nie wie. Najpierw był na nie, potem się zgodził. - Chcesz znów coś znaczyć? – zapytała. - Wiem, że to zabrzmi strasznie, ale ja nadal coś znaczę – odpowiedział. Dawid Walsh, dziennikarz "Sunday Timesa", który demaskował oszustwa Lance’a i był przez niego tępiony, napisał w recenzji filmu, że reżyserka rzuciła Armstrongowi linę, ale on się na niej powiesił. Zenovich nie dała mu prawa ingerencji w wybór scen. Ponoć były takie, które mu się bardzo nie podobały. Nie było go na styczniowej premierze dokumentu w Sundance. Ale może to tylko podgrzewanie nastrojów dla promocji. Film się broni bez niej. Choć morału trudno się w pierwszej części dopatrzeć. Jak też i nadziei, że morał będzie w drugiej.

Przeczytaj także:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .

Więcej o: