Polscy kolarze na MŚ jadą... bez strojów. Kolejna kompromitacja PZKol

Ten tekst właściwie powinien się zacząć od ogłoszenia: "Aaaaaa specjalistę od body painting z okolic Yorkshire zatrudnię!". Albo: "Poszukiwany selekcjoner reprezentacji kolarskiej. Oprócz kompetencji trenerskich mile widziane ukończenie kursu kroju i szycia". Dlaczego? Otóż Polski Związek Kolarski na rozpoczynające się w weekend mistrzostwa świata w kolarstwie szosowym wysyła do Yorkshire całkiem pokaźną reprezentację. Tyle, że bez strojów.
Zobacz wideo

Problem nowy nie jest. Już w ubiegłym roku korespondenci z mistrzostw w Innsbrucku relacjonowali, że polska kadra nawet na tle skromnych reprezentacji z dalekiej Afryki wyglądała co najmniej ubogo. W ziejącej pustką kasie związku pieniędzy na reprezentacyjne dresy nie było, a niezbyt przychylnie patrzący na federację sponsorzy jakoś z pomocą się nie spieszyli. Tym bardziej, że w zasadzie nikt ich o pomoc nie prosił. Na szczęście jakimś sposobem udało się skompletować stroje startowe, więc przynajmniej podczas zawodów kolarze wyglądali przyzwoicie.

Tym razem nie ma nawet tego. O ile – według relacji osób blisko związanych z kadrą - o wygląd elity mężczyzn na własną rękę zatroszczył się selekcjoner, a na stroje elity kobiet udało się podobno wysupłać jakieś zaskórniaki, o tyle zespoły juniorskie i młodzieżowe zostały praktycznie z niczym. Może jeszcze Szymon Sajnok jakoś sobie poradzi, sięgając po zestaw, w którym zimą startował na torze, ale reszta będzie musiała pożyczać stroje od starszych kolegów. Jest szansa, że ktoś sobie na pamiątkę zostawił komplet sprzed roku lub dwóch, więc jakoś się temat załatwi. Najwyżej zaklei się plastrem nieaktualne logotypy i problem – jak zwykle – rozwiąże się sam.

Na prezentacji przed rozgrywanymi w sierpniu mistrzostwami Europy kadra juniorów wyglądała, jakby się w stroje zaopatrywała w trzech różnych dyskontach. Już wtedy można było wyciągać jakieś wnioski, ale jak zwykle machnięto ręką. Wczoraj selekcjonerzy usłyszeli, że stroje na czempionat „może będą”. A może nie, bo właściwie nadal nic nie wiadomo, a nie ma w związku nikogo odważnego, kto by otwarcie powiedział członkom sztabu i zawodnikom, że po raz kolejny zaniedbano ten temat.

Kolejna kompromitacja PZKol

Sprawa może nie byłaby aż tak bulwersująca, gdyby chodziło tylko o to, że zadłużony po uszy PZKol pieniędzy na stroje nie ma. Problem polega jednak na tym, że kasa od dawna jest. Czeka w Polskim Komitecie Olimpijskim, przez który finansowana jest część działań kolarskiej centrali, aż ktoś zechce zorganizować przetarg. Przetarg, do którego związek nieszczególnie się kwapi. Z drugiej strony: czemu się dziwić, skoro dotąd nie ogarnięto nawet kwestii wpisu nowego zarządu do KRS, choć wybory odbyły się już 27 maja? Nie było czasu.

I można się wyzłośliwiać, że według dokumentów rejestrowych wciąż prezesem PZKol jest Dariusz Banaszek, który grając związkowi na nosie zamówił właśnie dla sponsorowanego przez siebie zespołu Hurom BDC Development stroje startowe, do złudzenia przypominające te reprezentacyjne (może pożyczy?). Ale tak naprawdę powodów do żartów nie ma, bo najbardziej na tym wszystkim cierpi morale zawodników, którzy mieli jechać do Anglii, żeby reprezentować Polskę na najważniejszej imprezie w kolarskim kalendarzu. Pojadą, by już na starcie najeść się wstydu.

Smaczku sprawie dodaje też to, że gdyby tylko w kolarskiej centrali ktoś wykonał parę telefonów, prawdopodobnie bez większych problemów znalazłby firmę, która uszyłaby reprezentacyjne stroje w ramach barteru. W końcu konkurencja na rynku odzieży kolarskiej jest ogromna, podobnie jak pokusa pokazania swojej marki obok orzełka na piersi Rafała Majki czy Kasi Niewiadomej, w relacjonowanych niemal na cały świat wyścigach. Ale na to trzeba mieć jakiś pomysł, umieć pokazać partnerowi korzyść z takiej współpracy, a przede wszystkim: trzeba się za to zabrać odpowiednio wcześnie. Tymczasem działacze przypominają sobie o mistrzostwach świata dopiero wtedy, gdy się już na nie pakują. I to również nie jest sytuacja nowa, bo przed rozgrywanymi na początku roku w Pruszkowie mistrzostwami świata w kolarstwie torowym było dokładnie tak samo: firma, szyjąca w trybie pospiesznym stroje dla polskich kolarzy, mierzyła ich w chwili, gdy na torze trwały już treningi innych reprezentacji. Znowu niczego się nie nauczono. Nie było czasu.

Cóż, widocznie w związku są sprawy ważne i ważniejsze. Kolarska reprezentacja Polski najwyraźniej nie należy ani do jednych, ani do drugich i nie mieści się w kategoriach „walki o dobro polskiego kolarstwa”. Niech się cieszy, że w ogóle do Yorkshire pojedzie. Niech coś tam sobie zawodnicy nakleją. I znowu jakoś to będzie.

Więcej o: